piątek, 20 kwietnia 2012

Tydzień w kinie - "Wichrowe wzgórza"

Wichrowe wzgórza (4/10)

Film Andrei Arnold ciężko rozpatrywać w kategoriach adaptacji, bowiem ze słynnej powieści wiktoriańskiej autorstwa Emily Brontë nie zostało na ekranie wiele, to niemalże w pełni odautorska historia – tak więc miłośników klasycznych ekranizacji spodziewających się niskiego ukłonu względem literackiego pierwowzoru czeka rozczarowanie. Angielska reżyserka jest co prawda zainteresowana wątkiem miłosnym, lecz nie pełni on w jej dziele roli nadrzędnej; i w tym cały szkopuł, gdyż nie sposób orzec, co właściwie ją pełni. „Wichrowe wzgórza” w wydaniu Arnold to widowisko wizualnie może i momentami zachwycające, lecz rozmyte przez brak dyscypliny formalnej i pretensjonalność przyjętej metaforyki.

Fabularny rdzeń pozostaje praktycznie niezmieniony w stosunku do oryginału Brontë – pewnego deszczowego wieczoru na farmę Earnshawów z wyprawy do Liverpoolu powraca głowa rodziny wraz z ciemnoskórym chłopcem pod pachą; pan domu nadaje mu imię Heathcliff, oferuje kąt do spania i wikt. Sierota nie zyskuje aprobaty w oczach syna starego Earnshawa, Hindleya, który od pierwszego dnia szykanuje przybłędę – oczywiście Arnold, autorka filmów zaangażowanych społecznie, nie byłaby sobą, gdyby nie umotywowała niechęci uprzedzeniem rasowym; zresztą sam Hindley wygląda i zachowuje się zupełnie jak stereotypowy skinhead z angielskiego przedmieścia. Przychylna znajdzie jest za to Catherine, córka Earnshawa. Pomiędzy dziećmi rodzi się uczucie. I to właśnie wyabstrahowane z całości kadry, w których zamykają się niewprawne gesty manifestujące narodziny niedojrzałej jeszcze miłości, przedstawionej jako jeden z nieposkromionych żywiołów natury – akcja dzieje się przecież na wrzosowiskach Yorkshire, gdzie wiatr nieustannie smaga ciągnące się po horyzont pola, a deszcz nie przestaje siąpić – są prawdziwym, i chyba niestety jedynym, atutem filmu Arnold. Znakomite zdjęcia Robbie'ego Ryana potrafią wprawić w podziw, lecz reżyserka nie bardzo wie, jak wykorzystać talent swojego operatora, popada w manieryczną monotonię. Do tego budzić wątpliwości może sama struktura filmu, jego zaburzona chronologia oraz niejaka toporność i rozwlekłość. Dopóki Arnold gra nastrojem, próbuje za pomocą obrazu opisać nienazwane jeszcze uczucie, kiełkujące pomiędzy Heathcliffem i Catherine, „Wichrowe wzgórza” mogą urzec swoim smutnym, szarym i dyskretnym pięknem, ale samo opowiedzenie klarownej historii przychodzi jej z trudem. Reżyserka rozpaczliwie próbuje wstrząsnąć widzem za pomocą budzących wątpliwości środków, epatując pustym szokiem – wplatając w to wszystko, prócz wątku rasistowskiego, jeszcze inne patologie, włącznie z nekrofilią oraz drastycznymi scenami okrucieństwa wobec zwierząt. Składa się to na szereg łatwych do odczytania metafor, co jest poważną rysą na całej twórczości Arnold, która już wcześniej przejawiała ciągoty do afektowanych przenośni.

Intencje stojące za porywaniem się właśnie na „Wichrowe wzgórza” pozostają po seansie niejasne; odniesienia do powieści Brontë wydają się bezzasadne i liche. Niby nie ma co porównywać obu tych dzieł z uwagi na drastyczne zmiany wprowadzone przez Arnold i zupełnie różne rozłożenie akcentów, lecz nie sposób uciec od konstatacji, że dzieląca je przepaść jest ogromna.


Recenzja ukazała się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga