piątek, 22 czerwca 2012

Seans bez powodu: "Kobieta na skraju dojrzałości"

Diablo Cody, choć zaprzecza, nadal pisze o dojrzewaniu. Tyle że w jej ostatnim filmie nastolatka wkracza już w wiek średni.
Oglądając pierwsze sceny „Kobiety na skraju dojrzałości”, poczułem się nieswojo – oto w swoim mieszkaniu siedzi klasyczny przykład freelancerki, która zamiast klepać nieprzerwanie w klawisze, surfuje po necie, etatowość wydaje się być dla niej konceptem kompletnie niezrozumiałym, każdy dzień tygodnia jest weekendem, a na weekend składają się poniedziałki. Sam przepracowałem w życiu jedynie/aż trzy miesiące w systemie nine to five i po tych dwunastu tygodniach doszedłem do wniosku, że jestem całkowicie beznadziejnym przypadkiem osoby niezatrudnialnej.

Być może z tego powodu nawiązałem pewne duchowe porozumienie z Mavis, główną bohaterką filmu autorstwa duetu Reitman-Cody, choć to oczywista neurotyczka, która żyje mrzonkami, idealizując okres szkoły średniej, kiedy to była królową balu i latała z chłopcami po okolicznych zagajnikach. Teraz, zbliżając się do czterdziestki, próbuje odtworzyć minione – i to dosłownie. Powraca więc do rodzinnej zapadłej dziury, aby odbić dawnego chłopaka jego obecnej żonie. Pomysł durny, tutaj rozmijam się z Mavis, gdyż ja nie mam takiego komfortu, żeby sobie ześwirować. A jednak ta egotystyczna i w gruncie rzeczy antypatyczna blondynka o zadatkach na mizantropiczną socjopatkę, której strój codzienny składa się T-shirtu z logiem Hello Kitty i wymiętych jeansów, wzbudziła moją sympatię. I nie tylko dlatego, że sam mam pół szafy podkoszulków z filmami z lat osiemdziesiątych.

Po obejrzeniu filmu nachodzi refleksja – czy można ot tak, po prostu, przespać moment, w którym powinno się dorosnąć? A może inaczej – czy powinno się dorosnąć, czy to tylko wymyślony przykaz społeczny, niejako przeciwny naturze niektórych jednostek, tupiących nóżką i niepozwalających, aby połknęła ich rzeczywistość? Nie jestem odpowiednią osobą, żeby odpowiedzieć na tak postawione pytanie, bowiem nie mam nawet pojęcia, czy dzisiaj jeszcze wtorek, czy może już środa. W ostatniej scenie filmu Mavis odjeżdża swoim autem w siną dal. Przy drodze stoi znak z napisem right lane, co tłumaczyć można luźno jako właściwa droga – prosty sygnał od reżysera, a przecież tak znaczący. Bo kluczem do dorosłości jest w opisywanym filmie, jak zresztą w setkach innych, akceptacja rzeczywistości, nie mająca jednak nic wspólnego z pasywnym, biernym odbiorem, a bardziej z daniem jej w pysk.

Zakończenie „Kobiety na skraju dojrzałości” to antyteza tych wszystkich komedyjek, w których główna bohaterka jedzie do rodzinnej mieściny, gdzie wszyscy wiodą nieskomplikowane, ale szczere i pozbawione trosk życie, i sama odnajduje tam upragniony spokój. O nie, to nie rozwiązanie dla Mavis, wszak poświęciła całe lata, aby się stamtąd wyrwać i tak naprawdę ma w głębokim poważaniu tych, od których zapragnęła kiedyś uciec – musi tylko to zrozumieć, odciąć się od przeszłości, oderwać od niedoskonałej młodości. Wtedy zblednie splendor szkoły średniej, a ona być może przestanie w kompulsywnym odruchu wyskubywać sobie włosy. Nihilistyczne? Niekoniecznie, powiedziałbym raczej, że nad wyraz prawdziwe. Dorosnąć musi w końcu każdy. Nie we wszystkich zostanie jednak tyle dziecka, co w Mavis. I, mam nadzieję, we mnie.

1 komentarz:

  1. no nie wiem, nie wiem. jest dużo sensu w tym co piszesz. i powiem szczerze to jedna z niewielu recenzji z ciekawym punktem widzenia. twierdzisz, że koniec końców mavis znalazła jakieś rozwiązanie ze swojej sytuacji. wydaje mi się, że nawet koloryzujesz to barwą optymizmu. ja patrzę na to trochę z innej strony.
    to czy mavis zrobiła dobrze dla niej samej, zależy od tego czy zmieniła punkt widzenia. mavis to jedna wielka sprzeczność. uważa, że jest świetną pisarką - a jednocześnie zmusza się do pisania. uważa się za piękną kobietę - a nakłada tony makijażu na twarz. chce być pewną siebie, niezależną kobietą - a marzy o bajecznej miłości. za wszelką cenę nie chce zaakceptować siebie taką jaką jest. że się starzeje, że nie zawsze musi być taka twarda, że też potrzebuje uczucia i bliskości. ona się tego strasznie boi, bo uważa, że to coś jej niegodnego.
    myślę też, że nie można pogodzić się ze sobą, bez zaakceptowania tego kim się było i skąd się pochodzi. jeśli mavis się od tego odcina to jest to kolejna ucieczka. i nawet jeśli przez chwilę uważa, że wszystko może zmienić, to na pewno wróci na poprzednie tory, bo to będzie do niej wracać jak boomerang. to skreślenie przeszłości. może się jej nie podobać, ale nie może jej wymazać. jedynym sposobem jest się z tym pogodzić. nie gardzić tym co było, i związanymi z tym czasem ludzi, bo to znowu prowadzi sztuczności. do wkładania maski.
    jedynym momentem na zmianę samej siebie, był ten, w którym prowadziła rozmowę z siostrą matta. ona też bardzo by chciała wyrwać się z tej "dziury", od grubych i brzydkich ludzi. od nudy. tylko, że poczucie szczęścia zaczyna się w głowie, i jeśli tam nie poukłada kilku styków, to choćby wyjechała do miami będzie nieszczęśliwa.
    końcówka to kolejna ucieczka mavis. przed problemami, odpowiedzialnością, sobą. uważam, że reżyser ze scenarzystką dali nam jednoznacznie do zrozumienia, że to porażka. porażka człowieka nieszczęśliwego.

    OdpowiedzUsuń