piątek, 30 marca 2012

Tydzień w kinie - "Gra o tron", "Koń turyński", "Skowyt"

Zapowiada się naprawdę atrakcyjny tydzień dla kinomanów - na dużym ekranie świetny "Koń turyński" oraz niezły "Skowyt" (recenzje obu filmów poniżej), a już w poniedziałek w telewizji wyemitowany zostanie pierwszy odcinek drugiego sezonu "Gry o tron". Przed miesiącem miałem okazję nakręcić kilka wywiadów ze scenarzystami i obsadą serialu - materiał znajdziecie w portalu Onet.pl. Skrobnąłem też parę słów na temat premierowego odcinka, który wyświetlono na specjalnym pokazie dla prasy - ciekawskich odsyłam tutaj. Ponadto na moim blogu w portalu natemat.pl wisi felieton na temat fenomenu "Gry o tron". To tyle jeśli chodzi o telewizję, zajrzyjmy do kin.

Koń turyński (9/10)

Zgodnie z zapowiedzią „Koń turyński” to ostatni film węgierskiego mistrza Béli Tarra. Reżysera zainspirowała usłyszana niegdyś opowieść o załamaniu nerwowym niemieckiego filozofa Friedricha Nietzschego, który widząc na jednej z ulic włoskiego Turynu konia bitego przez dorożkarza, rzucił się zwierzęciu na szyję. Pomysł na film wykiełkował już w latach osiemdziesiątych, lecz minęły przeszło dwie dekady, zanim doszło do realizacji. Tarr z napisanej wspólnie z László Krasznahorkaiem historii stworzył swoje opus magnum, wieńczące jego wieloletnią karierę reżyserską.

„Koń turyński” nie posiada tradycyjnego scenariusza, nakręcono go według luźnych notatek, to film nastroju, film obrazu, a nie słowa. Składa się na niego ledwie trzydzieści długich ujęć w czerni i bieli autorstwa Freda Kelemena, który współpracował z Tarrem już wcześniej przy kilku innych projektach. Sfotografowany przez niego świat ogranicza się jedynie do murowanej chaty i studni, do której codziennie odbywają pielgrzymkę mieszkający na odludziu dorożkarz i jego córka. Ich rutynowe zajęcia wyznaczają rytm każdego monotonnego dnia – ciężar zwyczajnej egzystencji przygniata oboje do samej ziemi. Złowieszczy nastrój filmu, podkreślany wspaniałą muzyką autorstwa Mihály'ego Víga, nawiązujący do poetyki kina niemego, przywodzi na myśl chwilę przed kataklizmem; dom z kamienia to miejsce gdzieś na krańcu świata, wręcz poza światem, tworzy odrębny mikrokosmos.

Dorożkarz zamienia z córką przez te parę dni, w ciągu których dzieje się akcja filmu, jedynie kilka zdań; pogrążeni są w nieustannym oczekiwaniu na nieuchronny koniec wszystkiego, a jednak pchani niewidzialną siłą poruszają codziennie trybiki rzeczywistości. Poprzez przybysza odwiedzającego samotne domostwo Tarr zdaje się mówić, że ów marazm to nie wyłączna wina Boga czy jakiejkolwiek wyższej siły, ale i samego człowieka, który pracuje na swoją własną apokalipsę.

Węgierski reżyser zrealizował dzieło pełne i kompletne, hipnotyzujące, do tego wielce zastanawiające – lekturze „Konia turyńskiego” towarzyszy refleksja, iż właśnie byliśmy świadkami niewytłumaczalnego, tajemniczego spektaklu, który usiłuje zamknąć w sobie ogół przemyśleń na temat kresu istnienia. Zresztą seans przynosi pewną paradoksalną, niewygodną ulgę, bowiem okazuje się, że świat może się skończyć w ciszy, bez błyskawicy i grzmotu. Zgasnąć tak, jak gaśnie naftowa lampa.

Skowyt (7/10)

Trzeba było mieć sporo odwagi, żeby zrobić to, co zrobił Allen Ginsberg. Odczytany przez niego po raz pierwszy w październiku 1955 roku w Six Gallery w San Francisco rewolucyjny wiersz „Skowyt” wywołał niemały skandal obyczajowy. Poeta w niewybrednych słowach pisał między innymi o swoich doświadczeniach homoseksualnych i narkotykowych tripach, a przecież był to czas, kiedy za podobne wyznania można było trafić za kraty. O więzienie otarł się zresztą wydawca tomiku wierszy autorstwa Ginsberga, Lawrence Ferlinghetti, zaś „Skowytu” przez jakiś czas nie wolno było dystrybuować, konfiskowano nawet egzemplarze przemycane zza granicy.

Odpowiedzialni za opisywany tutaj film reżyserzy i scenarzyści, Rob Epstein i Jeffrey Friedman, próbują uchwycić ten gorączkowy moment właściwych narodzin pokolenia bitników, bazując na archiwalnym wywiadzie z Ginsbergiem, transkrypcjach z sali sądowej oraz, oczywiście, samym wierszu, z którego zapożyczyli tytuł. W efekcie powstaje nietypowy obraz biograficzny; dość niekonwencjonalny, bo poetę pokazuje niemal wyłącznie przez pryzmat jego sztuki. „Skowyt” unika pułapki hagiograficznej, film Epsteina i Friedmana abstrahuje od tego, kim ich bohater stał się po sukcesie swojego flagowego wiersza, istotny jest moment przed, a może raczej w trakcie. Teza wydaje się brzmieć następująco – Ginsberg wykluł się z mieszczańskiego kokonu i odetchnął pełną piersią dopiero po przeczytaniu pierwszego wersu „Skowytu” w Six Gallery. Poezja wyzwoliła poetę.

„Skowyt” ma nielinearną fabułę, dzieli się na trzy płaszczyzny czasowe – pierwsza to rzeczony wywiad z Ginsbergiem, podczas którego poeta opowiada o sztuce, życiu ze swoim partnerem Peterem Orlovskym oraz znajomości z Jackiem Kerouakiem; na drugą składa się proces oskarżonego o propagowanie obscenicznych treści wydawcy Lawrence'a Ferlinghettiego, który odbył się w 1957; i wreszcie trzecia, czyli istna analiza czytanego przez Ginsberga „Skowytu”, wsparta sekwencjami animowanymi. I właśnie ten element krytycznoliteracki jest w filmie chyba najmniej przekonujący, bowiem owe wstawki nie oddają głębi czytanych wersów, narzucają pewną ikonografię, a co za tym idzie – interpretację. Same w sobie są dość interesujące, oddają opętańczą atmosferę tamtych czasów oraz energię poezji Ginsberga i sprawdzają się jako graficzna oprawa wiersza, lecz ambicje twórców sięgają jednak dalej.

„Skowyt” nie jest filmem o Ginsbergu per se, a o jego wierszu, to istna oda do poezji, żywiołowy, filmowy esej o literaturze, w której cieniu siedzi jej twórca. Może nieco hermetyczny, bowiem bez choćby podstawowej wiedzy na temat amerykańskiej kontrkultury trudno będzie widzowi zrozumieć skalę fenomenu Ginsberga. Na koniec warto pochwalić Jamesa Franco – jego Ginsberg to człowiek na początku swojej drogi artystycznej i życiowej, to ktoś niepewny siebie. Zresztą jak sam mówi w wywiadzie, pisał do szuflady, bo nie chciał, aby jego ojciec przeczytał tworzone przez niego wiersze; w dorosłość ma dopiero wkroczyć wraz z przestąpieniem progu Six Gallery w San Francisco.

Obie recenzje ukazały się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika".

1 komentarz:

  1. Zawsze mnie zastanawia co ludźmi kieruje wystawiając swoją opinię na forum publiczne , czy chcą się wykrzyczeć ? czy może nawrócić nas wszystkich ? Skąd się bierze ocena filmu ? Czy nie jest tak że jeśli większość coś sugeruje my ulegamy ? Gdzie się podziała szczera prawda ? Jeśli ci się na prawdę podoba film który w ocenie innych jest zły , czy będziesz miał odwagę im się przeciwstawić ? powiedzieć "a mi się podoba !" Czy tak między Bogiem a prawdą zechcesz jeszcze ten film obejrzeć dziesiątki razy ? Zastanawiam się od ponad dwudziestu lat dlaczego ludzie ulegają presji większości zamiast się jej przeciwstawiać i nie znajduję odpowiedzi ponieważ sam jej ulegam .Swoją drogą dzielę filmy na te które mi się podobają , na te które się podobają większości i na te które się podobają "fanatykom-kinomaniakom" . Zatem , gdybym miał ocenić ten "film trzydziestu ujęć" zrobiłbym to wyjątkowo szybko ... 3 X NIE ...
    Zastanawia mnie kto oceniając ten film szczodrobliwie powróci do niego przy szklaneczce brandy w zimowe wieczory ...? Ja się potrafię przyznać , potrafię powiedzieć że mogę oglądać setki razy Eddiego w pierwszej części słynnej sagi i się tego nie wstydzę , dlaczego zatem dzieło tak ponad czasowe jak KOŃ TURYŃSKI zupełnie mnie ruszyło ? Wszystko zrzucam na swój niedokształcony , prostacki charakter i brak poczucia piękna , zrozumienia natury , braku wyobraźni , ogólnie wszystkiego czego można nabyć w drodze wykształcenia którego nie posiadam . Przyznaję nie rozumiem i nie wiem o co chodzi jednak nie krytykuję , chciałbym tylko aby ktoś mądry mi to wytłumaczył abym mógł spać spokojnie ...
    pozdr.i sorka za błędy (jeśli są) , wszystko na fonie pisane stąd moja niepewność co do składni i formy teksu.

    OdpowiedzUsuń

Archiwum bloga