czwartek, 19 lipca 2012

Tydzień w kinie - "Prometeusz"

Pozycja typowana na wakacyjny hit box office'u okazuje się rozczarowaniem; nie klęską, jak chciałaby część recenzentów, ale z pewnością porażką, choć publiczność zapewne dopisze. Ridley Scott, jakby wbrew wcześniejszym zapewnieniom, jednak schlebia gustom widzów złaknionych kolejnej części „Obcego” i w dodatku robi to po linii najmniejszego oporu. Zaś w wywiadach dodaje, skądinąd protekcjonalnie, że wszelakie niedopowiedzenia i luki w warstwie fabularnej „Prometeusza” są zamierzone, gdyż prowadzą do sequela; a sequel do finałowej części trylogii, która będzie pomostem łączącym właśnie rodzącą się serię ze słynnym cyklem zapoczątkowanym przez Scotta w roku 1979.

Prometeusz (4/10)


Faza planowania trwała latami. Pracą konceptualną, prócz Scotta, zajmował się też James Cameron, lecz obaj zrezygnowali na wieść, iż Paul W.S. Anderson zrealizuje spin-off „Obcy kontra Predator” – jak się później okazało boleśnie nieudany. Sama postać oślizłego, kosmicznego drapieżnika z kwasem zamiast krwi uległa swoistej komercjalizacji i infantylizacji, a jej potencjał rozmieniono na drobne. Dlatego też Scott, powracając do zarzuconego projektu, chciał w „Prometeuszu” odejść od flagowej postaci serii i pójść w nieco innym kierunku, nadal pozostając jedną nogą w tym samym filmowym uniwersum. Kilkakrotnie przepisywany scenariusz sprawia jednak wrażenie przerobionego skryptu kolejnego sequela, a może remake'u, „Obcego” – podobieństwa narzucają się same podczas seansu i trudno orzec, czy to jedynie ukłony dla wyrobionej publiki, czy brak wyobraźni. Jakkolwiek by nie było, fabuła nie wytrzymuje konkurencji ze stroną wizualną filmu. A ta, choć intrygująca, to pozbawiona jest drapieżnego wizjonerstwa, które charakteryzowało pierwszą odsłonę kosmicznej serii. „Prometeusz” ze swoim monumentalizmem i pompatycznością choruje na blockbusteryzm. Treść zaś rozdarta jest pomiędzy historię rodem z klasycznego science-fiction traktującego o wyprawie badawczej na obcą planetę, a mętne wywody filozoficzno-antopologiczne zapożyczone z prac Ericha von Dänikena z zakresu paleoastronautyki. Problematyka jest wyssana z palca, ideologiczne konflikty załogi zdają się mało reżysera interesować, wielowątkowy scenariusz gubi sens, a aktorzy nie mają pola do popisu.


Rok 2089. Para archeologów, Elizabeth Shaw (duchowa kuzynka Ellen Ripley grana przez Noomi Rapace) i Charlie Holloway (w tej roli Logan Marshall-Green), wpada na trop epokowego odkrycia – powtarzalność pewnych wzorców w malunkach naskalnych oddalonych od siebie w przestrzeni i czasie cywilizacji może wskazywać na to, że są one w rzeczywistości zaproszeniem, jaki otrzymaliśmy od gwiezdnej rasy, która, być może, zapoczątkowała życie na Ziemi. Mocno w taki obrót spraw wierzy Peter Weyland (ucharakteryzowany Guy Pearce), szef korporacji zdolnej sfinansować wyprawę Shaw i Hollowaya na odległy księżyc. Ekipa naukowców wyrusza w trwający dwa lata lot pod okiem androida o imieniu David (znakomity Michael Fassbender). Oczywiście znajdująca się u kresu ich podróży konstrukcja kryje tajemnicę – wielbiciele „Obcego” wiedzą, czego się spodziewać; zagrożenie jest bowiem tylko pozornie odmienne. Załoga Prometeusza, rozdarta pomiędzy obowiązkiem a zdrowym rozsądkiem, mimo ewidentnego niebezpieczeństwa, kontynuuje eksplorację kompleksu.


Scott nadal czuje się wyśmienicie w scenach zbliżających film do horroru, lecz zbyt mało tutaj dynamicznych sekwencji i klaustrofobicznego, paranoicznego lęku zdolnego ożywić ekran; monotonne tempo narracji sprawia, że „Prometeusz” to dzieło toporne, powolne i zwyczajnie... nudne. Także i scenografia nie może się równać z dawnymi dokonaniami H.R. Gigera – który, co prawda, pracował i przy tym filmie, choć jego udział był mocno ograniczony. Zwracają uwagę projekty kosmicznych monstrów, zapożyczone chyba od Lovecrafta – w gruncie rzeczy nawet i sam pomysł wyjściowy można podciągnąć pod inspiracje dokonaniami amerykańskiego pisarza. Niestety, więcej zalet przywołać nie sposób.

Tekst pochodzi z piątkowego wydania "Dziennika" (20.07.2012).

7 komentarzy:

  1. Nie rozumiem tej histerii związanej z Danikenem. Jest on groźny tylko wtedy, gdy traktuje się go serio, jako inspiracja do scenariuszu filmowego daje radę. Jeśli „mit założycielski” jest banialuką, to tak samo jest np z oceanem w „Solaris”. Oczywiście można było odpiąć wrotki i pokazać jak uczestnicy wyprawy komunikują się z Inzynierami, a ci drudzy snują długą opowieść jak to rzeźbili ludzi i jak bardzo ich produkt nie spełnił oczekiwań. Ale Scott właśnie tego nie robi, zachowuje minimalizm i niedopowiedzenia. Obcy nie nawiązuje z ludźmi żadnego kontaktu, bo oni dla niego to jak dla nas karaluchy. Michio Kaku na pewno by takiej koncepcji obcego nie potępił :) To co ważne dzieje się trochę na marginesie – np. w rozmowach między androidem a Elizabeth, tam jest wiele na temat ludzkich motywacji, uporu, wątpliwości etc. Poza tym jest ładna analogia między stworzeniem człowieka przez obcych, a stworzeniem androida przez człowieka. Przypomina się zdanie Arthura C. Clarke'a: „Każda wystarczająco zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii”. Z resztą w świetle badań nad tworzeniem maszyn samouczących się i tworzonych częściowo z tkanek organicznych, ten mit wcale nie jest taki głupi :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie "mit założycielski" jest banialuką, ale sposób jego eksploracji w wykonaniu Scotta. Faktycznie najlepsze momenty filmu to dialogi pomiędzy Elizabeth a Davidem - cała reszta to mielizna; mnie ów minimalizm i niedopowiedzenia nie przekonują, odbieram je raczej jako dowód bezsilności reżysera. Miałem wrażenie, jakby nie bardzo wiedział, co z całym tym bajzlem zrobić.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bogiem a prawdą, zarzut, że "Prometeusz" ma monotonne tempo narracji, jest powolny i nudnawy, można też postawić pierwszej części "Obcego". Filmy Ridleya Scotta długimi fragmentami są flegmatyczne. Taka już chyba natura tego reżysera, w końcu Anglika :)

    OdpowiedzUsuń
  4. "Obcy" nie był jednak obciążony metafizycznym bagażem, tam na pierwszym planie było hitchcockowskie napięcie.

    "Prometeusz" zaś jedynie markuje intelektualną dysputę, bowiem wszelkie rozważania o sensie istnienia są tutaj sprowadzone do poziomu... przeciętnego zjadacza popcornu. A pod tą powłoczką mamy kilka pocztówkowych widoczków. I niewiele więcej.

    OdpowiedzUsuń
  5. Metafizyka nie mówi niczego na temat sensu istnienia, mówi jedynie o naturze rzeczywistości. W ogóle mam wrażenie, że słowo metafizyka jest nadużywane, jak się coś komuś nie podoba i wygląda na pompatyczne to pewnie jest metafizyczne. Metafizyka to porządna dyscyplina akademicka, nie ma nic wspólnego z mistyką, ani bełkotliwą ekspresją.

    OdpowiedzUsuń
  6. Miałem na myśli nieco inne znaczenie tego słowa. Za "Słownikiem współczesnego języka polskiego":

    metafizyka - z ironią o pseudonaukowych, niejasnych wywodach, o zawiłych spekulacjach myślowych

    OdpowiedzUsuń
  7. Mnie najbardziej w tym filmie irytowały niedociągnięcia scenariuszowe. Choćby totalna irracjonalność zachowań naukowców, którzy jako rzekome sławy świata nauki zachowują się niczym grupa amatorów.

    OdpowiedzUsuń