piątek, 18 maja 2012

Uniwersalne potwory, czyli Universal Horror na Festiwalu Filmów Kultowych

Od dzisiaj do niedzieli goszczę w Katowicach na Festiwalu Filmów Kultowych, gdzie przed seansami będę mówił o kilku tytułach - dzisiaj o "RoboCopie", a jutro o paru horrorach z Universalu. I z tej okazji publikuję tekst, który trafił do festiwalowego katalogu...

Boris Karloff jako monstrum Frankensteina
Kiedy kino, skąpane jeszcze w czerni i bieli, nie znało krwawego szkarłatu bryzgającej krwi i ogłuszających krzyków mordowanych dziewcząt, miliony straszył Lon Chaney, człowiek o stu twarzach, który ożywił na ekranie galerię typów osobliwych i na stałe wpisał grozę do portfolio studia Universal.

Chaney, niekwestionowany mistrz pantomimy i wszechstronny aktor, zasłynął na polu horroru za sprawą swoich przerażających charakteryzacji w filmach „Dzwonnik z Notre Dame” (1923) oraz „Upiór w operze” (1925). Te zrealizowane z niesamowitym rozmachem ówczesne blockbustery wyprodukowane przez Universal zagwarantowały mu miejsce w historii kina – do legendy przeszła niemalże masochistyczna przyjemność, z jaką wypróbowywał na sobie kolejne warianty charakteryzacji, co zresztą potem przejmie po nim jego niemniej sławny syn. W przeciwieństwie do wielu gwiazd kina niemego, Chaney odnalazł się znakomicie także w filmie dźwiękowym, po raz kolejny dowodząc swojego nieprzeciętnego talentu. Niestety, nie dane mu było doczekać złotej ery potworów ze stajni Universalu, która rozpoczęła się mniej więcej w rok po jego śmierci wraz z premierą „Draculi” Toda Browninga oraz „Frankensteina” Jamesa Whale'a w 1931.

Cień gotyku

Młody producent Carl Laemmle Jr., widząc potencjał w ikonicznej powieści Brama Stokera, nabył prawa do jej ekranizacji, snując plany o wystawnej produkcji na miarę pamiętnych filmów z Lonem Chaneyem – i to właśnie on, a nie Béla Lugosi, miał początkowo wystąpić w roli tytułowej. Wydawało się więc, że los pokrzyżował Universalowi praktycznie wszystkie plany: aktora pokonał zdiagnozowany dwa lata wcześniej rak, zaś marzenia o wielkim budżecie skorygował gospodarczy kryzys. Pochodzący z Węgier, dysponujący charakterystycznym akcentem Lugosi wielokrotnie odgrywał rolę Drakuli na scenie teatru i okazja do pojawienia się w hollywoodzkim filmie była dla niego istną gratką; choć Laemmle wcale nie brał go pod uwagę podczas kompletowania obsady, Lugosiemu wreszcie udało się trafić na plan. Ponoć sam proces realizacji daleki był od amerykańskiego standardu – Browing, nie mogąc otrząsnąć się po śmierci Chaneya, miotał się za kamerami, wyrywając kartki ze scenariusza. Sporą część roboty reżyserskiej wykonał znakomity operator Karl Freund, odpowiedzialny chociażby za zdjęcia do „Metropolis” Fritza Langa czy „Golema” Paula Wegenera (zresztą sam wyreżyseruje później inny klasyk Universalu, „Mumię” z Borisem Karloffem). Efekt końcowy jest nierówny, lecz magnetyzująca i w pewnym sensie kabotyńska rola Lugosiego, który ze swoją europejską aparycją i akcentem obcokrajowca idealnie dopasowuje się w wyobrażenie wampira jako postaci osobnej, oraz świetna robota Freunda godne są podziwu. Bilety rozchodziły się hurtowo, a widzowie mdleli ze strachu podczas seansów. Były to zbawienne dla studia wieści, gdyż firma Universal jako pierwsza odważył się wyłożyć pieniądze na realizację pełnokrwistego horroru – zresztą ten gatunek miał stać się okrętem flagowym studia przez następne lata. Warto też dodać, iż symultanicznie, na tych samych planach, swoją wersję „Draculi” kręciła ekipa hiszpańska – ich film, choć mniej znany niż amerykański brat bliźniak, wypada lepiej pod kątem realizatorskim. Członkowie zespołu towarzyszyli Browningowi podczas jego dnia zdjęciowego i przypatrywali się hollywoodzkim specjalistom, a potem korygowali wszystkie zauważone błędy.

To żyje!

Sukces komercyjny, jakim okazał się „Dracula”, pozwolił na kolejną podobną inwestycję – padło na adaptację powieści Mary Shelley „Frankenstein”. Do roli monstrum typowany był świeżo opromieniony sławą Lugosi, do prasy wypuszczono nawet wiadomości informujące o jego udziale w projekcie i wydrukowano odpowiednie plakaty promocyjne, lecz po próbach z charakteryzacją Lugosi zrezygnował z występu, uważając, że rola jest poniżej jego godności; albo został przez studio odsunięty od produkcji – szczegóły tej decyzji nie są jasne. Zresztą Lugosi, już u schyłku swojej kariery, wreszcie zagra potwora Frankensteina, dzieląc czas ekranowy z młodszym Lonem Chaneyem w filmie „Frankenstein spotyka Człowieka Wilka” (1943), wcześniej występując w dwóch poprzednich filmach z serii jako Ygor. Rola potwora trafiła szczęśliwie do angielskiego aktora Borisa Karloffa – jego twarz w charakteryzacji niesamowitego Jacka Pierce'a, którą zachwycał się sam Salvador Dali, jest dzisiaj archetypicznym wyobrażeniem monstrum Frankensteina i jednym z symboli kultury popularnej. Film okazał się finansowym hitem i po dziś dzień zostaje jednym z nielicznych zapamiętanych obrazów zrealizowanych przez Jamesa Whale'a, autora późniejszej „Narzeczonej Frankensteina” oraz „Niewidzialnego człowieka”, innego filmu wpisującego się w tradycję potworów Universalu. Zainspirowany niemieckim ekspresjonizmem Whale, zakochany w „Gabinecie doktora Caligari”, udanie wydobył czający się w scenariuszu gotycki mrok, posługując się niesamowitą grą światła i cienia.

Przy pełni księżyca

„Dracula” i „Frankenstein” przetarły szlak kolejnym horrorom, żeby wspomnieć tylko te najbardziej znane – „Mumii” (1932), „Niewidzialnemu człowiekowi (1933), „Czarnemu kotu” (1934), „Krukowi” (1935 – ten i poprzedni z wymienionych filmów oparto na dziełach Edgara Allana Poego), „Narzeczonej Frankensteina” (1935) czy „Córki Drakuli” (1936). Nie wszystkie cieszyły się jednak finansowym powodzeniem, w dodatku kontrowersje towarzyszące niektórym produkcjom, w tym „Krukowi”, doprowadziły do brytyjskiego embarga nałożonego na horrory ze Stanów. Kilka wpadek komercyjnych osłabiło pozycję Carla Laemmle Jr. – rodzinny Universal został przejęty, a produkcję filmów grozy zawieszono na dwa lata. Nowi szefowie, zachęceni powodzeniem powtórnie wprowadzonych do kin „Frankensteina” i „Draculi”, zdecydowali się spróbować raz jeszcze i wyłożyli całkiem pokaźny budżet na kolejny sequel ich flagowej serii – „Syna Frankensteina” (1939). Lata czterdzieste przyniosły więc nową serię horrorów Universalu, głównie w formie kontynuacji lubianych serii oraz ich crossoverów. Twarzą studia stał się za sprawą „Wilkołaka” z 1941 Lon Chaney Jr. Po śmierci wielkiego ojca nie miał on szczęścia; z początku nie chciał się zgodzić na przyjęcie imienia, z którego potem zasłynął (naprawdę nazywał się Creighton Tull Chaney), lecz nie miał wyjścia, bowiem trudno było mu znaleźć satysfakcjonującą propozycję – decyzja okazała się trafna marketingowo. Rola wilkołaka wymagała od niego nie tylko ponadprzeciętnych umiejętności, ale także cierpliwości i poświęcenia. Make-up autorstwa Jacka Pierce'a nakładano każdego dnia przez kilka godzin, a specjalne futrzane rękawice, jak utrzymywał odtwórca głównej roli, były przytwierdzone do rąk szpilkami. Można doszukać się w tym akcie umartwienia, poczucia winy, które być może toczyło Chaneya z powodu pożyczonego od ojca imienia. Tak czy inaczej, skóra wilka stała się jego ulubionym kostiumem i zakładał ją jeszcze czterokrotnie. „Wilkołak” wywarł ogromny wpływ na kulturę popularną, głównie za sprawą scenariusza. Curt Siodmak wprowadził do powszechnej świadomości wiele pop-mitów, uznawanych teraz za podstawę wilkołaczych opowieści. Wystarczy wspomnieć choćby o zabójczym dla ludzi-wilków srebrze, pięcioramiennej gwieździe na dłoni, czy też niekontrolowanej przemianie przy pełni księżyca.

Podróż do Czarnej Laguny

Dekadę później Universal praktycznie zrezygnował ze starej gwardii, odsyłając Drakulę, Frankensteina i Wilkołaka na emeryturę, lokując swoje potwory w komediach z serii „Abbot i Costello spotykają...”. Filmy te okazały się jednak niezwykle popularne i w połowie lat pięćdziesiątych na nowo wybuchło zainteresowanie klasycznymi monstrami. Stare filmy grozy raz jeszcze wylądowały na ekranach, a w 1954 roku reaktywowano Universal Horror produkcją trójwymiarową „Potwór z Czarnej Laguny” w reżyserii Jacka Arnolda, który zasłynie później jako twórca wielu rewelacyjnych filmów gatunkowych, jak „Tarantula” (1955) czy „Człowiek, który się nieprawdopodobnie zmniejszał” (1957). Obraz ten wykorzystywał główny motyw fabularny zapożyczony z „Pięknej i bestii”, który idealnie pasował do upodobań Arnolda, przedstawiającego potwory w swoich filmach jako istoty tragiczne i godne współczucia. „Potwór z Czarnej Laguny” zasłynął świetnymi zdjęciami podwodnymi oraz charakterystycznym kostiumem tytułowego monstrum, w które wcielili się Ben Chapman i Ricou Browning. Dzieło Arnolda doczekało się dwóch sequeli i było bodaj ostatnim prawdziwie wielkim horrorem złotej ery potworów Universalu.

Dziedzictwo potworów

Osobny tekst należałoby poświęcić kulturowej spuściźnie pozostawionej przez Universal Horror, bowiem chyba żadne inne studio nie wywarło tak ogromnego wpływu na gatunek – nawet słynna brytyjska wytwórnia Hammer Films, która przejęła pałeczkę w połowie lat pięćdziesiątych i zrealizowała mnóstwo znakomitych horrorów wywiedzionych właśnie z universalowej tradycji. Próba skatalogowania choćby części filmów, książek czy gier, które nigdy nie miałyby prawa powstać, gdyby nie potwory z Universalu, zajęłaby lata, zaś mnogość nadchodzących projektów powiązanych z klasycznymi monstrami świadczy o niesłabnącej fascynacji tym niesamowitym okresem w historii kina amerykańskiego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz