piątek, 10 lutego 2012

Tydzień w kinie - "Artysta", "Gwiezdne wojny: Mroczne widmo", "Rammbock"

Dzisiaj na ekrany wchodzi kilka filmów walczących o Oscara, ja recenzuję jeden z nich - mojego osobistego faworyta, "Artystę" Haznaviciusa. Ponadto kilka słów o ponownie wprowadzonych do kin "Gwiezdnych wojnach: części pierwszej" oraz całkiem niezłym zombie movie "Rammbock. Berlin Undead".


Artysta (9/10)

Po premierze "Artysty" w Wielkiej Brytanii sieć kin Odeon otrzymała od kilku oburzonych widzów prośbę o zwrot pieniędzy wydanych na bilet. Powód był prozaiczny – niedzielni kinomani nie byli świadomi, iż film Michaela Haznaviciusa to obraz niemy, czarno-biały i wyświetlany w mniejszym niż standardowy formacie.

Można powyższą sytuację skwitować rozbawionym parsknięciem, ale wolno też zapytać, po co francuski reżyser, w dobie efektów specjalnych ograniczanych chyba tylko przez ludzką wyobraźnię, kręci rzecz na pierwszy rzut oka archaiczną, korzystającą z rozwiązań formalnych dawno już przez kino zarzuconych? Wydawać by się mogło, że to tylko kokieteria, a "Artysta" jest swoistym kuriozum, które ma zwrócić na siebie uwagę, a swój cel realizuje bezbłędnie – film Haznaviciusa zgarnął już trzy Złote Globy i ma szansę na co najmniej kilka Oscarów. Ale to nieprawidłowy wniosek, bowiem "Artysta" nie jest cyniczną błyskotką bezczelnie naśladującą minione, żerującą na nostalgii i sentymentach. To nie żadna kserokopia – film ten nie mógłby bowiem powstać w roku 1927, gdyż jest to kino samoświadome i autotematyczne, dopiero po latach można ocenić wagę i wpływ pewnych przemian w sztuce, i choć o przełomie dźwiękowym, dokonującym się właśnie w okresie, w którym osadzona jest akcja "Artysty", nakręcono już niejedną produkcję, mało komu udało się to z takim kunsztem jak Haznaviciusowi.

Reżyser nieprzypadkowo wybrał konwencję melodramatu – to ona jest bodajże najbardziej reprezentacyjna dla kinematografii amerykańskiej tamtego okresu. Na przestrzeni kilku lat obserwujemy zagmatwane i burzliwe losy pary bohaterów – wielkiej gwiazdy niemych filmów George'a Valentina (charyzmatyczny, dysponujący niesamowitym magnetyzmem aktor Jean Dujardin wystylizowany na króla Hollywoodu Clarka Gable'a) i początkującej aktoreczki Peppy Miller (która z czasem przeistoczy się w pierwszą flapperkę kina). Dla niego jest to powolny zmierzch kariery, bowiem wielkie studia przestawiają się stopniowo na filmy dźwiękowe; dla niej to okazja, aby sięgnąć po wymarzoną sławę. Valentin, podobnie jak niegdyś sam Charlie Chaplin, odmawia pogodzenia się z nieuchronnym, nie chce zaakceptować dokonującej się na jego oczach rewolucji, trwoni swój majątek na produkcję filmu niemego, który ponownie ma wynieść go na piedestał. Aktor drży przed zmianami, cierpi na istną impotencję werbalną, znakomicie ukazaną tutaj w błyskotliwej sekwencji snu, kiedy Valentinowi zdaje się, że tylko on na całym świecie nie może wydać z siebie dźwięku.

Dalszy ciąg recenzji w portalu Onet.pl.


Gwiezdne wojny: część I - Mroczne widmo 3D (4/10) 

Kolejnych posunięć marketingowych George'a Lucasa nie można nawet nazwać recyclingiem pomysłów, ale raczej żerowaniem na niesłabnącym przywiązaniu fanów do gwiezdnej sagi. O ile powstałe w przeciągu ponad trzydziestu lat od premiery pierwszej części cyklu spin-offy, książki, komiksy czy gry komputerowe znajdujące się poza główną serią filmową rozbudowują pełnoprawne, popkulturowe uniwersum, tak ponowne wprowadzenie do kin wszystkich sześciu odsłon „Gwiezdnych wojen”, tyle że w trójwymiarze, przypomina łabędzi śpiew giganta. Albo szeroko zakrojoną akcję promocyjną, której narzędziem mają być właśnie te pełnometrażowe spoty reklamowe – dzięki nim ponownie uda się sprzedać setki tysięcy plastikowych gadżetów. Inaczej niż w 1997, kiedy Lucas zaprezentował w kinach odświeżone wersje pierwszej trylogii z pododawanymi i pozmienianymi scenami, teraz na duży ekran trafiają dokładnie te same produkty, które kilkanaście lat temu zarobiły miliony. Wątpliwe jest jednak, że uda się ten sukces powtórzyć, wszak dzisiaj widzowie już wiedzą, że „Mroczne widmo” to niestety film słaby, nieudolny, a i efekty specjalne, wtedy stanowiące o, bądź co bądź niebagatelnej wizualnej wartości obrazu straciły już sporo z dawnej atrakcyjności. Szczęśliwie dalsze odsłony serii są o klasę lepsze, lecz jeśli chce się za nie zabrać, trzeba zagryźć zęby i przebrnąć przez pierwszą część „Gwiezdnych wojen”, pocieszając się, że im dalej, tym lepiej.

Recenzja ukazała się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika" (10.02.2012)


Rammbock. Berlin Undead (6+/10)

Konwencja filmów o zombie wydaje się być w dzisiejszym horrorze tą nudną, wtórną i męczącą. Bo ileż jeszcze można znieść wariacji fabularnych na temat kanonicznej już dla gatunku „Nocy żywych trupów”? Wydaje się, że George A. Romero w słynnej trylogii powiedział już bodajże wszystko, co mogło zostać w temacie zombie powiedziane (dzisiaj zresztą sam jedynie kopiuje swoje stare dokonania), a trzy cenne grosze dorzucił włoski mistrz gore Lucio Fulci. A jednak średniometrażówka „Rammbock. Berlin Undead” w reżyserii Marvina Krena to całkiem udane dziełko, które przenosi amerykański schemat w brud europejskiego podwórka. Obskurne, szare ściany odrapanych berlińskich kamienic, umazane okna, ponure mordy zerkające zza pożółkłych od papierosowego dymu firan i zagracony placyk z trzepakiem. To tutaj rozegra się dramat Michaela, poczciwca w średnim wieku, który do stolicy Niemiec wybrał się w poszukiwaniu dawnej miłości. Pech chce, że akurat kiedy przekracza próg mieszkania swojej wybranki, wybucha epidemia. Nieznany medycynie wirus podnosi krytycznie poziom adrenaliny w ludzkim organizmie, a rezultatem nagłej zmiany jest szaleństwo. Przemienieni w spragnione mordu, bezrozumne istoty chorzy opanowują Berlin podwórko po podwórku, kamienica po kamienicy. Michael, sprzymierzony z młodym pomocnikiem hydraulika, usiłuje wydostać się z matni. Dynamiczne tempo, sympatyczne postaci i czarny humor składają się na prawdziwie interesujący, choć nie rewolucyjny obraz. A w ramach bonusu przed „Rammbock. Berlin Undead” w kinach pokazywana jest krótkometrażowa animacja „Rosa Alba”.

Recenzja ukazała się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika" (10.02.2012)

1 komentarz:

  1. Artysta to sztuka dla sztuki
    sposób na podstarzałych bufoniastych jurorów aby wykosić nagrody
    oglądać go będą tylko maniacy i studenci za karę

    OdpowiedzUsuń

Archiwum bloga