poniedziałek, 21 maja 2012

Gra z piekła rodem - o "Diablo III"

Nad złożonym z tekstur i pikseli światem Sanktuarium znowu wisi widmo rychłej zagłady. Ponoć na niebie widziano zwiastun najgorszego – oto powraca Diablo, Pan Terroru, którego udało się powalić na kolana już dwukrotnie. Za to na wieść o spadającej gwieździe, będącej omenem końca wszystkiego, co istnieje, cieszą się ci, którzy z klawiaturą i padem w ręce co wieczór ruszają z odsieczą słabym i uciśnionym.


Piętnastego dnia maja, równo o północy, w warszawskich Złotych Tarasach stłoczyły się aż trzy tysiące graczy; mogłoby się wydawać, że taki wynik frekwencyjny podczas polskiej premiery „Diablo III” to doskonały prognostyk dla dewelopera i dystrybutora, lecz rzeczywistość wygląda nieco inaczej. Lepiej. Jeszcze przed wypuszczeniem na rynek gra pobiła rekord przedsprzedaży w sklepie internetowym Amazon, a wersję demonstracyjną wypróbowało ponad ćwierć miliona chętnych. Zapewne gdy początkowy entuzjazm nieco opadnie, zaczną się też i narzekania, wszak „Diablo III” to jedna z najbardziej wyczekiwanych produkcji w historii rozrywki elektronicznej – od premiery poprzedniej części minęło dwanaście lat. Z  punktu widzenia firmy Blizzard pojedynczy malkontenci nie mają większego znaczenia, gdyż wyprodukowana przez nią gra już teraz jest ogromnym sukcesem; ba, była sukcesem, jeszcze zanim ujrzała światło dzienne. Nieustanne przesuwanie daty wydania „Diablo III” motywowano ciągłymi, niemal całodobowymi pracami nad grą, chęcią zadbania o jak najwyższą jakość rozgrywki i troską o klienta, lecz cynik mógłby mówić o wyrachowaniu i znakomitej strategii marketingowej. Zamiast raczyć graczy co rok czy dwa kolejnymi odcinkami serii, Blizzard każe czekać latami na nowe odsłony swoich flagowych tytułów – podobna taktyka sprawdziła się zresztą w przypadku strategii „StarCraft”, której poszczególne części dzieli również ponad dekada.

Powtórne przyjście

W dyskusjach o „Diablo III” zatraca się sama gra – częściej mówi się o limitowanej edycji kolekcjonerskiej, którą można nabyć za niebotyczne kwoty na rynku wtórnym, wyklinaniu przez księży demonicznych akcentów zawartych w fabule albo o domu aukcyjnym, gdzie karta kredytowa okazje się sprzymierzeńcem mocniejszym niż tarcza i miecz. Zresztą nabywanie i sprzedaż wirtualnych przedmiotów za prawdziwe pieniądze to temat szeroko dyskutowany; proceder ten długo istniał na pograniczu legalności, teraz został zalegitymizowany przez Blizzard – gracze handlują za pomocą specjalnej platformy, firma zaś otrzymuje prowizję.

Pomimo narastających kontrowersji, supremacja „Diablo III”, która już stała się faktem, jest wcale zasłużona – geniusz tkwi bowiem w prostocie: nośna, sataniczna symbolika, mroczna atmosfera, stosunkowo łatwa w opanowaniu rozgrywka i losowo generowane poziomy zapobiegające monotonii, mające zapewnić długie godziny zabawy, to przepis, który poskutkował już dwukrotnie; sprawdził się i tym razem. W gruncie rzeczy rdzeń gry, jej mechanika nie zmieniły się znacznie od czasu pierwszego „Diablo” – całą resztę oczywiście dostosowano do wymogów klienta przyzwyczajonego do technicznie zaawansowanych produkcji godnych dwudziestego pierwszego wieku. Blizzard doskonale wie, czego oczekiwały miliony wypatrujące powtórnego przyjścia na świat Pana Terroru i, co symptomatyczne dla rynku gier, patrzy teraz łakomym okiem na konsole; kolejny finansowy sukces jest przecież na wyciągnięcie ręki i grzechem byłoby nie skorzystać z okazji.

Tekst ukazał się w piątkowym "Dzienniku" (18.05.2012).

1 komentarz:

  1. Ja nigdy nie byłem wielbicielem serii, dlatego też i teraz nie dałem się ponieść emocjom, ale rozumiem, że są oddani fani, którzy teraz szaleją z radości :)

    OdpowiedzUsuń