środa, 23 maja 2012

Tydzień w kinie - "Mroczne cienie"

Tim Burton się skończył. Tim Burton od dawna nie nakręcił nic fajnego. Tim Burton się wypalił. Okej, odfajkowaliśmy te wszystkie żale i narzekania, które rozpoczynają sporą część tekstów o jego nowym przedsięwzięciu i możemy przejść do sedna. A warto od razu, bez zbędnych słów, wziąć się za film, bo "Mroczne cienie" to całkiem satysfakcjonujący spektakl, z którego nadal bije gorączkowa miłość do kina - niestety, trochę ślepa, ale i to jestem w stanie Burtonowi wybaczyć.

Mroczne cienie (7/10)

Film oparto na operze mydlanej o tym samym tytule, nieznanej u nas, za to legendarnej w Stanach. O ile mi wiadomo, jej sukces polegał na dramatycznej wolcie fabularnej - otóż po dwustu paru odcinkach zdecydowano się wprowadzić do serialu elementy nadprzyrodzone. Wampir Barnabas Collins z miejsca podbił serca telewidzów, w tym młodziutkiego Johnny'ego Deppa, który uroił sobie, że kiedyś sam wcieli się w swojego herosa; jak powiedział, tak zrobił. Zresztą film powstał w dużej mierze z jego inicjatywy i przyznam, że podziwiam Deppa - jako dorosły facet spełnia swoje dziecięce marzenia. Pomijam fakt, że Barnabas to cudzołożnik, morderca i hedonista.

Zresztą w ogóle "Mroczne cienie" są świetnie obsadzone, choć na przykład Helena Bonham Carter nie ma tutaj wiele do zagrania. Za to znakomita jest Michelle Pfeiffer oraz, co mnie zdziwiło niezmiernie, Eva Green, która od lat gra to samo, lecz tutaj pasuje jak ulał ze swoją karykaturalną, parodystyczną manierą. Podoba mi się też sposób, w jaki Burton akcentuje jej seksualność, udało mu się wydobyć z Green prawdziwego wampa, tak jak właśnie z Pfeiffer w drugim "Batmanie". To samo uczynił poniekąd z piętnastoletnią Chloë Grace Moretz, przez co włączyła mi się lampka ostrzegawcza, gdyż mam wątpliwości natury etycznej co do eksponowania walorów erotycznych młodych aktorek, choćby nawet było to tylko niewinne kino.

"Mroczne cienie" kuleją za to w sferze fabularnej, scenariusz jest rwany i chaotyczny, ale sam rdzeń tej historii nawiązuje do mrocznych baśni, które Burton tak przecież uwielbia, a które często przekazują prawdę najprawdziwszą - kobiety zdradzonej bać się powinien i sam diabeł. No cóż, pozostaje mi dodać, że polecam, bawiłem się znakomicie, jest na czym oko zawiesić - nie chodzi mi tylko o pokaźny biust Evy Green, ale i pastelowy gotyk, będący specjalizacją Burtona. Mam jedynie żal, że nie wykorzystano potencjału tkwiącego w settingu (rzecz dzieje się w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych), który ogranicza się jedynie do ścieżki dźwiękowej i kilku gagów wynikających ze zderzenia się Barnabasa z nowoczesnością, ale i tak, jak to mówią na Zachodzie, Burton dostarczył.

2 komentarze:

  1. Pełna zgoda co do Chloe Grace-Moretz. Podczas każdej sceny, w której grała czułem się nieswojo.

    OdpowiedzUsuń
  2. Co blog, to iina opinia. Muszę się w końcu na to wybrać, ale jako fanka Burtona mam obawy, bo ostatnio na "Alicji" bardzo się zawiodłam.

    OdpowiedzUsuń