piątek, 1 czerwca 2012

Tymczasem w księgarniach - "Zagubione dziewczęta"

Alan Moore „Zagubione dziewczęta” pisał szesnaście lat. Całkiem długo – szczególnie jak na dzieło, które sam twórca bez krępacji określa jako pornografię. A jednak to tę powieść graficzną uznano za jedno z większych dokonań sztuki komiksowej ostatnich lat. Wydaje się, że dochodzi do sprzeczności, gdyż pornografia z założenia jest anty-estetyką, której podstawowym i bodaj jedynym celem jest wywołanie u odbiorcy podniecenia seksualnego; u Moore'a zaś doznania erotyczne połączono z estetycznymi. Zasługa leży zarówno po stronie scenariusza, bogatego w aluzje kulturowe, którego konstrukcja fabularna bliźniacza jest do „Dekameronu”, jak i rysunków wyjątkowej urody autorstwa Melindy Gebbie, prywatnie żony Moore'a.

Zagubione dziewczęta (9/10)

Moore przerabia po swojemu klasykę literatury dziecięcej, dobierając źródła nieprzypadkowo – koncentruje się bowiem na dziełach już przed laty uznanych za cokolwiek podejrzane. Sam tytuł nawiązuje oczywiście do „Piotrusia Pana”, a i postaci centralne wzięte są odpowiednio z książek Carrolla, Barriego i Bauma, lecz tutaj kraina Oz to stodoła, w której Dorotka przeżywa pierwsze orgazmy, kapitan Hak jest perfidnym pedofilem prześladującym grupkę małoletnich prostytutek, a herbatka u Szalonego Kapelusznika to kryptonim dla lesbijskiej orgii.

Siłą „Zagubionych dziewcząt” nie są jednak eksplicytnie przedstawione fetysze, lecz odkrywanie własnej seksualności przez dojrzałe już kobiety – trawestacje literackie ubrano w formę wspomnień Dorotki, Wendy i Alicji, w których ujawniają prawdę o swoich pierwszych doświadczeniach erotycznych. Dochodzą do nierzadko zaskakujących wniosków, wyzwalając tym samym uśpione marzenia o seksualnym spełnieniu. To właśnie poprzez seks Moore każe swoim bohaterkom zgłębiać korzenie swoich frustracji, analizować pułapki dojrzewania, przy czym zahacza o tabu, kazirodztwo, molestowanie i seksualność dziecięcą – i wcale nie dla epatowania szokiem, a stworzenia pełniejszego opisu pewnych mechanizmów psychologicznych. Co więcej, to pierwiastek żeński jawi się tutaj jako siła aktywna, zaś męskość kojarzona jest z biernością; „Zagubione dziewczęta” to istny pean na cześć kobiecej seksualności.

Nie tylko treść komiksu, ale i oprawa graficzna stanowią o jego wyjątkowej randze – wykonano znakomitą pracę konceptualną; każda z głównych postaci ma swój własny motyw graficzny, idealnie oddający charakter dzieła bazowego. Tak więc historia Alicji wpisana jest w owal lustra, w opowieściach Dorotki wykorzystano szerokie kadry symbolizujące płaskie pola Kansas, zaś historia Wendy ujęta jest w regularne prostokąty, mające oddać represyjny charakter społeczeństwa ery wiktoriańskiej – podobnie giętki jest też i język, którym posługują się postaci. Całość zaś poprzetykano fragmentami lektur o tematyce pornograficznej, w których zaczytują się bohaterowie, opartych na pastiszu; to zwulgaryzowane wersje obrazów Muchy czy dzieł Wilde'a.

Zastanawiające, czy „Zagubione dziewczęta” poprzez swoją, bądź co bądź kontrowersyjną, treść staną się punktem zaczepienia dla dyskusji o komiksie w Polsce – jeśli tak, oby rozsądniejszej niż w przypadku pamiętnego kawałka o Chopinie.

Tekst ukazał się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz