poniedziałek, 14 maja 2012

Tydzień w kinie - "Łowcy głów"

Łowcy głów (7/10)

Moda na skandynawski kryminał przemija, lecz póki jeszcze pożeracze książek z lupą i fajeczką w tle nie znaleźli nowego obiektu westchnień, powieści importowane z mroźnej Północy nadal będą znajdywać odbiorców. I dobrze, bo wysoka sprzedaż napędza też inne gałęzi rynku kulturalnego – na szaleństwo związane z prozą Stiega Larssona niedawno odpowiedziało Hollywood, a teraz za oceanem powstaje remake opisywanego poniżej filmu; ba, ponoć prawa do ekranizacji scenariusza według bestsellerowej powieści Jo Nesbø trafiły w ręce amerykańskich producentów, jeszcze zanim europejska wersja „Łowców głów” trafiła do kin. Aż dziw, że za prace norweskiego pisarza nie wzięto się wcześniej, bowiem preferuje on iście hollywoodzkie, efektowne rozwiązania fabularne, trudne do przewidzenia wolty i niespodziewane zwroty akcji.

Nie inaczej jest i w „Łowcach głów” – brawurowym, niepozbawionym humoru, ale i brudnym, krwawym thrillerze, który udanie miesza schematy kpiarskich heist movies, czyli filmów o spektakularnym przekręcie, z dynamiką kina sensacyjnego. Sama powieść niejako wyłamuje się z bibliografii Nesbø, gdyż żaden to kryminał, w których pisarz ten się specjalizuje, a właśnie gatunkowa mieszanka. Szczęśliwie ekranizację zrealizowano z tą samą lekkością, która charakteryzuje pióro Norwega.

Bohaterem filmu jest headhunter Roger Brown, zajmujący się pozyskiwaniem cennych pracowników dla zatrudniającej go firmy. Mimo sukcesów zawodowych, mężczyzna cierpi na kompleks Napoleona i swój niski wzrost rekompensuje sobie wystawnym życiem, na które ewidentnie go nie stać. Rozrzutność tłumaczy chęcią utrzymania przy sobie pięknej żony. Roger ma również drugi, nielegalny etat – kradnie i handluje dziełami sztuki. Aż wreszcie trafia swój na swego i Brown ostrzy sobie zęby nie na tego naiwniaka, co trzeba, bo jego niedoszła ofiara, Clas Greve to były komandos specjalizujący się w podsłuchach. Kłopoty piętrzą się od tej pory lawinowo, a fabuła robi fikołki tak akrobatyczne, że jeszcze na kilka minut przed finałem nie wiadomo, kto kogo właściwie przechytrzył.

Może trochę na wyrost porównuje się „Łowców głów” do dokonań braci Coen i Quentina Tarantino, lecz reżyser Morten Tyldum faktycznie ma ze swoimi kolegami po fachu punkt wspólny: znakomicie udaje mu się wyzuć świat przedstawiony z jakiejkolwiek konsekwencji moralnej; tutaj każdy jest szują, a widz rozdziela sympatię pomiędzy mniejszym a większym złem.

Tekst ukazał się w piątkowym "Dzienniku" (15.05.2012).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz