piątek, 12 października 2012

Tymczasem w księgarniach: "Drood"

Drood (7/10)

Charles Dickens nie mógł wyzionąć ducha w gorszym momencie. Pisarz doznał wylewu po całodziennej pracy nad kolejnym fragmentem swojej nowej powieści – bynajmniej nie ostatnim. Publikowana na łamach prasy książka „Tajemnica Edwina Drooda” została ukończona w połowie, ukazało się jedynie sześć z dwunastu planowanych odcinków. Dickens wymyślił intrygę kryminalną i pozostawił czytelników w zawieszeniu; pytanie o tożsamość mordercy nadal jest otwarte, choć niektórzy badacze literatury dowodzą, iż pisarz zdradził jego personalia paru znajomym. Sprawa nadal jednak intryguje; ostatnia powieść Dickensa  doczekała się paru adaptacji filmowych, kilku dopisanych finałów oraz wariacji na temat – wystarczy wspomnieć wydaną u nas bodajże przed dwoma laty „Zagadkę Dickensa” pióra Matthew Pearla.

Ponad ośmiusetstronicowa powieść Dana Simmonsa „Drood” nie ma jednak na celu wyjaśnienia jedynie zarysowanej przez Dickensa zagadki; to raczej próba przepisania fragmentów życiorysu wiktoriańskiego powieściopisarza oraz kreatywna analiza jego osobowości – do tego przeprowadzona oczami Wilkiego Collinsa. Autor poczytnych w owym czasie dzieł cierpi na syndrom Salieriego; narracja pełna jest nie tylko życzliwości, podziwu dla słynniejszego kolegi i troski o jego zdrowie psychiczne, ale też goryczy, szyderstwa i zazdrości. Reaguje więc z niedowierzaniem, kiedy zszokowany przyjaciel opowiada mu o tragicznym wypadku kolejowym w Staplehurst, w którym brał udział (w rzeczywistości Dickens również nie mógł się z wypadku otrząsnąć; przejawem swoistego autoegzorcyzmu jest choćby napisane przez niego opowiadanie „Dróżnik”) i gdzie na własne oczy zobaczył zmorę dobijającą umierających. Makabryczny spektakl popycha pisarza do działania – pragnie odnaleźć demoniczną istotę, która przedstawiła mu się jako Drood. Obsesja Dickensa zaprowadzi obu bohaterów w zakazane, pogrążone w oparach opium rejony Londynu.

Książkę Simmonsa czyta się jak biografię w krzywym zwierciadle. Bogactwo historycznego szczegółu imponuje; powieść jest wręcz przeładowana detalami. Niestety – w tym tkwi jej główna słabość, bowiem niemożność lub niechęć autora do selektywności nierzadko doprowadza do rozproszenia czytelniczej uwagi lub zwyczajnego znużenia. Simmons ma tendencję do zasypywania odbiorcy nadmiarem informacji, na czym cierpi i jego styl, i dynamika narracji, niektóre, na szczęście rzadkie, partie „Drooda” napisane są wręcz siermiężnie. Za to cała ta niewiarygodna historia nie pozwala na odłożenie opasłego tomiszcza na długo. Pomimo przestojów i niepotrzebnych dłużyzn opowieść snuta przez Simmonsa jest intrygująca i odpowiednio złożona, zaś przywiązanie do faktograficznej akuratności i nieoczywista przynależność gatunkowa powieści wynoszą ją do pierwszej ligi literackiej.

Zostajemy zaproszeni do naprawdę dziwacznego świata, gdzie trudno odseparować prawdę od fikcji – szczególnie iż sam narrator miotany jest sprzecznymi emocjami, często jego słowa pisane są na opiumowym haju. Perspektywa Wilkiego Collinsa pozwala spojrzeć na wielkiego powieściopisarza w mniej korzystnym niż zazwyczaj świetle; jego grzechy i grzeszki zostają wyolbrzymione, choć i dobre uczynki nie zostały mu zapomniane.

Recenzja ukazała się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz