piątek, 23 marca 2012

Tydzień w kinie - Liam Neeson i "Przetrwanie"


Dzisiaj sylwetka Liama Neesona oraz recenzja z filmu "Przetrwanie".

Ostatni bohater kina akcji?

Różnorodność filmografii Liama Neesona nie pozwala na zaszufladkowanie irlandzkiego aktora. Z kameralnymi produkcjami sąsiadują wysokobudżetowe blockbustery, zaś dynamiczne, acz proste sensacje przeplatają się z ambitniejszymi fabułami.
Liam Neeson jako Darkman
Liam Neeson nie musi już nic nikomu udowadniać – grał u Stevena Spielberga, Atoma Egoyana, Ridleya Scotta i Christophera Nolana, stworzył ikoniczną dla wielu miłośników kina rozrywkowego postać Qui-Gon Jinna w „Gwiezdnych Wojnach” George'a Lucasa, a teraz z powodzeniem występuje w popularnych filmach sensacyjnych. Za rok stuknie mu sześćdziesiątka i jest żywym dowodem na to, iż kino akcji polegające na rosłych mięśniakach w typie atletycznego wyczynowca odeszło do lamusa. I choć Neeson poważany jest głównie za swoje role dramatyczne, niejako na przekór charakterystycznej dla kina akcji typowości, doskonale sprawdza się jako ekranowy twardziel, bohater schematycznych, rozhukanych fabuł z eksplozjami na pierwszym planie – nie od dziś.

Karierę zaczynał pod koniec lat siedemdziesiątych w Wielkiej Brytanii, partnerując słynniejszym kolegom – najpierw Melowi Gibsonowi i Anthony'emu Hopkinsowi w „Buncie na Bounty” (1984), a potem Robertowi De Niro i Jeremy'emu Ironsowi w „Misji” (1986). Rok po premierze drugiego z filmów wyjechał do Hollywood, gdzie zagrał chociażby w „Puli śmierci” (1988), ostatniej odsłonie cyklu o Brudnym Harrym z Clintem Eastwoodem. Przełomową rolę otrzymał jednak dopiero dwa lata później, u młodego reżysera, opromienionego sławą „Martwego zła” Sama Raimiego, który realizował wtedy swój pierwszy hollywoodzki film – „Człowiek ciemności”. Był to swoisty hołd dla starych horrorów ze studia Universal połączony z klasyczną opowieścią o komiksowym superbohaterze. Neeson wcielił się w oszpeconego przez gangsterów naukowca, który poszukuje formuły potrzebnej do stworzenia syntetycznej skóry. A ponieważ pozbawiony zakończeń nerwowych nie czuje bólu – wypowiada wojnę półświatkowi przestępczemu.

Człowiek ciemności” dzisiaj uznawany jest za dzieło kultowe, a rola Neesona niezmiennie fascynuje. Kreacja wzorowanego po trosze na niewidzialnym mężczyźnie ze starego filmu Jamesa Whale'a, ukrywającego się pod bandażami superherosa o pseudonimie Darkman, wymagała wyjątkowego magnetyzmu i charyzmy – pozbawiony mimiki aktor musiał swoją rolę oprzeć w sporej mierze na głosie. Kolejny przełom w karierze przyszedł wraz z rokiem 1993 i filmem „Lista Schindlera” w reżyserii Stevena Spielberga; aktor otrzymał wtedy nominację do Oscara za główną rolę męską, co pociągnęło za sobą kolejne interesujące propozycje – od twórców „Rob Roya” i „Michaela Collinsa”.

Od tamtej pory Liam Neeson nie zwolnił tempa i jest obecnie jednym z najbardziej rozpoznawalnych aktorów w Hollywood. Od kilku lat występuje głównie w głośnych filmach z potencjałem na finansowy hit, choć nie rezygnuje z mniejszych ról, jak chociażby w niskobudżetowych thrillerach „Chloe” (2009) czy też „After.Life” (2009). I choć pojawiał się już wcześniej w filmach akcji, to chyba dopiero „Uprowadzona” z 2008 roku w pewnym sensie przepisała jego emploi. Połączył tam dwie, wydawałoby się nieprzystające do siebie role – troskliwego ojca w średnim wieku oraz zimnego mordercy, co udało mu się wyśmienicie i żadna z tych ekranowych póz nie dominuje. Podobną kreację stworzył też w „Tożsamości” (2011), gdzie wcielił się w człowieka, któremu skradziono nazwisko. Z początku fajtłapowaty, stopniowo przypomina sobie zablokowane przez jego umysł wspomnienia, odkrywając w sobie gniew i skłonność do bezwzględnej przemocy. Neeson doskonale zdaje sobie sprawę z własnego potencjału i rozpiętości swojego talentu, dobiera więc role nieprzypadkowo, wykorzystując image poczciwca nawet w rolach bohaterów z rysą.

Neeson jako jeden z topowych aktorów kojarzonych obecnie z filmami sensacyjnymi wybija się przed szereg – udowadnia, że akcyjniaki zmieniły drastycznie swoje oblicze, oddaliły się od kultu macho. Staje jednak przed wcale niełatwym momentem w karierze, bowiem w tym roku postawił tylko i wyłącznie na kino rozrywkowe, niekoniecznie najwyższych lotów. Oby faktycznie nie stał się ostatnim bohaterem kina akcji swojego pokolenia.

Przetrwanie (6+/10)

Konfrontacji człowieka z naturą ciąg dalszy. Tym razem jednak wydaje się, że uwięzieni pośród bezkresnych śniegów Alaski rozbitkowie nie mają szans na przetrwanie. Limit szczęścia wyczerpali, gdy udało im ujść z życiem z katastrofy samolotu, który miał zabrać grupę pracujących w rafinerii naftowej mężczyzn do domów. Przywódcą zagubionych w niekończącej się nicości robotników zostaje John Ottway, myśliwy i ekspert od survivalu. Jeszcze niedawno myślał o samobójstwie; teraz ciąży na nim odpowiedzialność za los kolegów. Swoją powinność przyjmuje niechętnie, lecz instynkt każe mu walczyć o życie, którego chciał się przecież pozbawić. Jednak przywilejem człowieka wolnego, zdaje się niezachwianie wierzyć Ottway, pozostaje decyzja o tym kiedy i jak umrze – oby z podniesionym czołem.

W „Przetrwaniu”, poza wątkami czysto przygodowymi, charakterystycznymi dla widowiskowej przeprawy przez śniegi, reżyser Joe Carnahan rozwija tematykę egzystencjalną. Swoim bohaterom każe zastanawiać się nad sensem istnienia i obecnością Boga, zaś same zmagania z ekstremalnymi warunkami pogodowymi i czającymi się na mężczyzn stadami wilków, jawiących się tutaj niczym diabelskie demony, przypominają pokutną podróż przez Czyściec. Film nie nosi jednak znamion filozoficznej rozprawki, bowiem jego esencją pozostaje walka z żywiołem natury – prócz wyłaniających się z mroku wilków, ciągle depczących bohaterom po piętach niczym widmo śmierci, mężczyźni muszą zmierzyć się z własnymi, czysto fizycznymi ograniczeniami. Wyczerpani, zziębnięci, pozbawieni wsparcia milczącego Boga, nie składają broni. Motto filmu mogłoby brzmieć: tylko sam człowiek może wytyczyć granice swoich możliwości.

Powyższe teksty ukazały się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga