piątek, 17 sierpnia 2012

Tydzień w kinie - "Merida waleczna"

Bodaj najdoskonalsza technicznie animacja Pixara pozwala sądzić, iż nadchodzące lata przyniosą jeszcze niejeden przełom. Lata pracy i trud włożony w „Meridę waleczną” procentują – film już zarobił krocie, a przed nim jeszcze wiele tygodni wyświetlania, do tego zbiera niezłe recenzje w prasie. Produkcja w reżyserii Marka Andrewsa i Brendy Chapman ma zadziałać niczym swoisty papierek lakmusowy; Pixar testuje grunt, bowiem, prócz rezygnacji ze starego systemu animacji, z którego firma korzystała przez ostatnie ćwierć wieku, i przerzucenia się na bardziej zaawansowany sprzęt, sięgnięto po pierwszoplanową bohaterkę żeńską, a fabułę oparto w sporej mierze na szkockim folklorze. Zapożyczeń z tamtejszej historii, legend i mitów w „Meridzie walecznej” jest wiele, choć zostają one, rzecz jasna, przepuszczone przez sito scenarzystów, bardziej zaaferowanych samą konstrukcją fabularną baśni.

Merida waleczna (8/10)

Pierwotnym założeniem Pixara była realizacja dzieła pozostającego w zgodzie z tradycją mrocznych opowieści dla nieco starszych odbiorców, kojarzoną z braćmi Grimm i Hansem Christianem Andersenem, lecz wybrano rozwiązanie nieco bezpieczniejsze i nie oddalono się od charakterystycznych dla studia rozwiązań fabularnych. „Merida waleczna” to niemalże klasyczna opowieść o dojrzewaniu i dorastaniu do odpowiedzialności, zbudowana według opracowanego przez Josepha Campbella schematu podróży herosa, choć sama postać głównej bohaterki wyłamuje się z archetypicznego dla wysokobudżetowego kina animowanego wzorca. Dziewczyna nie chce dopasować się do określonego porządku, ale zmienić go za wszelką cenę, wywrócić do góry nogami. Buntuje się przeciwko matce, odmawia zamążpójścia i odrzucą rolę wyznaczoną jej odgórnie przez społeczeństwo, czym sprowadza na swoją rodzinę klątwę. Przekleństwo może okazać się jednak błogosławieństwem, bowiem sprowokuje i Meridę, i królową Elinor do rozważań na temat tego, co je łączy, i pomoże we wzajemnym zrozumieniu.

Do rewolucji jednak jeszcze trochę zabrakło, do rewelacji także, lecz i tak „Merida waleczna” może śmiało stawać w szranki z poprzednimi przebojami Pixara. Scenariusz jest co prawda momentami nierówny, ale rekompensata w postaci dopracowanej w każdym szczególne warstwy wizualnej jest satysfakcjonująca, to prawdziwa uczta dla oczu. Animacji o takiej urodzie i o tak wysokim poziomie szczegółów chyba jeszcze w kinie nie wiedzieliśmy.

Recenzja ukazała się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika".

Polecam również nieco dłuższy tekst o filmie, który ukazał się w wakacyjnym numerze miesięcznika "Kino".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz