poniedziałek, 7 maja 2012

Tydzień w kinie - "Seksualni, niebezpieczni"

Zastanawiać może zasadność wprowadzenia filmu „Seksualni, niebezpieczni” do naszych kin. Nie dlatego, że to produkcja nieudana, choć taką się zapewne wyda polskiemu widzowi. Przyczyna jest prosta – to produkt hermetyczny, specyficzny i bez znajomości odpowiedniego kontekstu kompletnie niezabawny.

kadr z filmu "Seksualni, niebezpieczni"
Seksualni, niebezpieczni (7/10)

Jeszcze przed premierą na forach internetowych określono brytyjski hit – na Wyspach film bije rekordy popularności – jako żenadę podobną polskiej pseudo-śmiesznostce, w której panowie sikają do palmy stojącej w centrum Warszawy. Opinie podparte są krążącym po sieci zwiastunem i faktycznie, na pierwszy rzut oka wygląda on na zbiór dennych żartów, przy których drugoligowe amerykańskie komedie to szczyt humorystycznego wysublimowania. A przecież to nie tak, że Anglicy śmieją się z byle czego i można im wcisnąć chałę – sukces „Seksualnych, niebezpiecznych” nie jest żadną niespodzianką ani wypadkiem przy pracy, bowiem emitowany w telewizji w latach 2008-2010 brytyjski serial „The Inbetweeners” cieszy się nadal uznaniem widzów i krytyki, czego dowodzi szereg otrzymanych przezeń nagród. Zaś u nas pogrzebano film już na stracie, chrzcząc go nietrafionym, tandetnym i antypatycznym tytułem, zapożyczonym zresztą z popowego hitu jakiejś europejskiej gwiazdki jednego sezonu.

„Seksualni, niebezpieczni” stanowią spójną całość z trzema sezonami serialu; pełno tam nawiązań czytelnych jedynie dla tych zaznajomionych z „The Inbetweeners” i chyba nie sposób traktować filmu jako samodzielnego, niezależnego tworu. Pełny metraż jest jedynie przedłużeniem motywów znanych z telewizji, kontynuacją serialowych przygód czwórki bohaterów, którzy teraz wyjeżdżają na wakacje na jedną z greckich wysepek. Tamtejsza rzeczywistość przypomina do złudzenia tę ze szkolnych korytarzy, gdyż podobny pomysł na spędzenie lata miała spora część ich znajomych z sąsiedztwa. Naszym nieudacznikom – a są to: beznadziejnie zakochany w dziewczynie z domu obok, neurotyczny Simon; Will, przeniesiony ze szkoły prywatnej prymus, a zarazem narrator komentujący poczynania swoje i kolegów; Jay, seksualny fetyszysta i patologiczny kłamca; oraz mający więcej szczęścia niż rozumu Nick, któremu wyraźnie brak piątej klepki – nie uda się więc próba zbudowania nowego image i narażeni zostaną na stare upokorzenia. Razem stanowią grupę inbetweenersów, czyli rasowych przeciętniaków, na których mało kto zwraca uwagę w szkole czy na osiedlu. Zajmują ich problemy charakterystyczne dla nastolatków, przy czym kwestią nadrzędną niezmiennie pozostaje utrata dziewictwa, determinujące wszystkie ich poczynania. Pogoń za spódniczkami wpędza Simona, Willa, Jaya i Neila w coraz to nowe tarapaty, powodując lawinę nierzadko absurdalnych, przekraczających granicę dobrego smaku żartów. To zwulgaryzowana, ale i wcale nie taka głupia, wersja grzecznych, nastoletnich komedii, dopasowana do wrażliwości młodzieży ery internetowej, trafnie obserwująca i komentującą licealną rzeczywistość.

„The Inbetweeners” można przypisać do nowej generacji seriali brytyjskich, które rzuciły zupełnie nowe światło na problematykę związaną z okresem dojrzewania. Podobne w duchu produkcje, jak mniej komediowe „Skins” czy „Misfits”, również odchodzą od zblazowanej formuły charakterystycznej dla komedii szkolnych, nierzadko poruszając obyczajowo niewygodny temat seksualności młodzieży, kontaktów nastolatków z narkotykami i alkoholem. Pełnometrażowa wersja perypetii chłopaków z przedmieść Londynu przeznaczona jest chyba wyłącznie dla miłośników „The Inbetweeners” – dla pozostałych zderzenie z kontrowersyjnym poczuciem humoru uczniów szkoły Rudge Park Comprehensive może być naprawdę bolesne.

Tekst ukazał się w piątkowym wydaniu "Dziennika" (4.05.2012).

1 komentarz:

  1. Sam sztywny opis nie wygląda zachęcająco, ale po przeczytaniu tej recenzji jestem w miarę pozytywnie nastawiony. Zobaczymy.

    OdpowiedzUsuń