niedziela, 24 czerwca 2012

Kto pomści Mścicieli? Rzecz o "Avengers"

I choć „Avengers” są w rzeczywistości filmową egzemplifikacją problemu, z jakim Marvel boryka się od lat – jak w jednym kadrze upchnąć legion superherosów i dopisać do tego sensowną fabułę – wydaje się, że podobna kwestia mało kogo interesuje. A powinna.

Rzecz jasna, nie ma co szerzyć defetyzmu, bowiem film Jossa Whedona to widowisko nie byle jakie, satysfakcjonujący spektakl audiowizualny i blockbuster najwyżej próby. Tym bardziej szkoda, że posiada wyraźne i głębokie rysy w warstwie fabularnej. Można by sądzić, po seansach z inteligentnie poprowadzonym „Iron Manem” czy pastiszowym „Kapitanem Ameryką”, że film zostanie pozbawiony irytujących natręctw charakteryzujących epickie opowieści z logiem Marvela. Nic bardziej mylnego – „Avengers” to produkt dlań reprezentatywny, istna esencja scenariuszy, które katuje się tam od lat, produkt bezpieczny, niepodejmujący żadnej polemiki ani z medium źródłowym, ani z kinem komiksowym jako takim. Mimo to film okazał się sukcesem bezprecedensowym, bijąc rekordy popularności od Los Angeles po Tokio, zbierając przy tym wysokie noty w opiniotwórczych mediach, a to przecież jeszcze nie koniec tryumfalnego pochodu mścicieli. Nikogo taki stan rzeczy nie dziwi, gdyż obraz Whedona był skazany na sukces praktycznie od chwili, gdy pomysł na film zrodził się w głowie szefa Marvel Studios, Aviego Arada.

Rewelacyjnie wyniki finansowe „Avengers” zawdzięczają jednej z najmądrzej poprowadzonych kampanii marketingowych w dziejach kina – okazało się, że skuteczną platformą reklamy filmu jest… sam film. Kręcone w latach 2008-11 wysokobudżetowe produkcje spod znaku Marvela stopniowo wprowadzały kolejne postacie, które wreszcie weszły w skład drużyny super-bohaterów, a fabuły czterech filmów („Iron Man”, „Niesamowity Hulk”, „Thor” i „Kapitan Ameryka:Pierwsze starcie”) miały skrzyżować się w blockbusterze totalnym, na który typowano właśnie „Avengers”. Tym samym zwolniono Whedona z konieczności rozrysowywania portretów psychologicznych Mścicieli; wszak z każdym z nich widzowie mieli okazję spędzić już wcześniej te sto parę minut. Nie poszła za tym żadna refleksja, nie zaproponowano w zamian interesującej ekspozycji, a fabularne luki zalepiono pustym efektem. Zestawione na siłę pojedynki herosów motywowane konfliktami personalnymi rodem z piaskownicy, niczym nieuzasadnione decyzje bohaterów, brak logicznego ciągu przyczynowo-skutkowego i pretekstowa fabuła „Avengers” tak naprawdę uwsteczniają myślenie o współczesnym komiksie, sprowadzając go ponownie do poziomu rozrywki dla nastolatków. Co prawda „Avengers” nigdy nie mieli ambicji rewizjonistycznych ani dekonstrukcyjnych, ale przy wsparciu konceptualnym ze strony Whedona mogli być czymś więcej niż tylko rozbuchanym widowiskiem z walącym się w gruzy Nowym Jorkiem w tle. Niestety, brak tutaj autorskiego rysu, ale czy można tak naprawdę kogokolwiek obarczyć winą za taki stan rzeczy i w ogóle mówić o winie? Chyba jednak nie, gdyż publiką docelową filmu jest faktycznie młodzież, a wyniki box office mówią same za siebie. Wszelaka krytyka „Avengers” i tak pozostanie bez echa, bowiem film spełnił pokładane w nim nadzieje z nawiązką; zalatujące truizmem wnioski mówią jasno, że kino to przecież biznes, Marvel nie jest organizacją charytatywną, a ich produkt musi się przede wszystkim sprzedać.

„Avengers” to przypadek trudny; dobry film, który jest jednocześnie filmem złym. Wraz z jego premierą zakończyła się trwająca kilka lat era, przed Marvelem zamykają się niektóre furtki i nie jest wcale jasne, czy uda się szybko otworzyć nowe. Zaś prace nad sequelem już trwają…

Tekst ukazał się w czerwcowym numerze magazynu kulturalnego "Hiro".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz