środa, 18 kwietnia 2012

Tymczasem w księgarniach - "Elizabeth Taylor. Dama, legenda, kochanka"


Elizabeth Taylor. Dama, kochanka, legenda (7/10)

David Bret swoją profesją uczynił hurtowe spisywanie biografii gwiazd filmu i muzyki, co praktykuje nieprzerwanie od przeszło dwudziestu lat. Po lekturze wydanej niedawno książki "Elizabeth Taylor. Dama, legenda, kochanka" skłonny jestem wysnuć wniosek, że mało interesuje go faktyczny dorobek artystów, o których pisze; woli skandaliki i anegdotki związane z życiem gwiazd, zarówno tym w świetle reflektorów, jak i poza nim. Nie jest jednak moim zamiarem formułowanie z powyższych słów zarzutu - ot, taki profil książki i kto po nią sięga, zapewne ma świadomość tego, że będzie miał do czynienia ze starannie napisaną, schludnie zorganizowaną i nieźle zreaserchowaną biografią jednej z wielkich muz ekranu, a nie akademicką analizą jej filmografii. Bo choć Breta zajmuje to, co w życiu Liz Taylor najbardziej krzykliwe, kolorowe i na pokaz, stroni od blichtru i ewidentnej taniochy rodem z tabloidu. Ba, chwilami wręcz podejmuje się krytyki panujących niegdyś w mediach tendencji do rozdmuchiwania błahostek i żerowania na skandalu (uwaga na marginesie: ze słów Breta wynika, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu artykuły sponsorowane były na porządku dziennym) i ma wyraźnie sceptyczny stosunek do talentu pani Taylor, co daje czytelnikowi interesującą perspektywę. Nie poświęca zaś wiele miejsca samym filmom, skupiając się raczej na fochach bohaterki książki związanych z intratnymi kontraktami, przygotowaniami do zdjęć i kolejnymi małżeństwami - w tym oczywiście legendarnym związku z Richardem Burtonem, opartym na swoistej mieszance miłości i nienawiści. Z omawianej pozycji wyłania się może niejednoznacznie, ale jednak niekorzystny portret Elizabeth Taylor, kobiety najpierw omamionej przez zaborczą matkę, potem zniszczonej przez swoją słabość do nieodpowiednich mężczyzn, mocnych trunków i patologicznej rozrzutności. Summa summarum, "Elizabeth Taylor. Dama, kochanka, legenda" to lektura przyjemna i lekka, aczkolwiek zastanawia mnie jedno - Bret nie odpuszcza żadnej okazji, aby wspomnieć, kto w środowisku Hollywood był homoseksualistą, a kto nie (czasem rzuca dziwaczne komentarze w nawiasach typu a może byli kochankami?), jakby miało to jakiekolwiek znaczenie. Tak czy inaczej - książkę polecam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga