poniedziałek, 6 lutego 2012

Tydzień w kinie - "Mój tydzień z Marilyn"

Nie lubię Marilyn Monroe. A przynajmniej nie taką Marilyn Monroe, jaką zobaczyłem w filmie Simona Curtisa. Wyszedłem z kina lekko poirytowany, gdyż mistrzowska kreacja Michelle Williams, którą aktorka zapracowała sobie na statuetkę Oscara, tonie w przeciętniactwie scenariusza. Ironia losu - "Mój tydzień z Marilyn" zapowiada się całkiem sympatycznie, ot kolejna historyjka o młodym, naiwnym i niedoświadczonym chłopaczku na drodze do dorosłości, do tego w uroczej oprawie angielskiego krajobrazu. Lecz kiedy na ekranie pojawia się gwiazda o blond włosach, wydaje się pełnić rolę zasłony dymnej, której jednym obowiązkiem jest odwrócenie uwagi widza od wypowiadanych przez postaci komunałów.

Aktorom powkładano w usta budzące grozę, nienaturalne kwestie i wygłaszane z emfazą cytaty, co w połączeniu z retro stylizacją daje wrażenie sztuczności. "Mój tydzień z Marilyn" opiera się na serii anegdotycznych opowiastek z planu "Księcia i aktoreczki", widzianych oczami mitomana Colina Clarke'a, wówczas trzeciego asystenta reżysera. Rewelacji wziętych z zapisków Clarke'a nie sposób dzisiaj zweryfikować, lecz naprawdę trudno uwierzyć, że Marilyn Monroe tak chętnie zrzucała z siebie ubranie na oczach nieopierzonego młodzieńca i traktowała go jak pluszowego misia, bez którego nie potrafiła zasnąć. Pomijając te romantyczne rojenia - od filmowej Marilyn wieje banałem, to antypatyczna, słodka kokietka, w której tyleż wyrachowania, co nieroztropności. "Mój tydzień z Marilyn" nie szuka prawdy i nie chodzi mi tutaj nawet o faktograficzne wygibasy całej historii, lecz prawdę emocjonalną. Z filmu Curtisa nie idzie dowiedzieć się absolutnie niczego o tej popkulturowej ikonie poza tymi wszystkimi kliszami, które obrosły legendą w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. To dzieło odtwórcze, pozbawione wyobraźni, poniekąd krzywdzące i dla widza, i dla Marilyn, bowiem utrwala ten uproszczony, funkcjonujący w zbiorowej świadomości portret aktorki.

A jednak "Mój tydzień z Marilyn" wypada obejrzeć - choćby dla Michelle Williams, Kennetha Branagha i Judi Dench. Obsada aktorska jest największą wartością tego filmu, każdą z ról obsadzono perfekcyjnie. To zresztą bardzo sprawnie zrealizowany spektakl, mimo że miałki - tak na 6/10.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga