czwartek, 3 maja 2012

Your Movie Rocks! - "Dom w głębi lasu"

Po kilkutygodniowej przerwie wznawiamy z Piotrem Plucińskim, dziennikarzem i krytykiem filmowym, twórcą znakomitego bloga Off The Record, cykl nieregularnych rozmów o premierach kinowych - dzisiaj mówimy o naprawdę niezłym "Domu w głębi lasu", wobec którego mamy jednak kilka poważnych zastrzeżeń.


BC: Mówi się, że „Dom w głębi lasu” to najlepszy horror ostatnich lat i pomysłowa dekonstrukcja obowiązujących w gatunku schematów – nie uważasz jednak, przy całej sympatii dla filmu, że to tylko ładne, dobrze brzmiące w recenzji słówka?

PP: Warto się zastanowić, kto wydaje takie opinie. W moim odczuciu – przynajmniej jeśli chodzi o polską prasę – są to głównie osoby, które o horrorze mają dość nikłe pojęcie. Używają więc dziwnych sformułowań typu dekonstrukcja schematu, gra z przyzwyczajeniami, polemika z gatunkiem, ale do czego te słowa odnieść? Przecież nie jest to casus „Krzyku”, gdzie twórcy bez litości wpuszczali nas w maliny, śmiejąc się z przywiązania widowni do ugruntowanych reguł gatunku. Właśnie wtedy konwencja slasher została zdemitologizowana i ostatecznie zdefiniowana, dzisiaj nie można już w tym temacie nic „zdekonstruować”. Twórcy filmu dobrze to wiedzą i dlatego zapraszają nas do zupełnie innej zabawy, już w pierwszej scenie wykładając najważniejsze karty.

BC: A jednak przy całej tej warstwie auto- i meta-, „Krzyk” pozostał filmem grozy. Craven świadomie wykorzystał mechanizmy horroru, z jednej strony w celu ich obnażenia, z drugiej składając serdeczny hołd konwencji, której reguły przecież sam wcześniej kodyfikował w swoich filmach. Za to „Dom...” podąża w odmiennym kierunku; z horroru pozostała tutaj jedynie pewna ikonografia i tak naprawdę trudno rozpatrywać ten film w tych samych kategoriach, co jakikolwiek slasher – a to właśnie robią autorzy większości recenzji, jakie czytałem.

PP: I jest to świetny przykład na to, jak traktuje się u nas popkulturę. Ktoś tam coś widział, ktoś niby coś wie, ale brakuje specjalistów, którzy rozłożyliby ten film na części – jak robi się to z poważnymi tytułami. A szkoda, bo „Dom w głębi lasu” oferuje świeżość inną, niż chcieliby tego recenzenci. Z czym tu mamy tak właściwie do czynienia?

BC: Z kliszami kina grozy, które przeniesiono poza gatunkowe ramy horroru i doprawiono kpiarskim humorem. No właśnie – to, jak chciałby tego Whedon, list miłosny do slasherów czy zgrywa i szydera? Ja optuję za jednym i drugim.

PP: Mnie bardzo podoba się takie połączenie, mieszanie stylów. No i nie zapominajmy, że w „Domu...” do pewnego stopnia odwrócona zostaje perspektywa spektaklu – śledzimy go także od zaplecza. Dowodzi to jakiegoś otwarcia na filmową materię, wyjścia poza klasyczny hołd, który od czasu „Krzyku” sam w sobie stał się schematem. Whedon i Goddard widzą horror w znacznie szerszym kontekście, niż można się było tego spodziewać. Mimo to... wydaje się, że można było z tak świeżej perspektywy wycisnąć więcej.

BC: Mnie również się podoba, to przecież porządny film! I cała ta gadanina o dekonstrukcji tak naprawdę do niego nie pasuje, bo chodzi tutaj bardziej o przearanżowanie, umiejscowienie charakterystycznych dla horroru elementów w nowym kontekście, nowym środowisku. Chciałbym myśleć o „Domu...” jako o dziele granicznym, które poszło tak dalece w eksploatowaniu wszystkich tych znajomych tropów, że dalej już nie można – zostaliśmy przyparci do muru i pozostaje go teraz po prostu rozbić. Nie chcę wieszczyć nadejścia nowej jakości w kinie grozy, jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale ciekaw jestem, w jakim kierunku pójdą naśladowcy – bo że takowi się pojawią, jest więcej niż pewne. I może to właśnie któryś z nich wyciśnie z pomysłu Whedona i Goddarda tyle, ile byś chciał?

PP: Być może. Drzwi są otwarte. Ale tu nie chodzi chyba jednak o wyznaczanie punktów granicznych. Ja osobiście wolałbym po prostu, żeby naśladowcy mieli więcej... konsekwencji? Bo taki „Dom...” w końcu zapomina o przewrotnym punkcie wyjściowym, stając się kolejną opowiastką o dzieciakach szukających sensu swej niedoli.

BC: I kiedy go wreszcie odnajdują – trudno jednak posługiwać się w tym przypadku słowem „sens”, bowiem twórcy serwują nam w finale piramidalną bzdurę – świadomie wypierają się odpowiedzialności, którą ich obarczono, czyżby w imię pustej kontestacji i przekory?

PP: No właśnie. Być może nonsens jest tu najwłaściwszym kluczem? Jeśli tak, ja od horroru dekady oczekuję czegoś więcej niż – udanej, ale mimo wszystko dość prostej – zabawy.

7 komentarzy:

  1. Panowie, rozumiem, że chcieliście stanąć w opozycji do tych polskich krytyków, którzy nie mają pojęcia o horrorze, ale co jest DZIWNEGO w sformułowaniach dekonstrukcja schematu, gra z przyzwyczajeniami, polemika z gatunkiem? To dosyć zwyczajne i logiczne określenia (używane zresztą w kontekście „Domu…” także przez krytyków i prawdziwych znawców gatunku spoza Polski). Które z nich nie pasuje do filmu?
    Czy „przearanżowanie, umiejscowienie charakterystycznych dla horroru elementów w nowym kontekście, nowym środowisku” oraz „przeniesienie klisz kina grozy poza gatunkowe ramy horroru i doprawienie ich kpiarskim humorem” nie jest właśnie dekonstrukcją? Czy np. określony dobór bohaterów (odwołujący się do bardzo ogranego schematu konkretnego podgatunku horroru) a potem świadoma tym zabawa i próba przełamania konwencji (w celu zaskoczenia widza) nie jest grą z przyzwyczajeniami i polemiką z gatunkiem?
    Sugestia, że po „Krzyku” nie można już nic zdekonstruować jest absurdalna, chociażby dlatego, że Whedon odwołuje się do trochę innej tradycji horroru. Kino gatunkowe (horror zwłaszcza) będzie dekonstruowane jeszcze długo. Cytując klasyka mamy postmodernizm, inaczej się nie da ;)

    Wydaje mi się natomiast, że to co w „Domu…” jest najciekawsze (a o czym słowem nie wspominacie) to postać Whedona, który we wszystkich swoich filmach i serialach buduje niezwykłe, charakterystyczne uniwersum. Na tym popkulturowym bogactwie faktycznie żaden polski krytyk filmowy się nie zna, a przynajmniej żaden się do tego jeszcze nie przyznał.

    OdpowiedzUsuń
  2. Oczywiście, że wspomniane przez Pana/Panią określenia są zwyczajne i logiczne, lecz nie mają większego zastosowania w przypadku "Domu w głębi lasu", stają się pustymi hasłami i recenzenci korzystają z nich niczym z tarczy, co wyraża ich bezsilność wobec filmu, z którym się zetknęli. Owa "dekonstrukcja" dokonuje się tutaj mniej więcej na takim poziomie, jak w "Wysypie żywych trupów".

    Nie wydaje mi się, żeby któryś z nas sugerował, iż dalsza dekonstrukcja kina gatunkowego nie jest możliwa - raczej horror, póki co, nie ma na siebie pomysłu i, tak jak napisałem, chciałbym widzieć w "Domu..." zwiastun jakiejś rewolucyjnej zmiany.

    OdpowiedzUsuń
  3. A mi się wydaje, że film Whedona jest zarówno dekonstrukcją schematu, grą z przyzwyczajeniami jak i polemiką z gatunkiem, i że hasła te znajdują zastosowanie. Inna sprawa, że być może recenzenci, którzy ich używają nie mają kompetencji, aby to udowodnić.

    A żeby było zabawnie – sami to udowadniacie w powyższej rozmowie. Owo „przearanżowanie, umiejscowienie charakterystycznych dla horroru elementów w nowym kontekście, nowym środowisku” jest niczym innym jak właśnie dekonstrukcją, uruchamiającą refleksje nad funkcjonowaniem horrorowych archetypów i motywów. Realizacja jest zupełnie inna niż ta, o którą pokusił się Craven, ale ponieważ oba filmy bardzo świadomie (i udanie) używają pewnych wytartych i zmęczonych schematów, aby zabawić się z oczekiwaniami widzów, opinię, że dzisiaj nic już w tym temacie nie można zdekonstruować uważam za błędną.
    Whedon pokazuje, że można.

    Pozdrawiam,
    Marcin

    OdpowiedzUsuń
  4. Obejrzałem bez większych oczekiwań i muszę powiedzieć, że dawno się tak na żadnym horrorze nie ubawiłem. Po seansie poczytałem co się o "Domu..." pisze i mam wrażenie, że chyba twórcy i krytycy nieco za mocno podkręcili spiralę oczekiwań i film stał się trochę ich ofiarą.

    Dla mnie osobiście połączenie gore i humoru ostatni raz tak dobrze wypadło w Evil Dead 2, a całość bardzo przypadła mi do gustu. Ale jeżeli ktoś spodziewał się rewolucji to mógł wyjść bardzo zawiedziony, bo wydaje mi się, że ten film to bardziej zabawa z konwencją niż próba zrewolucjonizowania gatunku. Tak czy siak warto "Dom..." zobaczyć i wyrobić sobie własne zdanie w tym temacie.

    Ps. Zakończenie może najsensowniejsze nie było,ale mnie rozbawiło. Tylko minus 1 do oceny za wygląd Ci Co Oglądali Wiecie Kogo. Przecież od lat 20-tych wiemy dobrze, że wyglądają zupełnie inaczej;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Panie Marcinie - musimy chyba "agree to disagree". Tak czy inaczej, cieszę się, że tekst zainspirował Pana do polemiki :]

    Jerry - polecam również "[REC]3"; to naprawdę znakomita rzecz, w której tyle samo makabry, co śmiechu.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dzięki za zwrócenie uwagi na [Rec]3. Szczerze mówiąc to odpuściłem sobie ten film totalnie, ze względu na przesyt zombie. Niby jeszcze nie mamy zombie apokalipsy, a one i tak są wszędzie;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Aż sam muszę się dowiedzieć o czym tu mowa w ogóle. Szczególnie, że mało który horror robi na mnie jakiekolwiek wrażenie.

    OdpowiedzUsuń