piątek, 15 czerwca 2012

Tydzień w kinie - "Szepty"

Rok 1921, industrialna rewolucja dobiegła końca – mało kto wierzy w duchy, choć literacki horror całkiem niedawno zapuścił swoje korzenie właśnie w Wielkiej Brytanii. Upiory i zjawy przegrały batalię z maszynami parowymi, nawiedzone domostwa zburzono i zaorano, a na cmentarzach palą się jasno lampy gazowe.

Szepty (6/10)

Florence Cathcart jest dzieckiem swojej epoki; kobietą, której status określiły sufrażystki, autorką bestsellerowych książek i aktywną działaczką na rzecz jednoznacznie pojmowanej prawdy. Pisarka zajmuje się bowiem obnażaniem metafizycznych oszustw, zdejmuje maski szarlatanom, depcze po piętach tym, którzy uważają się za medium. Florence nie wierzy w istnienie sił nadprzyrodzonych, a demaskowanie kolejnych oszustw przychodzi jej łatwo, gdyż do dyspozycji ma najnowsze zdobycze techniki, z którymi konkurować nie sposób.

Kobieta stanie w „Szeptach” Nicka Murphy'ego przed zadaniem najcięższym w swej dotychczasowej karierze – oto w położonej na odludziu szkole dla chłopców straszy; tajemnicze widziadło błąka się w nocy po korytarzach. Oczywiście od początku Florence węszy spisek, zrzuca winę na nierozsądne chłopięce zabawy, lecz zdobywane metodami naukowymi dowody coraz wyraźniej wskazują na to, iż jej osąd może być błędny. Pytanie o istnienie duchów wisi nad filmem zbyt krótko. Kryminalne dochodzenie w gotyckiej scenerii szybko oddaje pola schematycznej opowieści z dreszczykiem, której nie ratuje nawet przyprawiająca chwilami o gęsią skórkę atmosfera klasycznego wiktoriańskiego horroru.

„Szepty” miały swoją premierę w brytyjskich kinach parę miesięcy wcześniej niż utrzymana w podobnym klimacie „Kobieta w czerni” i jest to film lepszy od obrazu Jamesa Watkinsa, co wcale nie świadczy o jego wartości artystycznej. Od konwencjonalnej historii reżyser stara się co prawda odwrócić uwagę wysoką jakością realizacji; mimo wszystko wydaje się, że Murphy za bardzo zawierza magii prowincjonalnego angielskiego krajobrazu skąpanego w jesiennej aurze. Tym samym sam staje się hochsztaplerem, który paroma sztuczkami próbuje przekonać widza do swojego filmu. Fabularne potknięcia są zbyt wyraźne, niektóre decyzje nierozważne, przez co „Szepty” to dzieło niekonsekwentne i nierówne. Szkoda na taką fabułę samej Florence Cathcart, która mogłaby awansować na Indianę Jonesa angielskiego horroru, badaczkę zjawisk niewyjaśnionych i tajemniczych, orędowniczkę profanum. Tak się jednak nie stanie.

Recenzja ukazała się także na łamach "Dziennika" (15.06.2012).

3 komentarze:

  1. A ja się nie zgadzam, przynajmniej nie w pełni ;) Remake "Kobiety..." był znacznie lepszy od "Szeptów", od początku do końca utrzymany w tej samej konwencji, porządny straszak i tyle. Nie wykluczam oczywiście, że zadziałał tu mój sentyment do oryginału, no ale... ^^ W przypadku "Szeptów" sami twórcy chyba do końca nie wiedzieli, do czego właściwie dążą i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że zmarnowali historię, która miała naprawdę duży potencjał, w tej kwestii się zgadzam. Film dobry na raz, więcej szumu wokół produkcji niż to wszystko jest warte, niestety.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. "Kobieta w czerni" była przede wszystkim konsekwentna - a właśnie konsekwencji brak "Szeptom" - lecz to i tak film minimalnie lepszy. Anyway - wydaje mi się, że zgadzamy się co do meritum.

    OdpowiedzUsuń