piątek, 13 kwietnia 2012

Tydzień w kinie - "Nietykalni", "Titanic", "Ghost Rider 2"

Po weekendzie opublikuję co nieco o "American Pie: Zjeździe absolwentów" oraz "Piratach!", a dzisiaj niepopularna opinia na temat "Nietykalnych" oraz krótkie wpisy o "Titanicu" i drugim "Ghost Riderze".

Nietykalni (6/10)

Ponoć we Francji skali fenomenu „Nietykalnych” nie da się zmierzyć tylko i wyłącznie liczbą sprzedanych biletów – zresztą imponującą, bowiem film zobaczyło tam ponad dwadzieścia milionów widzów – to wydarzenie wychodzące dalece poza kinową salę. Zadziwiające więc, że obraz okrzyknięty przez frankofoński świat wydarzeniem kulturalnym minionego roku, choć wypełnia swoje podstawowe zadanie wpisane w ramy kina gatunkowego, jest ideologicznie wątpliwy i mętny, a efekt komiczny zostaje osiągnięty schematycznymi półśrodkami.

Owszem, film potrafi rozbawić i komedia to momentami pierwszorzędna, choć scenariusz bazuje na ogranych, lecz bądź co bądź skutecznych chwytach. Do tego „Nietykalni” sprawnie grają na emocjonalnej strunie i nie popadają w pretensjonalny sentymentalizm; chyba nie sposób się choćby odrobinę na tym filmie nie wzruszyć. To jednak efemeryczne katharsis, przeżywane już wcześniej na niezliczonych feel good movies. Dzieło duetu Olivier Nakache i Éric Toledano porusza się w stosunkowo mało skomplikowanej przestrzeni, opierając humor na znanym już z amerykańskich buddy films z lat osiemdziesiątych kontraście charakterów – czarnoskórego prostaczka o imieniu Driss i bogatego, sparaliżowanego od szyi w dół Philippe'a, nad którym chłopak w wyniku serii zbiegów okoliczności ma sprawować pełnoetatową opiekę.

Film traktować miał o potędze przyjaźni zdolnej przestąpić pozornie nieprzekraczalną barierę klasową i materialną, ale to tylko ułuda – faktycznie Driss ma wstęp na salony wyłącznie dlatego, że pozwala mu na to Philippe; on sam pozostaje przy tym do samego końca dobrodusznym i pogodnym, ale niereformowalnym typem Elizy Doolittle. To raczej biały milioner czerpie z tej znajomości, odnajdując w swoim opiekunie młodzieńczą energię i otwierając się na czystą, ludzką życzliwość. Aspekt humanistyczny jest tutaj mocno zaakcentowany i nie brak mu szczerości, lecz film, prawdopodobnie zupełnie nieświadomie, pielęgnuje mit poczciwego, ale mało rozgarniętego czarnoskórego z „Chaty wuja Toma”. Biorąc pod uwagę pozafilmowy kontekst społeczny i polityczny, panujące obecnie we Francji nastroje i sytuację tamtejszych imigrantów, trudno uciec od wniosku, że jest to spektakl obliczony na uspokojenie sumienia francuskiej publiki. Wydźwięk filmu można więc przyrównać do niedawnych „Służących”, lecz zapewne zostanie on przez publikę po prostu zignorowany.

Titanic (8+/10)

Mija sto lat od dziewiczego, przerwanego rejsu gigantycznego statku RMS Titanic, który zatonął na Atlantyku, ciągnąc za sobą na dno półtora tysiąca pasażerów i członków załogi. Rocznica tragicznego zdarzenia zbiega się, zresztą nieprzypadkowo, z ponownym wprowadzeniem na ekrany epickiego hitu Jamesa Camerona z 1997 roku – tym razem w trójwymiarze. Ponad trzygodzinne widowisko to kino najwyższej próby; perfekcyjnie zrealizowane, świetnie obsadzone i poruszające niczym wytrawny, staroświecki melodramat. I to właśnie połączenie klasycznego w duchu scenariusza z nowoczesnymi efektami specjalnymi zadecydowało swojego czasu o sukcesie „Titanica”, który do tej pory zarobił astronomiczną sumę blisko dwóch miliardów dolarów i zdobył aż jedenaście Oscarów. Zgodnie z wykładnią wielkich, hollywoodzkich romansów, prawdziwa miłość przezwycięża nawet śmierć – i zdaje się to potwierdzać samo życie, bowiem film został, jak wieść niesie, zainspirowany autentyczną historią.

Ghost Rider 2 (3/10)

Johnny Blaze, kaskader, który zawarł pakt z demonem, ponownie wskakuje na płonący motocykl jako Ghost Rider, mściciel z piekła rodem. Tym razem ma ustrzec młodziutkiego Danny'ego przed zakusami Mefistofelesa – chłopiec jest kluczowym narzędziem w diabelskim planie przejęcia władzy nad światem. Blaze ma zostać sowicie wynagrodzony za swoje usługi; ksiądz Moreau obiecuje zdjąć ciążącą na nim klątwę i odebrać mu przeklętą moc. Z początku druga część „Ghost Ridera” zapowiada się na swoisty pastisz komiksowych konwencji, ale po kilkunastu minutach okazuje się, że ta hucpa jest na serio. Nicolas Cage jako na wpół oszalały, sterany życiem facet wypada już nawet nie komicznie, a smutno, zaś przerażająco słabej i bzdurnej fabuły nie są w stanie zamaskować całkiem znośne efekty specjalne. Niby cała opisana powyżej intryga jest pretekstem, aby Ghost Rider mógł wreszcie zaakceptować ciążącą na nim odpowiedzialność i przytulić do serca wewnętrznego upiora, lecz wszelaka ambicja została zdławiona już na etapie scenariusza.

Powyższe recenzje pochodzą z dzisiejszego wydania "Dziennika".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga