piątek, 16 marca 2012

Konkursowy tydzień w kinie - "Demony", "Kupiliśmy zoo", "Wszystkie odloty Cheyenne'a"

Demony (1+/10)

Na dowód tego, że konwencja mockumentary nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa, przywołać można wchodzące do kin „Demony”. Film miał swoją premierę w Stanach Zjednoczonych na początku roku i w pierwszym tygodniu wyświetlania zarobił grube miliony. Potem ukazały się recenzje prasowe, a widzowie opowiedzieli znajomym o koszmarnej chałturze, jaką mieli nieszczęście zobaczyć. Istnieje więc szansa, że udało się ostrzec tych, którym przez myśl przeszło zakupienie biletu na seans.

„Demony” to pierwszy z serii mikrobudżetowych filmów wyprodukowanych przez specjalnie oddelegowaną w tym celu komórkę studia Paramount. Prawda – aby zrealizować podobny obraz wcale nie potrzeba ogromnych nakładów finansowych, lecz choćby odrobina talentu wydaje się nieodzowna. A film Williama Brenta Bella to prawdziwa katorga nawet dla najwytrwalszych wielbicieli gatunku. Fałszywe dokumenty połykają każdą odmianę horroru, aby ją przeżuć i wypluć – tylko w nielicznych przypadkach udało się w ten sposób odświeżyć stetryczałe rozwiązania fabularne. Żenujący scenariusz „Demonów” nie pozwolił zaś na wiele.

Isabella, córka kobiety, która podczas egzorcyzmów zamordowała trzy osoby, próbuje dociec prawdy o swojej matce, wplątując się w okultystyczną intrygę. Dziewczyna wędruje po Rzymie w towarzystwie dwóch księży, tropiąc diabelskie opętania – każdy przypadek jest pretekstem, aby wykorzystać ubogie środki straszące, polegające na nagłym łupnięciu z głośników, reumatycznym trzęsieniu kamerą lub akrobatycznych wygibasach egzorcyzmowanego nieszczęśnika. Tych, którzy wytrzymają do końca spektaklu, czeka nagroda w postaci jednego z najgorszych zakończeń, jakie kiedykolwiek zobaczą. Tego filmu powinno się unikać jak diabeł wody święconej.

Kupiliśmy zoo (6/10)

Cameron Crowe w swoim nowym filmie kusi wizją biblijnego królestwa pokoju, w którym obok siebie, w doskonałej harmonii, żyją wszystkie boskie stworzenia. Amerykański reżyser przez dwie godziny seansu snuje bajkową historię, mającą w dodatku pokrycie w rzeczywistości pozafilmowej – a przynajmniej częściowe. „Kupiliśmy zoo” to luźna adaptacja wycinka z życiorysu brytyjskiego dziennikarza, którego pamiętniki posłużyły za temat przedstawionej na ekranie opowieści. I choć różnice pomiędzy materiałem wyjściowym a scenariuszem są znaczące, nie o wierność faktom tutaj chodzi.

Filmowy Benjamin Mee to osobowość telewizyjna; ryzykant, który dla dobra reportażu skłonny jest bez większego wahania rzucić się do basenu z rekinami albo wskoczyć w oko cyklonu. Po śmierci żony przewartościowuje swoje życie, rzuca pracę i ku uciesze młodszej córki, a rozczarowaniu nastoletniego syna, decyduje się na kupno domu przylegającego do popadającego w ruinę zoo. Na jego barkach ciąży odpowiedzialność za doprowadzenie zaniedbanego miejsca do porządku – od niego zależy teraz zarówno los zwierząt, jak i zatrudnionych w zoo pracowników.

Chciałoby się powiedzieć, że pierwszy od siedmiu lat pełnometrażowy film cenionego przecież reżysera to dzieło udane, lecz byłoby to stwierdzenie prawdziwe tylko połowicznie. Bolączką „Kupiliśmy zoo” jest bowiem wtórność scenariusza, który gładko i bezboleśnie sunie dobrze nam znanym torem. Brak tutaj wyrazistego wątku pobocznego – konflikt na linii ojciec i syn jest ledwie zarysowany, do tego wpisuje się w ograny schemat – zaś hurra optymistyczne obrazki składające się na główną linię fabularną wprawiają w niejaki dyskomfort swoim infantylizmem i idealistyczną naiwnością. Ale taka ocena byłaby jednoznaczna, niepełna i jakkolwiek niesprawiedliwa, gdyż z drugiej strony film Crowe'a, podparty mocnym aktorstwem Matta Damona, znakomicie sprawdza się jako reprezentant swojego gatunku. To w końcu opowieść w rodzaju serce roście, w której prawdziwość uwierzyć może i nie sposób, lecz posiadająca niezaprzeczalny czar; film w typie tych, które ciężko oglądać tylko rozumem.

Bo nie można odmówić tej opowiastce szczególnego uroku, przesyconego pozbawioną cynizmu wiarą w człowieka i jego dobroć – nawet inspektor rzucający kłody pod nogi Benjamina, wydając wreszcie odpowiedni dokument umożliwiający ponowne otwarcie zoo, obejrzy się przez ramię, uśmiechnie i pokiwa z niedowierzaniem głową, patrząc na radujących się pracowników. Cameron Crowe udowadnia tym samym, że nie zatracił nic ze swojej humanistycznej wrażliwości.

Wszystkie odloty Cheyenne'a (7/10)

Nie próbuję odnaleźć siebie, przecież jestem w Nowym Meksyku, a nie w Indiach – mówi żonie podczas rozmowy telefonicznej Cheyenne, emerytowany rockman, główny bohater filmu w reżyserii Paola Sorrentino. Słowa to znamienne, bowiem w nich zawiera się w pewnym sensie cała jego postawa; wobec siebie, wobec świata. Znudzony i umęczony przewidywalnością życia, zostawił estradę, gdy po wysłuchaniu jednej z jego piosenek dwóch nastolatków popełniło samobójstwo. Trudno mu wykrzesać z siebie energię nawet na kurtuazyjną pogawędkę, prosto z mostu, apatycznie, wali rozmówcy prawdę w oczy.

Sorrentino, miłośnik zespołu The Cure, ucharakteryzował Seana Penna na lidera słynnej brytyjskiej grupy, Roberta Smitha. Cheyenne nie pokazuje się bez makijażu nawet swojej żonie; nie stanowi on elementu scenicznego wizerunku, ale określa jego umiejscowioną w gwiazdorskiej przeszłości osobowość. Stary rockman nie czuje się jednak przytłoczony rzeczywistością, po prostu uparcie odmawia partycypacji w codzienności. Do czasu. Gdy otrzymuje wiadomość, że jego ojciec leży na łożu śmierci, Cheyenne, czujący paniczny lęk przed lataniem, wyprawia się z Dublina do Stanów Zjednoczonych statkiem, przez co przybywa na miejsce zbyt późno. Przyjaciel zmarłego, zajmujący się tropieniem nazistowskich zbrodniarzy, odkrywa przed Cheyennem ogrom nieszczęść, jakich jego ojciec zaznał z rąk oficera SS w obozie koncentracyjnym w Auschwitz. Muzyk poprzysięga odnaleźć hitlerowca ukrywającego się gdzieś w USA i wykonać na nim wyrok. Podróż, którą odbędzie, pomoże mu przedefiniować swój stosunek do zwyczajności.

„Wszystkie odloty Cheyenne'a” skonstruowane są w stylu charakterystycznym dla kina drogi, gdzie kolejne odwiedzane przez bohatera miejsca i spotykani ludzie przyczyniają się do obrania przez niego nowego kursu. I choć nie ma nic żałosnego w pokrytej pudrem i szminką twarzy Seana Penna, nad filmem wisi pytanie, czy Cheyenne odważy się wreszcie zmyć make-up i stanąć przed innymi nie jako rockman, ale po prostu jako pan Smith.

Wszystkie trzy recenzje ukazały się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika"

I na koniec konkurs. Mam do rozdania kilka podwójnych zaproszeń na ENEMEF, czyli nocny maraton filmowy w Multikinie, na którym zostanie pokazanych parę hitów science-fiction z ostatnich lat, a wśród nich (premierowo) "Igrzyska śmierci". Jeśli więc chcecie zobaczyć kilka fajnych filmów w Multikinach Warszawa Targówek, Wrocław Pasaż, Poznań 51 lub Szczecin, zerknijcie na plakat reklamujący imprezę i odpowiedzcie na pytanie:


Jak nazywa się ptak, który widnieje na okładkach książek z serii "Igrzyska śmierci"?

Odpowiedzi przesyłajcie na mój adres mailowy (widoczny po prawej) i pamiętajcie o podaniu swojego imienia, nazwiska oraz wybranego kina. Konkurs potrwa do najbliższej środy włącznie.

2 komentarze:

  1. A miałem iść na DEMONY. I jeszcze Justynę chciałem zawlec do kina.

    Po Twojej recenzji nie mam zamiaru. Ech.

    Rob

    OdpowiedzUsuń
  2. Czuję dumę, że udało mi się odprawić skuteczny egzorcyzm i wypędzić z kina choć dwoje potencjalnych widzów.

    OdpowiedzUsuń

Archiwum bloga