poniedziałek, 5 marca 2012

Tydzień w kinie - "Kobieta w czerni"

O "Kobiecie w czerni" mówi się i pisze przede wszystkim ze względu na rolę Daniela Radcliffe'a, wcale utalentowanego młodego brytyjskiego aktora, który przez ostatnie dziesięć lat wcielał się w postać ciekawskiego okularnika obdarzonego mocami magicznymi w serii filmów o Harrym Potterze. Facet w wolnych chwilach grywał jeszcze w teatrze, do tego na golasa, oraz pojawił się w jednym pełnym metrażu, który jednak przeszedł przez kina bez echa. Teraz staje na swoistym rozdrożu, wygaduje więc dziennikarzom różne pierdółki o alkoholowych wojażach i łóżkowych przygodach, aby zerwać z wizerunkiem wiecznie dziwiącego się światu czarodzieja i zademonstrować, że dorósł i wziął się wreszcie za prawdziwe aktorstwo.

Radcliffe'owi w "Kobiecie w czerni" kazano założyć buciory poważnego męża i ojca, praktykującego adwokata, który, niczym niegdyś Jonathan Harker w "Drakuli", rusza na zapadłą wieś, aby załatwić papierologię związaną z nieruchomością należącą do zmarłej lokalnej krezuski. Na miejscu ludzie są tak samo przyjaźni jak menele w jakieś małomiasteczkowej mordowni i chyba tylko cudem udaje się młodemu prawnikowi ujść cało przed wytarzaniem w smole i pierzu, i opuszczeniem tego zapomnianego przez boga wygwizdowa na kopach. "Kobieta w czerni" to klasyczna opowieść o nawiedzonej chałupie (możemy ją także przeczytać, bowiem równolegle z wprowadzeniem filmu do kin opublikowano u nas książkę autorstwa Susan Hill, będącą podstawą scenariusza; zresztą to druga ekranizacja powieści, pierwsza powstała w roku 1989), o interesujących aspiracjach, których, niestety, nie udało się w pełni zrealizować. Wydaje się bowiem, że stylowe horrory są już dzisiaj przeżytkiem, bo po co chować, skoro można pokazywać, szczególnie iż możliwości dzisiejszego kina ogranicza chyba tylko wyobraźnia? Ba, nawet i wielcy mistrzowie grozy musieli wreszcie otworzyć szafę albo pozwolić czytelnikowi czy widzowi zajrzeć pod łóżko, gdy więc reżyser James Watkins (autor niezwykle cenionego przeze mnie "Eden Lake") rozkłada już na stole wszystkie karty, a piony stoją na swoich polach, puszcza w ruch maszynerię i niech się dzieje, co chce. Film ten to całkiem satysfakcjonująca wycieczka po wiktoriańskim domu strachów - dokładnie tak wyobrażałbym sobie wędrówkę po tematycznym parku grozy - Radcliffe łazi od pokoju do pokoju, od drzwi do drzwi, od drzewa do nagrobka i świadkuje nadprzyrodzonemu. Tu coś wyskoczy, tam coś zazgrzyta, a my siedzimy w fotelach i szczerzymy się głupkowato, bo to bardziej fajne i przyjemne niż straszne. "Kobieta w czerni" to przyzwoita robota, acz archaiczna, i wcale się tą swoją staroświeckością niebawiąca, jak to obecnie kino ma w zwyczaju - a szkoda, bo naśladownictwo bez cienia ambicji twórczej spycha ten film gdzieś w rejony szeregowej rozrywki na poziomie jarmarku. Podczas opuszczania kinowej sali zdziwiłem się, że za drzwiami nie czeka ktoś z obsługi, aby wyskoczyć i krzyknąć boo!.

Kobieta w czerni - (6/10)

6 komentarzy:

  1. Heh, a ja miałem ochotę go zobaczyć. Teraz to już raczej podziękuję :)

    OdpowiedzUsuń
  2. To nie jest zły film. Myślę, że nie zmitrężysz czasu, jeśli wybierzesz się do kina. Z drugiej strony - oglądając w domu też nic nie stracisz.

    OdpowiedzUsuń
  3. W takim razie jeszcze się zastanowię :) Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  4. Odnośnie samego filmu mam w sumie podobne odczucia, co i Ty, ale trochę mniej wyrozumiałości. Bardzo byłem rozczarowany, a parę razy to nawet lekko zażenowany (finał, przedwojenna scena z czytaniem listów...). Też wysoko oceniam "Eden Lake" ale w tym przypadku Watkins się nie popisał; za szybkie to wszystko, za dużo sztampy i scenografii udającej styl. Mam nadzieję, że nadchodzące "The Awakening" Nicka Murphy'ego pokaże, że jednak wciąż da się trochę kreatywniej podejść do tematu.

    OdpowiedzUsuń
  5. To prawda, finał był koszmarny. Mam wrażenie, że Hammer chciał tym filmem wrócić do korzeni i choćby zamarkować styl, z którego słynął.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Największą bolączką nowej "Kobiety w czerni" jest chyba fakt, że nie ma tu prawie w ogóle klimatu, z którego słynęła poprzednia wersja. Ciągle coś wyskakuje, pojawia się nagle w kadrze, miga prosto w oczy widza, ścieżka dźwiękowa atakuje nagłym "łup!", ale atmosfera ani na chwilę nie gęstnieje. Spodziewałem się znacznie więcej po Watkinsie, tym bardziej, że kilka fabularnych rozwiązań bardzo mi się spodobało (motyw wyciąganiem wozu). A zakończenie jest tragiczne, nie mogli chyba tego gorzej spuentować.

      Swoją drogą, dystrybutor przegapił idealną okazję na marketing w stylu Williama Castle'a - tuż przed włączeniem świateł, pod koniec seansu, na salę powinna wchodzić osoba przebrana za tytułową Kobietę w czerni i stawać gdzieś w rogu. Zawał murowany ;)

      Usuń

Archiwum bloga