wtorek, 19 czerwca 2012

Bomba w Hollywood

Aż do jedenastego września 2001 roku kino amerykańskie głównego nurtu rzadko zajmowało się tematem terroryzmu pod kątem filmowej publicystyki, czyniąc z zamachowców i porywaczy narzędzia podnoszące gatunkową atrakcyjność spektaklu.
Plakat filmu "Nocny jastrząb"
Popkultura, w którą wpisuje się lwia część kina mainstreamowego, pełni bezsprzecznie jedną z kluczowych ról w procesie informacyjnym, często jednak rozmywając i wypaczając obraz zjawiska. Dopiero od jedenastu lat do terroryzmu w filmach gatunkowych podchodzi się z nieco mniejszą nonszalancją i, co za tym idzie, większą świadomością, choć już mniej więcej od połowy lat siedemdziesiątych jest to temat przewijający się nieustannie w kinie amerykańskim. Nawet na przykładzie dzieł nierzadko drugoligowych, acz popularnych, tych spod znaku sensacji i akcji, można prześledzić historię ewolucji terroryzmu i zmianę sposobu jego masowego postrzegania.

Jeden na wszystkich, wszyscy na jednego

Portret stereotypowego terrorysty w filmach hollywoodzkich wykształcił się w ósmej i dziewiątej dekadzie ubiegłego wieku. Dramatyczne wydarzenia z pierwszych stron gazet i telewizyjnych wiadomości napędzały koniunkturę, a kino gatunkowe chętnie służyło za odbicie społecznych niepokojów. I tak na przykład równoczesne uprowadzenie pięciu samolotów przez Ludowy Front Wyzwolenia Palestyny szóstego września 1970 roku zainspirowało kilka filmów wyprodukowanych w tamtym dziesięcioleciu, jednak zarówno „Port lotniczy” z 1970, jak i dwa lata późniejszy „Terror w przestworzach” abstrahowały od ideologicznych i politycznych przesłanek terrorystycznych ataków. Oba filmy akcentowały element przypadkowości i losowości, samoloty zostają bowiem porwane przez ludzi z problemami psychicznymi – zdesperowanego mężczyznę chcącego popełnić spektakularne samobójstwo, aby zapewnić żonie pieniądze z polisy na życie, oraz cierpiącego na powojenną traumę weterana żądającego obrania kursu na Moskwę.

Pomimo inspiracji wydarzeniami autentycznymi, kino amerykańskie lat siedemdziesiątych poruszało się w sferze eskapistycznej, a metodyka działań terrorystycznych przedstawiana na ekranach nie miała wiele wspólnego ze stanem faktycznym. Konsekwentne bagatelizowanie i symplifikacja motywów działań przestępczych doprowadziła do ich zawężenia – popularne stały się fabuły wykorzystujące schemat porwania dla okupu, a akcję przeniesiono w scenerię miejską, jak w „Długim postoju na Park Avenue” z 1974, gdzie czterej bandyci zatrzymują kolejkę metra pomiędzy stacjami i grożąc zabiciem pasażerów, żądają miliona dolarów. Ten stosunkowo prekursorski obraz wyznaczy kierunek dla wielu późniejszych filmów gatunku. Podobne produkcje stanowiły jednak nie tyle pretekst do jakiejkolwiek refleksji nad mechanizmami współczesnego terroryzmu, co krwawej strzelaniny z udziałem ekipy komandosów bądź samotnego bohatera, którego typ zdefiniowało na dobre kino lat osiemdziesiątych, a zapoczątkował Clint Eastwood w serii o Brudnym Harrym.

Trzeci film z tego cyklu, „Strażnik prawa” z 1976 roku, jest istotny nie tylko ze względu na sposób konstrukcji bohatera pozytywnego, ale i przedstawienie organizacji terrorystycznej jako niezależnie finansowanej grupy przestępczej. Podobnie jak wcześniejsze filmy o Harrym Callhanie, „Strażnik prawa” zabrał głos w gorączkowej dyskusji na temat granic obrony koniecznej. Konsekwentnie kino amerykańskie, szczególnie gdy chodziło o terroryzm, postulowało o zwalczanie ognia ogniem, czego wyrazem jest chociażby „Nocny jastrząb” z 1981 roku z Rutgerem Hauerem w roli międzynarodowego terrorysty Wulfgara i Sylvestrem Stallone jako tropiącym go policjantem Da Silvą. I choć Wulfgar przypomina na poły obłąkanego samotnego wilka, typ terrorysty popularny w latach siedemdziesiątych, posiada ogromne zaplecze finansowe zapewnione przez potężnych mocodawców. Słyszalne są tutaj echa filmów o Brudnym Harrym, posądzanych swojego czasu nawet o faszyzm i nawoływanie do ograniczenia wolności jednostki, odmawianie obywatelom demokratycznych praw – wszystko na rzecz walki z przestępczością. Wedle hollywoodzkiej wykładni terror może być zwalczony jedynie poza granicami prawa, nadrzędna  stała się zasada „mniejszego zła”.

Dalszy ciąg artykułu w czerwcowym numerze miesięcznika "Kino".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz