wtorek, 13 marca 2012

Tydzień w kinie - "John Carter"

Hollywood hucznie obchodzi setne urodziny Johna Cartera, byłego żołnierza Konfederacji i wybawiciela Czerwonej Planety, zrodzonego w wyobraźni Edgara Rice'a Burroughsa. Disney na produkcję swojego nowego blockbustera, za którego scenariusz posłużyła pierwotnie publikowana w odcinkach powieść „Księżniczka z Marsa”, wyłożył podobno około trzystu milionów dolarów, co przewyższa budżet trzech części „Władcy pierścieni” razem wziętych.

John Carter (6-/10)

John Carter to facet, który na wojnie stracił wszystko; nie ma domu, rodziny, wyrwano mu moralny kręgosłup. To wrak człowieka, utracjusz goniący za mrzonką. A jednak po latach poszukiwań znajduje wreszcie mityczną jaskinię ze złota, lecz zanim położy rękę na skale i zaanektuje dla siebie jaśniejącą grotę, medalion o specjalnych właściwościach przetransportuje go na Marsa. Jako swój wśród obcych, obdarowany zostanie nadludzką siłą i sprawnością fizyczną umożliwiającą mu akrobatyczne fikołki. Popkultura nauczyła nas, że z wielką mocą idzie w parze niemała odpowiedzialność, tak więc John Carter, korzystając z nabytych zdolności, wyjścia nie ma - musi stanąć po stronie pokrzywdzonych mieszkańców miasta-państwa Helium, które czeka zagłada z rąk żołnierzy Zodangi, pożerającej inne osiedla marsjańskie, pasożytniczej kolonii.

Fabuła jest więc dobrze znana - to istny konglomerat pomysłów, na których kino rozrywkowe jedzie od lat. Scenariusz "Johna Cartera" syntetyzuje bodaj wszystko to, co już na ekranach widzieliśmy, a więc pogrzebano szanse na stworzenie prawdziwie rewolucyjnej, filmowej baśni. Ponoć jednak lubimy te piosenki, które już znamy, i powiedzenie to pasuje jak ulał do opisywanego obrazu. Bo pomysły, choć lekko już przejrzałe, podano tutaj z zapałem godnym debiutanta. Andrew Stanton stąpa więc po bezpiecznym, sprawdzonym już gruncie, a trochę szkoda, gdyż dysponował narzędziami, dzięki którym mógł zrealizować istną überprzygodę. A tak pozostaje pozachwycać się doskonale wykreowanym światem. Barsoom, jak tubylcy nazywają Czerwoną Planetę, to kompletne, pieczołowicie skonstruowane, filmowe uniwersum, które bardzo chciałbym zobaczyć powtórnie, bowiem "John Carter" wydał mi się jedynie preludium do czegoś znacznie większego. Być może jest początkiem sagi godnej XXI wieku, na którą czekam już ponad dziesięć lat. Innymi słowy: I want to believe.

3 komentarze:

  1. Też mi się naprawdę podobało - niby wszystko to już gdzieś widzieliśmy, a jednak ogląda się "Johna Cartera" ze sporą frajdą.

    Nie nastawiałbym się raczej na kontynuację. W box office wystartował marnie, a budżet miał gigantyczny.

    OdpowiedzUsuń
  2. Niestety - słabe wyniki finansowe pewnie ukręcą łeb kontynuacji. Dlatego moja wiara, wyrażona w ostatnim zdaniu powyższego wpisu, zapewne okaże się płonna. Szkoda, bo gdy pisałem recenzję dla "Filmu", nie znając jeszcze danych z box office, wieszczyłem serii świetlaną przyszłość - mojego optymizmu nie przekreśliła nawet nieudolna kampania marketingowa. A w poniedziałek, obarczony nową wiedzą, przerabiałem napisany już tekst...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też żałuję, że tak wyszło, bo kolejną część przygód Johna Cartera chętnie bym obejrzał. Pierwsza jest na tyle wciągająca, że ma się ochotę zobaczyć więcej. W sumie ciekawe, co ten film tak naprawdę zabiło - czy pozbawiona pomysłu kampania reklamowa, czy brak gwiazd w obsadzie, czy jeszcze jakiś inny, nieopisany czynnik.

      Usuń

Archiwum bloga