piątek, 28 września 2012

Smacznego telewizorku: Szpieg

Pisarz ma w sobie coś ze szpiega – i jeden, i drugi działa samotnie. Dlatego też John le Carré wszelkie wystąpienia publiczne związane z promocją jego książek uznaje za zło konieczne.

Szpieg (29.09/ 20.00 /Canal +)

Niewykluczone, że ma to we krwi, wszak zanim zajął się prozą na pełny etat, zarabiał na życie jako agent w szeregach brytyjskich służb wywiadowczych. Do jego obowiązków należało oczywiście unikanie nadmiernego eksponowania swojej osoby; dlatego zaczął publikować pod pseudonimem – naprawdę nazywa się David John Moore Cornwell. I choć, tak jak James Bond, pracował dla MI6, jego życie nie przypominało szpiegowskiej fikcji spopularyzowanej piórem takich autorów jak Ian Fleming, zresztą również mający za sobą etat w tajnych służbach. Le Carré podkładał podsłuchy, nadzorował agentów, prowadził przesłuchania i w wolnych chwilach pisał książki oparte na swoich szpiegowskich doświadczeniach. Wydana w 1963 roku trzecia powieść autora – „Ze śmiertelnego zimna” – odniosła na tyle duży sukces, że po odejściu z MI6 w wyniku głośnej afery szpiegowskiej z udziałem podwójnego agenta Kima Philby'ego, mógł żyć z pisania.

Hollywood dość szybko zainteresowało się  twórczością byłego szpiega i już w 1965 nakręcono adaptację  wspomnianej książki z Richardem Burtonem w roli głównej. Jeszcze w tej samej dekadzie zekranizowano również debiut  le Carré'a „Budzenie zmarłych” (pod tytułem „Śmiertelna sprawa” w reżyserii Sidneya Lumeta) oraz „Za późno na wojnę” (polski tytuł filmu to „Cudzymi rękoma”). Pozycje te, jak i parę kolejnych, łączy między innymi postać George'a Smileya, szpiega pracującego dla Cyrku – czyli fikcyjnego wydziału brytyjskich tajnych służb, będącego odpowiednikiem MI6 – i bodaj najbardziej rozpoznawalnego bohatera książek le Carré'a. Zmęczony życiem i nierzadko przytłoczony natłokiem obowiązków szpieg jest istną antytezą nieustraszonych herosów i uwodzicieli w typie Jamesa Bonda. Proza brytyjskiego pisarza, tak jak i jej ekranizacje, dalekie są od etosu szpiega propagowanego przez literaturę i kino sensacyjne głównego nurtu. Smiley to bohater targany wątpliwościami natury moralnej i etycznej, żadna jego decyzja nie jest łatwa i nic w jego pracy nie wydaje się oczywiste. Le Carré podkreśla niedoskonałość systemu i jego słabości, budując w ten sposób paralele pomiędzy nami a nimi – tutaj nikt nie ma absolutnej racji. Ową ambiwalencję zrozumiał doskonale Thomas Alfredson, realizując ubiegłorocznego „Szpiega”, adaptację powieści „Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg”, będącej twórczą wariacją na temat sprawy Piątki z Cambridge. Tutaj powodzenie akcji zapewnia nie długopis z wbudowanym laserem i kilka kolejek martini, ale mozolna praca śledcza. „Szpieg” trzyma w nieustannym napięciu, bowiem odkrywa środowisko widzowi nieznane; obserwujemy metodyczne działania agentów MI6 bez efekciarskiego ubarwienia. Postaci są żywe i pełne, próżno szukać dychotomii źli/dobrzy, zaś zimnowojenna atmosfera nasycona jest wzajemną nieufnością i wiszącą w powietrzu paranoją; to kino o wartości demaskatorskiej.

Le Carré to jednak oczywiście nie tylko Smiley i Cyrk. Brytyjczyk napisał chociażby zekranizowane na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat książki „Wydział Rosja” (1990), „Krawiec z Panamy” (2001) oraz „Wierny ogrodnik” (2005); wszystkie trzy filmy, z wyszczególnieniem tego ostatniego, zostały doskonale przyjęte przez widzów i krytykę. Problematyczna okazała się za to adaptacja „Małej doboszki” z 1984 – niewygodny temat politycznych rozgrywek pomiędzy Izraelem a Palestyną rozgorzał za sprawą filmu na nowo, zaś le Carré'a oskarżono o zdradzanie tajników szpiegowskiego rzemiosła. 

Osiemdziesięcioletni pisarz podobno na stałe wycofał się z życia publicznego, choć trudno orzec, czy słowa dotrzyma, wszak wywiadów uznanych za ostatnie udzielił już co najmniej kilku.

Tekst ukazał się pierwotnie w dzisiejszym "Dzienniku".


piątek, 21 września 2012

"Jesteś Bogiem" - wywiad z Leszkiem Dawidem

Od dzisiaj w kinach jedna z najbardziej wyczekiwanych premier tego roku - "Jesteś Bogiem". Z tej okazji rozmawiam z reżyserem filmu Leszkiem Dawidem.


Bartosz Czartoryski: "Jesteś Bogiem" to owoc wieloletnich starań scenarzysty, Macieja Pisuka; jak pan zaangażował się w ten projekt? 

Leszek Dawid: Przeczytałem tekst, kiedy został wydany w formie książki. To był to mój pierwszy kontakt z tym scenariuszem. Dotarłem wtedy do Maćka, zaczęliśmy rozmawiać i okazało się, że nadal jest na etapie poszukiwań reżysera; wymieniliśmy się poglądami na temat kształtu filmu, skonfrontowaliśmy to, co ja sądzę o tekście, co czuje Maciek, i po wielomiesięcznych rozmowach zdecydowaliśmy, że robimy to wspólnie. 

A jak wyglądała współpraca panów z Fokusem i Rahimem, założycielami Paktofoniki? 

Trzeba zaznaczyć, że ogromną pracę wykonał Maciek Pisuk. Przekonał Rahima, Fokusa i rodzinę Magika do idei powstania filmu. A już na etapie pisania tekstu zaangażował ich, by konsultowali wszelkie niuanse tej historii. I kiedy scenariusz był gotowy, wszyscy po prostu go zaakceptowali, zostawiając sprawę otwartą, jeśli chodzi o wybór reżysera i producenta i aktorów. Kiedy rozpocząłem pracę przygotowawcze do filmu, poznałem Fokusa i Rahima i oni "oprowadzili” mnie po swoim świecie. Poznałem ich środowisko i ludzi, o których będę w filmie opowiadał. Zaangażowałem ich w przygotowanie aktorów do roli od strony muzycznej, jeździliśmy wspólnie na koncerty, do studia, spotykaliśmy się też prywatnie w domach. W trakcie zdjęć Rahim i Fokus nie przychodzili na plan. Nie chcieli, nie mieli takiej potrzeby. Potem, już po zmontowaniu materiału zaangażowali się ponownie dbając o muzyczną stronę filmu – nadzorowali aktorów przy nagraniu rapu, sami zaś skomponowali muzykę ilustracyjną i na potrzeby filmu zmiksowali stare kawałki. To była bardzo dobra współpraca. 

Czy był to pana pierwszy tak bliski kontakt z muzyką, z kulturą hiphopową? 

Bardzo cenię hip-hop, lecz nie mogę powiedzieć, że wiedziałem o nim wiele, zanim przeczytałem tekst Maćka. Na pewno nie określiłbym się fanem, dopiero wraz z lekturą scenariusza na nowo tę muzykę odkryłem i poznałem. Gdy robi się taki film jak "Jesteś Bogiem", nie można sobie pozwolić na myślenie, że się dane środowisko zna. Startowałem z pozycji kogoś, kto dopiero w ten świat wchodzi i chce się rozejrzeć wokół. Strasznie mnie to wszystko ciekawiło, to wspaniałe przeżycie, fajne doświadczenie. To interesujący świat, a niewiele o nim wiemy.

Dalszy ciąg rozmowy przeczytacie w portalu Onet.pl.

piątek, 14 września 2012

Jesień żywych trupów - "Resident Evil" nie tylko w kinach

Ostatni kwartał roku przyniesie istną inwazję zombie; chodzące umarlaki z logiem „Resident Evil” na czołach opanują kina, księgarnie i sklepy z grami.


Ponad pięćdziesiąt milionów sprzedanych egzemplarzy gier i powyżej siedmiuset milionów dolarów zysku w box office – oto plon zebrany przez dwie najbardziej dochodowe gałęzie istnego popkulturowego uniwersum, jakie zbudowała japońska firma Capcom, zajmująca się produkcją i dystrybucją gier wideo. I, oczywiście, użyczaniem dochodowej licencji na jeden ze swoich sztandarowych produktów, na którą skusiły się studia filmowe, producenci zabawek i gadżetów, a także wydawcy książkowi i komiksowi. „Resident Evil” – od czasu premiery pierwszej części gry na konsole w roku 1996 – stał się rozpoznawalną na całym świecie marką, przynoszącą niebotyczne dochody. A przecież przepis na fabułę i sposób rozgrywki był śmiesznie prosty; sięgnięto bowiem po klasykę filmów z żywymi trupami i wrzucono gracza w sam środek znanej opowieści. Zabieg ten pozwolił miłośnikom horrorów przeżyć na własnej skórze to, co dotychczas widzieli tylko na kinowym ekranie. Iście filmowa narracja, korzystająca z charakterystycznych dla gatunku chwytów, momentami wręcz cytująca niektóre z dzieł weterana zombie-movies George'a A. Romero, pozwalała osiągnąć efekt wcześniej w historii elektronicznej rozrywki niespotykany. Postęp technologiczny, zmienne wymagania graczy oraz sukces tetralogii filmów powstałych na podstawie gier doprowadziły do przesunięcia akcentów i w ostatnich latach seria główna podążyła w kierunku dynamicznej akcji przy jednoczesnym osłabieniu elementów grozy i praktycznej rezygnacji z napotykanych wcześniej przez gracza łamigłówek i zagadek. Za parę tygodni swoją premierę ma szósta gra z cyklu – nie licząc kilkunastu spin-offów, które pojawiły się na przestrzeni ostatnich szesnastu lat na różne platformy – nad którą, jeśli wierzyć zapewnieniom producentów, pracował personel złożony z sześciuset osób, co czyni z „Resident Evil 6” największą dotychczasową produkcję studia i istny blockbuster świata gier. Capcom do końca roku chce sprzedać siedem milionów egzemplarzy swojego dzieła i wszystko wskazuje na to, że wynik ten zostanie osiągnięty.

Z pewnością w sprzedaży pomoże dzisiejsza premiera – na ekrany wchodzi bowiem piąta już cześć filmowej adaptacji gry z podtytułem „Retrybucja”. Seria kinowych przebojów, które bez litości miażdży krytyka, a uwielbiają widzowie, nie podąża tym samym torem fabularnym, co znany z konsol i komputerów cykl. Paul W. S. Anderson, producent i reżyser, architekt sukcesu filmów spod znaku „Resident Evil”, zapożyczył po prostu nazwy, imiona i miejsca, do których dopisał całkowicie nowy scenariusz i umieścił serię w konwencji action-horror; ikonografia wzięta z filmów grozy jest u niego tylko sztafażem dla widowiskowego spektaklu akcji. Interesujące, iż Anderson nie był pierwszym wyborem na stanowisko reżysera; na początku zaangażowano samego George'a A. Romero, jednak jego wizja nie spodobała się osobom decyzyjnym i po jego udziale w projekcie pozostał jedynie telewizyjny spot reklamujący drugą część gry wideo. Trudno dociec, jak potoczyłyby się losy serii pod batutą amerykańskiego specjalisty od zombie, lecz podobna myśl nie spędza snu z powiek producentom, gdyż to właśnie Andersonowi udało się sięgnąć do portfeli widzów, którzy mają do dyspozycji kilka alternatywnych, tworzonych równolegle wersji świata „Resident Evil”. Pomimo że film czy gra nie zazębiają się fabularnie, to jednak wzajemnie się napędzają. Nie tylko marketingowo. Rozwiązania z gry przenoszone są na ekran i odwrotnie, dlatego, trzymając pada, częściej strzelamy, niż myślimy, a w piątym filmie z serii pojawią się kolejne stwory zaprojektowane przez grafików z Capcom.

Mimo że w Polsce rynek gier i produktów im towarzyszących nie jest tak rozbudowany jak na Zachodzie czy w Japonii, a gadżety związanie z „Resident Evil” można dostać chyba tylko za pośrednictwem Internetu, to w tym roku jedno z wydawnictw komiksowych zajmujących się mangą zdecydowało się wprowadzić na nasz rynek komiks osadzony w zombie-uniwersum stworzonym przez Capcom z podtytułem „Marhawa Desire” – pierwszy tom, którego polska premiera zbiegła się z premierą światową, stoi na półkach od czerwca, zaś premiera drugiego ma miejsce w okolicy daty wydania szóstej odsłony gry. Komiks ten, wcale nie pierwszy osadzony w uniwersum „Resident Evil”, to całkiem interesujące spojrzenie na znane już wątki, gdyż do standardowej fabuły z pograniczna horroru i sensacji wprzęgnięto wątki obyczajowe; rzecz dzieje się bowiem w szkolnym kampusie.

Żywe trupy już nie pragną mózgów, ale naszych telewizorów i konsol.

Tekst ukazał się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika".

poniedziałek, 10 września 2012

Konkurs z "Golemem" Edwarda Lee

"Golem" – nowa na naszym rynku powieść Edwarda Lee, którą miałem niekłamaną przyjemność tłumaczyć – od paru dni stoi na półkach księgarń. Kto jeszcze nie zdążył jej nabyć, trafił pod dobry adres, bo dzięki uprzejmości wydawnictwa Replika mam do rozdania dwa egzemplarze książki.

Żeby otrzymać jeden z nich, wystarczy wysłać na mój adres mailowy (widoczny po prawej) odpowiedź na poniższe pytanie:

Jak nazywa się parowiec, na którym podróżują w prologu bohaterowie powieści "Golem"?

Zaś prolog przeczytacie w całości chociażby pod tym adresem.

Przed lekturą rzućcie jeszcze okiem na okładkę i krótki opis fabuły. Konkurs potrwa do 16.09.2012.

 
Edward Lee, mistrz ekstremalnego horroru, zaprasza w kolejną podróż do krainy makabry!

Nowi lokatorzy stupięćdziesięcioletniego Lowen Mansion nie wiedzą, że ich wymarzony dom wkrótce stanie się miejscem narodzin niewyobrażalnego zła...

Jaką tajemnicę kryje stara posiadłość? Duchy? Potwory? A może jeszcze coś gorszego? Golem to przerażająca, pełna mrocznych niespodzianek powieść wywiedziona ze starej europejskiej legendy. Przed wiekami ulepione z gliny monstrum stawało w obronie słabych i niewinnych; dziś zostanie powołane do życia raz jeszcze... aby rozpętać prawdziwe piekło!

czwartek, 6 września 2012

Tydzień w kinie - "Niezniszczalni 2"

Jeszcze niedawno wieszczyłem zmierzch blockbusterów, jakimś niejasnym dla mnie zrządzeniem losu zapominając o filmie, na który czekałem przecież bodajże dwa lata. Pewno przywykłem już do tego oczekiwania i stało się ono nieodłącznym elementem każdego seansu, dlatego stojąc pod kinową salą i odliczając sekundy do otwarcia drzwi, nie czułem dreszczu emocji, który towarzyszył mi przed premierą pierwszych "Niezniszczalnych". Ba, wtedy co prawda padałem z nóg po wielogodzinnym oczekiwaniu w specjalnym sektorze jednego z londyńskich kin, aby przywitać się z trójcą Stallone-Statham-Lundgren, lecz sama myśl o zobaczeniu wszystkich tych kozaków ponownie w jednym filmie - co ja mówię... w jednym kadrze! - wystarczyła, żeby po usadowieniu się w fotelu przeszły mi po plecach ciarki.

Niezniszczalni 2 (9+/10)

Nie wyobrażam sobie kina akcji - a może i kina w ogóle - bez Schwarzeneggera, bez Willisa, bez Stallone. Dzisiaj praktycznie każdy chłystek, z pomocą paru wygenerowanych na komputerze efektów i kilku kaskaderów, może zostać wyczynowcem; oby miał ładną buzię. Szczęśliwie "Niezniszczalni" stali się nie gwoździem do trumny dawnych gwiazd, lecz odskocznią, niegdysiejsi idole milionów złapali nawet nie drugi, ale trzeci oddech. Bo bez tej inicjatywy z zapowiedzi premier na nadchodzący rok zapewne zniknęłyby nowe propozycje z Arnoldem i Slyem, a Norris nie myślałby o następnym "Zaginionym w akcji". Trudno mi przewidzieć, czy czeka nas renesans kina akcji w starym stylu, kolejna fala klasycznych naparzanek, ale trzymam mocno kciuki, aby tak właśnie się stało.

Zwraca się uwagę w tekstach o "Niezniszczalnych 2" na ciągłe cytaty, nawiązania do słynnych akcyjniaków, niektóre zawoalowane, inne oczywiste, ale nawet i bez nich byłby to film z niewiarygodnym potencjałem autotematycznym, bowiem Stallone czy - jak mawiał niezastąpiony Zygmunt Kałużyński - Szwarcy to chodzące konteksty i niemal każdy ich gest, słowo, ruch można by interpretować dwojako. Aktorzy są oczywiście w tym filmie wartością nadrzędną, lecz wydaje się, że przy okazji sequela zrozumiano, iż filmowi przysłuży się bardziej przemyślany scenariusz i odrobina konsekwencji. Pierwszych "Niezniszczalnych" traktowałem w sporym stopniu jak cyrkową atrakcję, eksperyment, gorączkowy test rynku przeprowadzony na milionach widzów. Dopiero teraz dostałem pełnoprawny film, który wyszedł naprzeciw moim oczekiwaniom.

Mógłbym pisać o "Niezniszczalnych 2" i pisać - o niezłych one-linerach, doskonalszej kreacji postaci, znakomicie wyreżyserowanych scenach walk (montaż!), legendarnych kopniakach Van Damme'a, świetnym wejściu Norrisa, szelmowskim uśmiechu Lundgrena i fikołkach Jeta Li, lecz nie jestem pewny, czy udałoby mi się oddać w pełni ładunek kultu, którym zostaliśmy obdarowani. Po prostu idźcie do kina.



sobota, 1 września 2012

Kino z wysokiego zamku - adaptacje prozy Philipa K. Dicka

Fakt, iż  Len Wiseman zdecydował się  nie na powtórną lekturę  opowiadania Philipa K. Dicka, ale remake dzieła Paula Verhoevena, daje do myślenia.


„Pamięć absolutna” A.D. 2012 zbiera słabe bądź średnie recenzje – choć prominentny krytyk amerykański Roger Ebert ocenił film wysoko – i nie jest to wcale sytuacja odosobniona, bowiem mało który obraz ze scenariuszem zaczerpniętym z prozy Dicka spodobał się prasie branżowej. Istotniejsza od ocen krytyków wydaje się pewna niemożność, a może raczej niechęć twórców filmowych do dosłownego adaptowania książek amerykańskiego pisarza, pełnego oddania ich skomplikowanego charakteru i złożonej problematyki. Powieści i opowiadania Dicka przełożone na język ekranu traktowane są raczej w charakterze bibliotek gotowych pomysłów, skarbnic różnorakich motywów, które da się bez zbędnych utrudnień przenieść na celuloidową taśmę. Tak było chociażby w przypadku „Next” z 2007 roku, gdzie z opowiadania „Złotoskóry” przetrwało bodajże jedynie imię głównego bohatera i jego niezwykła umiejętność widzenia niedalekiej przyszłości, czy też „Tajemnicy Syriusza” z 1995, w której z utworu „Druga odmiana” zapożyczono tylko przewodni motyw fabularny.

Wierność w stosunku do medium wyjściowego nie jest oczywiście wyznacznikiem jakości filmu, bowiem proza Philipa K. Dicka doczekała się paru znakomitych lub chociażby bardzo dobrych adaptacji (choć sam pisarz niestety nie; zmarł w roku 1982). Truizmem, ale i obowiązkiem, będzie wymienienie w tym gronie „Łowcy androidów” Ridleya Scotta, nie tylko bodaj najświetniejszej adaptacji utworu Dicka, ale i klasycznego już dzieła gatunku. Wyjątkowość tego filmu polega jednak nie na hołdowaniu oryginałowi literackiemu, bowiem odstępstwa od fabuły powieści „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?” są znaczące, począwszy od kreacji samego bohatera, jak i replikantów, oraz rezygnacji ze znaczących dla książki motywów, na przykład pominięciu istotnych kwestii związanych z religią zwaną merceryzmem. Scott nakręcił przede wszystkim autorski obraz, który dzisiaj nazwalibyśmy neo-noir w estetyce science-fiction. Reżyser ponoć powieści nawet nie przeczytał, a jednak udało mu się uchwycić jej ducha – scenografią, którą pokazano mu w formie prezentacji i szkiców, zachwycał się sam Dick – oraz zahaczyć o problematykę książki, zresztą przewijającą się przez całą twórczość pisarza, poruszyć temat kryzysu tożsamości i zadać pytania o istotę bycia człowiekiem.

Inną  tematykę, również charakterystyczną dla prozy Dicka, krążącą  wokół wątpliwości co do granic realności świata, który, jak nam się wydaje, znamy i pamiętamy, oraz możliwości wpływania na rzeczywistość poprzez manipulacje umysłem, podejmowali kolejni twórcy – Steven Spielberg w „Raporcie mniejszości”, George Nolfi we „Władcach umysłów” i Paul Verhoeven (no i Len Wiseman) w „Pamięci absolutnej”. O ile żaden z tych filmów nie jest wierną ekranizacją prozy Dicka, tak każdy całkiem udanie eksploruje zaczerpnięte z niej dylematy, wpisując je jednocześnie w ramy dynamicznego kina akcji i sensacji, kładąc nacisk właśnie na elementy gatunkowe i angażując w rolach głównych aktorów kojarzonych z podobnymi produkcjami: Toma Cruise'a (był to zarazem pierwszy z kilku projektów zrealizowanych wspólnie ze Spielbergiem), Matta Damona (kojarzonego z trylogią o agencie Jasonie Bourne'ie) i Arnolda Schwarzeneggera (dla którego „Pamięć absolutna” była pierwszym naprawdę ogromnym sukcesem w box office). Z pewnym zaskoczenie odebrano rozbudowany wątek romansowy we „Władcach umysłów”, który przeważał nad warstwą science-fiction, lecz udowadniał tym samym rozpiętość, bądź co bądź gatunkowej, prozy Dicka, która, jeśli nawet posłużyć się nią pretekstowo, potraktować jako odskocznię, oferuje rozmaite możliwości interpretacyjne i adaptacyjne. A także wizualne, o czym przekonał Richard Linklater w swoim „Przez mroczne zwierciadło”, chyba najwierniejszej jak do tej pory adaptacji twórczości pisarza, w realizacji której wykorzystano technikę rotoskopową.

Rozpoczęta równo trzydzieści lat temu filmowa kariera prozy Philipa K. Dicka zapewne potrwa co najmniej kolejne trzydzieści i remake „Pamięci absolutnej” jest pierwszą jaskółką zapowiadającą następne wariacje, adaptacje i przeróbki. Już teraz wiadomo, że Ridley Scott w 2013 ma zacząć pracę nad kolejnym „Łowcą androidów” – jego nazwisko jako producenta łączy się również z czteroodcinkowym miniserialem telewizji BBC, która wykupiła prawa do ekranizacji „Człowieka z wysokiego zamku” – zaś Michael Gondry ma ochotę przenieść na ekran jedną z najważniejszych powieści Dicka, „Ubik”, do której sam pisarz stworzył scenariusz jeszcze w latach siedemdziesiątych.

Tekst ukazał się w "Dzienniku" (31.08.2012).