poniedziałek, 23 kwietnia 2012

"Bez końca" i "Bezdomne wampiry" - recenzje komiksów

Bez końca (8+/10)

Tytuł debiutanckiego albumu Pawła Garwola i Romana Lipczyńskiego, zapożyczony podobno od jednego z numerów punkowej grupy Siekiera, ma znaczenie dla treści komiksu znamienne – otóż życie to niekończący się ciąg surrealistycznych paranoi, w których trwać musimy, bo innego wyjścia po prostu nie ma. Może dlatego bezimienny bohater dziesięciu zawartych w opisywanych tomie nowelek przyjmuje na chłodno nawet perspektywę alkoholowej libacji ze Śmiercią we własnej osobie i zażyłą znajomość z piwnicznym szczurem. Co prawda czasem jego twarz wykrzywi się w grymasie przestrachu lub zdziwienia, lecz zaraz potem wzruszy ramionami i powróci do zwyczajnego trwania, którego odmienić nie może nawet i niezwyczajne.

Garwol i Lipczyński pracowali już ze sobą przy kilku projektach artystycznych, lecz „Bez końca” jest ich pierwszym komiksem – i oby nie ostatnim, bowiem to jedna z najciekawszych propozycji ostatnich miesięcy. Widoczne są tutaj inspiracje dorobkiem surrealistów, już na stronie tytułowej twórcy puszczają oko, trawestując René Magritte'a, a niektórych kadrów nie powstydziłby się pewnie i sam Luis Buñuel. A jednak owe nawiązania nie przysłaniają unikalnej, kompletnej i spójnej wizji autorskiej.

Opracowane przez Garwola scenariusze Lipczyńskiego zmieściły się na stu czterdziestu stronach, które w większości zajmują starannie skomponowane kadry – komiksowych dymków próżno tutaj szukać, cała objętość zawartego w „Bez końca” tekstu nie przekracza kilkunastu zdań. To komiks wyrażający swoją istotę gęstym, czarno-białym obrazem.

Bezdomne wampiry (7/10)

Bezdomne wampiry” wraz z wydanym kilka lat temu tomem „O zmroku” tworzą kompletny zbiór przygód dwóch groteskowych wielbicieli hemoglobiny, których ojcem jest kultowy już rysownik i scenarzysta komiksowy Tadeusz Baranowski. Kilkudziesięciostronicowy album zawiera siedem historyjek, cztery z roku 1985 i trzy datowane na 2009, oraz galerię ilustracji nakreślonych rękoma polskich autorów – Karola Kalinowskiego, Michała Śledzińskiego czy Jakuba Rebelki. 

Tytułowe wampiry zwą się Szlurp i Burp – ich imiona to onomatopeje kojarzące się z odgłosami wydawanymi przez burczący brzuch. Zresztą skojarzenie to nieprzypadkowe, bowiem ci dwaj delikwenci to wiecznie głodne zakały wampirzego rodu, które zupełnie nie radzą sobie z rzeczywistością Polsylwanii – najpierw, za czasów socjalizmu, muszą ratować się krwią pijaczka, doznając przy tym zatrucia, zaś potem, już po przemianie ustrojowej, użerają się z Narodowym Funduszem Zdrowia, show businessem i, a jakże, łowcą wampirów.

Pierwsze historyjki, stworzone przez Baranowskiego przed bez mała trzydziestoma laty to czysty slapstick i komedia pomyłek. Budzący w czytelniku sympatię swoją nieporadnością dwaj towarzysze z jednych tarapatów wpadają w drugie, na swojej drodze spotykając nawet Thorgala ze słynnej serii komiksowej Grzegorza Rosińskiego. Druga połowa tomu, zawierająca nowelki z ostatnich lat, utrzymana jest w nieco innym klimacie, bowiem autor celuje tutaj niekiedy w lekką, społeczno-polityczną satyrę, nie tracąc jednak z oczu komediowego potencjału wampirycznego Flipa i Flapa.

Obie recenzje ukazały się w "Dzienniku" (20.04.2012).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga