czwartek, 9 sierpnia 2012

Smacznego, telewizorku: Godzilla

Ma swoją własną gwiazdę w Alei Sław w Hollywood, jego charakterystyczny ryk objęty jest prawami autorskimi, a kilkanaście lat temu zgarnął nagrodę MTV za całokształt dokonań artystycznych – Godzilla, król potworów.

Godzilla (12.08 / 21.55 / TV4)
 
Ikona japońskiej popkultury, gwiazda kaijū eiga, czyli filmów z monstrami, dobiega już sześćdziesiątki. Narodził się w roku 1954 na fali popularnych amerykańskich produkcyjniaków science-fiction; miał być odpowiedzią na „Bestię z głębokości 20.000 sążni” i pierwsza wersja scenariusza autorstwa Shigeru Kayamy w wielu miejscach nawiązywała do hitu ze stajni Warner Bros. Kiedy do projektu dołączyli Takeo Murata i Ishiro Honda, skrypt ulegał dalszym zmianom, choć czas naglił – wytwórni Toho, w obliczu rosnącego popytu na podobne fabuły, zależało na szybkim wpuszczeniu filmu na ekrany. Można więc mówić o zderzeniu przypadkowości i chłodnej kalkulacji; ba, nawet słynny strój Króla Potworów, w którym występował kaskader Haruo Nakijama, nie był pierwszym wyborem pracującego przy filmie specjalisty od efektów specjalnych, Eijiego Tsuburayi, któremu marzyło się wykorzystanie techniki animacji poklatkowej. Godzilla w jego wersji miał przypominać gigantycznego głowonoga, dopiero później nadano mu cech antropomorficznych – na tym etapie pojawił się pomysł, aby głowa monstrum przypominała grzyb po wybuchu atomowym – aż wreszcie zdecydowano się na dobrze nam znany gadzi design. Problemów nastręczył też wybór imienia dla potwora, którego wreszcie ochrzczono Gojira (co było połączeniem słów gorira oraz kujira, oznaczających odpowiednio goryla i wieloryba) oraz chęć nakręcenia filmu w kolorze, na co naciskało studio Toho; o czerni i bieli zadecydowały kwestie ekonomiczne, gdyż umiejętne operowanie światłem i cieniem pozwoliło na zamaskowanie niektórych niedostatków technicznych.

„Godzilla” w reżyserii Ishiro Hondy miała swoją premierę w listopadzie 1954 roku, zaledwie parę miesięcy po tragicznym w skutkach incydencie z japońskim kutrem rybackim, którego załoga została napromieniowana na skutek amerykańskich prób z bronią nuklearną. Powróciły jeszcze świeże, wyniesione z drugiej wojny światowej lęki – dzieło Hondy odczytywano jako metaforę zagrożenia kolejnym konfliktem z użyciem atomu; jego destrukcyjną siłę symbolizował właśnie gigantyczny Godzilla. Zresztą nie brakuje w filmie scen w niemal dosłowny sposób nawiązujących do niedawnej tragedii z Hiroszimy i Nagasaki: przedstawiona obrazowo, zorganizowana ewakuacja ludności Tokio, wyjaśnienie genezy stwora czy finałowa, ponura konstatacja doktora Yamane, który przestrzega przed dalszymi testami broni atomowej. I choć to nadal jedynie stosunkowo prosty film gatunkowy o wielkim, siejącym zniszczenie monstrum, „Godzilla” odwołuje się do zbiorowej pamięci Japończyków i niesie ostrzeżenie, o którym zapomnieć nie wolno.

Niedawno zapowiedziano kolejne odrodzenie Godzilli – tym razem w Stanach Zjednoczonych; reboot serii wyreżyseruje Gareth Edwards, odpowiedzialny za dobrze przyjęty, autorski projekt zatytułowany u nas „Strefa X”. Nie będzie to oczywiście pierwszy sąsiedzki występ Króla Potworów, trudno zapomnieć o bolesnej porażce Rolanda Emmericha – który przyznał potem, że japońskich filmów z Godzillą nie lubi – z 1998 roku, emitowanych również i u nas serialach animowanych oraz lawinie komiksów. O nadchodzącym filmie na razie wiadomo niewiele, lecz zapewne czeka nas powrót do korzeni. Godzilla ponownie stanie się uosobieniem prącej naprzód, nieposkromionej siły i – miejmy nadzieję – powalczy o koronę Króla Blockbusterów.

Tekst pochodzi z "Dziennika" (10.08.2012). Jeśli chcecie poczytać o Godzilli nieco więcej, polecam blog Dawida Głowni.

1 komentarz:

  1. Fajna recenzja. Uwielbiam Godzillę! Dzieło z 1954 jest perłą kina, a następne już bardziej rozrywką, ale też na poziomie (pomijając kilka wpadek...).

    OdpowiedzUsuń