środa, 15 lutego 2012

Tydzień w kinie - "Spadkobiercy"

Przedpremierowa edycja tygodnia w kinie - "Spadkobiercy" na ekranach dopiero w piątek, a ja już dzisiaj prezentuję tekst na temat nominowanego do Oscara filmu Alexandra Payne'a.


Spadkobiercy (8/10)

Dotychczas George Clooney częściej rozwiązywał problemy innych – przez wiele lat w telewizji jako doktor Doug Ross w serialu „Ostry dyżur”, potem, już na dużym ekranie, wcielając się w komiksowego superbohatera, żołnierza sił pokojowych czy płatnego zabójcę. Teraz, w „Spadkobiercach” Alexandra Payne'a, musi uporać się z własnymi dylematami.

Matt King, wzięty adwokat w średnim wieku, jest w prostej linii potomkiem jednego z pierwszych białych właścicieli ziemskich na Hawajach. Dziedziczony w jego rodzinie z pokolenia na pokolenie dziewiczy kawałek wyspy Kauai stanowi atrakcyjny kąsek dla przedsiębiorców chcących wybudować tam nowoczesne centrum hotelowo-rozrywkowe. I choć ostatnie zdanie w temacie sprzedaży należy do Matta, na jego podpisie skorzystają również niezliczeni kuzyni, którzy, pod wodzą natarczywego Hugh, starają się przekonać mężczyznę o słuszności wybranego rozwiązania. Z pozoru łatwa, bo finansowo niezwykle korzystna decyzja spada w hierarchii priorytetów Matta na dalszy plan; mężczyzna boryka się w tym samym czasie z kryzysem osobistym – jego żona Elizabeth, po poważnym wypadku na motorówce, leży w śpiączce. Przez ostatnie lata to ona zajmowała się domem i ich dwiema córkami, nastoletnią Alex i młodszą Scottie. Teraz obowiązek ten spada na Matta, a będzie to ciężki oddech do zgryzienia, gdyż jego więź z dziećmi dawno już osłabła i będzie musiał zbudować ją na nowo.

W filmie Payne'a wszystkie te kwestie są ze sobą nierozerwalnie powiązane i nawet wybory pozornie niemające ze sobą wiele wspólnego muszą być przemyślane, aby wszystko nie runęło jak domek z kart. Matt usilnie poszukuje stałego gruntu, punktów zaczepienia, bo nagle przychodzi mu pożegnać się ze wszystkim, co znał i brał do tej pory za pewnik. Na domiar złego dowiaduje się, że Elizabeth miała romans z miejscowym handlarzem nieruchomości, w którym zdążyła się zadurzyć. Zanim więc odłączy żonę od aparatury podtrzymującej życie, postanowi powiadomić mężczyznę, że ma ostatnią szansę na pożegnanie z kochanką. Matt zaczyna rozumieć relacje rządzące światem, mieszankę przypadków, zbiegów okoliczności i świadomych, rozważnych działań – wszystko ma wpływ na kształtującą nas rzeczywistości. On i jego córki są tytułowymi spadkobiercami, a ich dziedzictwem, łącznikiem ze starymi, niezmiennymi Hawajami, jest przeznaczona na sprzedaż ziemia.

„Spadkobiercy” to dzieło z perfekcyjne napisanym, inteligentnym scenariuszem, pod pozorem prostoty nienachalnie szmuglującym rozbudowane problemy, z którymi mierzą się złożone, wiarygodnie skonstruowane postacie. Wybory, przed którymi staje Matt, nie dzielą się na dobre i złe, tak jak nie ma w filmie czarnych i białych charakterów. Tutaj wszyscy, nawet zdradzający swoją kochającą i dobroduszną żonę Brian Speer, grubiański i niesprawiedliwy w ocenie swojego zięcia ojciec Elizabeth czy Hugh, wspomniany już kuzyn Matta chcący zarobić na sprzedaży ziemi, to zwyczajni ludzie, przytłoczeni przez codzienne problemy. I to właśnie ten ludzki wymiar „Spadkobierców”, emocjonalna bliskość tego spektaklu świadczy o jego szczerości i braku wydumania. Jak przestrzega zresztą sam Matt King, niech nikogo nie zwiedzie hawajski krajobraz, waga pewnych decyzji tak samo przygniata każdego, niezależnie od długości i szerokości geograficznej.

„Spadkobiercy” otrzymali aż pięć oscarowych nominacji, w tym za najlepszy film i reżyserię, oraz główną rolę męską dla George'a Clooneya, o którym mówi się ostatnio głównie ze względu na kontekst polityczny w kilku jego ostatnich filmach. Występ u Payne'a daleki jest od spektakularności, to rola wyciszona i oszczędna. Nietrudno jednak odgadnąć, co mogło kierować Akademią przy wyborze – film potrzebował aktora inteligentnego, który swoją grą będzie w stanie oddać wielość emocji buzujących w bohaterze „Spadkobierców”, a jednocześnie powstrzyma się od szaleńczych szarż, aktora o wielu odcieniach subtelności, aktora powściągliwego. Powszechnie wiadomo, że Akademia lubi nagradzać aktorów, którzy odcinają się od swojego zwyczajowego emploi, a przecież rola Matta Kinga wcale nie kontrastuje znacząco pod kątem warsztatowym z poprzednimi dokonaniami Clooneya. Czy mimo tego jury doceni jego kreację, dowiemy się już w następny weekend, podczas tegorocznej ceremonii rozdania Oscarów.

Recenzja pochodzi z piątkowego wydania "Dziennika" (17.02.2012).

3 komentarze:

  1. Ze sporym zniecierpliwieniem wyczekujemy polskiej premiery tego filmu. W kilku zachodnich tytułach można było przeczytać, że Clooney to główny faworyt w wyścigu po statuetkę.
    I fakt, jak na niego to dość odstająca od innych filmów rola, choć było też "W chmurach" chyba dwa czy trzy lata temu.

    OdpowiedzUsuń
  2. Obejrzałam:) film mnie nie zachwycił, rola Clooneya i owszem. Jak dla mnie historia zbyt melancholijna, nie chcę powiedzieć, że banalna, życiowa, ale smętna. Idy marcowe zdecydowanie bardziej mnie wciągnął i to nie dlatego, że gra tam Rayan Gosling:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Clooney to aktor 3 min, i zostal bardzo dobrze obsadzony w tym filmie. Potrafi być śmieszny i dystansuje sie do swojego emploi amanta ale niestety dobrym aktorem nie jest (moze nawet lepszym rezyserem?). Niestety pomysl na film okazał sie dla mnie wtórny wobec wielu podobnych amerykanskich "rodzinnych" filmów. Co charakterystyczne to wartka historia z puenta i dobrze sie to oglada. Dla mnie glownie dlatego ze sceneria sa Hawaje ;). Clooney na pewno dostanie Oscara, bo prawdziwy kandydat(Fassbender w "Shame") nie został nominowany.

    OdpowiedzUsuń

Archiwum bloga