sobota, 24 listopada 2012

Tydzień w kinie - "Sinister"

Co tu dużo gadać - lubię iście kingowskie mise-en-scène. Dom na odludziu. Mroczny sekret z przeszłości. Gość wykonujący wolny zawód, najchętniej pisarski (na krytyka filmowego nadal czekamy), który umożliwi mu wyprowadzkę do rzeczonego domostwa bez większych wyrzeczeń i zatracenie się bez reszty w intrydze. Poza tym wydaje mi się, że pracujący w korporacji facet po dziesięciu godzinach spędzonych za biurkiem nie miałby czasu i ochoty na uganianie się za duchami, a jakikolwiek łomot na strychu skwitowałby co najwyżej wściekłym warknięciem. A pisarz - wiadomo, dostępne są dla niego rejestry wrażliwości nieosiągalne dla zwykłego śmiertelnika.

Sinister (5+/10)

Ellison Oswalt na chleb zarabia, pisząc o prawdziwych zbrodniach. Nie lada gratką jest więc dla niego znaleziony na strychu nowego domu projektor wraz z ośmiomilimetrowymi taśmami, na których zarejestrowano brutalne zbrodnie sięgające jeszcze lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Oswalt ogląda makabryczne filmy raz po raz, próbując doszukać się w tym wszystkim jakiegoś klucza. Niczym David Hemmings w "Powiększeniu" (a może raczej w "Głębokiej czerwieni") wpada w istną obsesję: analizuje poszczególne kadry, próbując ustalić tożsamość mordercy, którego twarz, delektującą się widokiem umierających, dostrzega kątem oka; wciąż umyka mu jednak jeden istotny szczegół - kto nakręcił owe filmy? Zaryzykuję stwierdzenie, że widz domyśli się od razu.

"Sinister" rządzi pewna regularność - noc zawsze przynosi stukot i strachy, dzień staje się bezpiecznym azylem. Ten swoisty porządek szybko przyzwyczaja widza do konstrukcji fabularnej filmu. Bać się mamy dopiero po zmroku, a dopóki świeci słońce, wraz z Oswaltem krok po kroku poznajemy szczegóły zbrodni. Zabieg ten okazuje się stosunkowo udany, gdyż faktycznie napięcie rośnie wraz z nastaniem nocy i nasz mózg przechodzi w tryb pełnego lęku oczekiwania na to, co nadejdzie, choć lenistwo scenarzystów jest oczywiste. Straszenie w "Sinister" opiera się bowiem na jump-scares i żerowaniu na mimowolnych odruchach psychosomatycznych widza; nagły huk dobiegający z głośników sprawi przecież, że nawet umarlak podskoczy w fotelu. Oczekiwanie na kolejną dźwiękową napaść przypomina zawieszenie towarzyszące chwili przed wybuchem rzuconej przez nas petardy.

I to praktycznie wszystko - "Sinister" nie oferuje wiele więcej, a na domiar złego kompletnie zepsuty finał całkowicie odziera film z napięcia i kino opuszczamy zrelaksowani jak po dobranocce. Brawa należą się za motyw z taśmami Super8 (nie chcę zdradzać zbyt wiele, więc powiem jedynie, że nad wszystkim unosi się nieco już zwietrzały duch "Ringu"), bo sam złapałem się na tym, że próbowałem zapamiętać jak najwięcej szczegółów z domowych seansów Oswalta, żeby czym prędzej rozwikłać zagadkę.

Nawiązując do poprzedniej metafory, mimo oczywistych zalet, porównałbym "Sinister" do niewypału. Nie ma co się oszukiwać - przeciętne nie jest dobre.

4 komentarze:

  1. Szczerze, nawet nie słyszałem o tym filmie. Nie moje klimaty, a faktycznie to co przeciętne, nigdy nie będzie dobre :) Wydaje się, że jeżeli za kamerą stoi twórca "Egzorcyzmów Emily Rose", no to powinno być to coś co najmniej niezłego. A tutaj widać jest inaczej :>

    OdpowiedzUsuń
  2. Nienawidzę straszenia widzów na zasadzie "psychosomatycznych odruchów", to najgłpusza, najprymitywniejsza, pozbawiona choćby minimum inwencji metoda oddziaływania na widza. Bo jak trafnie to ująłeś "nawet umarlak podskoczy w fotelu". Choćby z tego względu nie jestem zainteresowany tym filmem, który nota bene już zarysem fabuły niespecjalnie zachęcał.

    OdpowiedzUsuń
  3. fakt, zakończenie zupełnie bez pomysłu wszystko psuje... A szkoda bo napięcie było i ciekawość rosła.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ha! Ja dałem taką samą ocenę.

    OdpowiedzUsuń