środa, 1 lutego 2012

Liga Niezwykłych Dżentelmenów: Stulecie 1910/1969

Dekadencki Londyn roku 1910, w którym Alan Moore osadził akcję pierwszego tomu "Ligi Niezwykłych Dżentelmenów: Stulecia", więcej miał wspólnego z weimarskim Berlinem niż rosnącym w siłę molochem zachłyśniętym technologicznym postępem. Swoisty pęd ku destrukcji nie został jednak podparty kabaretowym wyczynem, lecz operową arią, w którą tchnięto ducha scenicznych (i obscenicznych) pląsów. Moore zdecydował się bowiem oprzeć jeden z głównych wątków swojej opowieści na „Operze za trzy grosze” Brechta i Weilla, co okazało się narratorskim strzałem w dziesiątkę.

Moore, istny kompozytor komiksu, wykorzystał przewrotną, muzyczną historię o zepsutym kapitalizmie jako tło do zobrazowania losów córki spoczywającego na łożu śmierci Kapitana Nemo. Panna Janni, od urodzenia przyszła królowa piratów, odrzuciła swoje pochodzenie na rzecz życia „prawdziwszego”. Zaczęła na samym dnie, jako posługaczka w obskurnej knajpie. Zderzenie z wolnym rynkiem pracy i londyńskim marazmem moralnym wdeptuje dziewczynę jeszcze niżej, w sam muł społeczeństwa Anno Domini 1910. Znany z anarchistycznych zapędów Moore nie wykorzystał jednak komiksu jako nośnika swoich idei, była to przede wszystkim świetna historia. Za to w drugim tomie "Ligi Niezwykłych Dżentelmenów: Stulecia" opowieść snuta jest trochę nieskładnie, choć nie wątpię, że zgodnie z zamierzeniem Moore'a, wszak rzecz dzieje się w hipisowskim Londynie roku 1969, gdzie króluje wolna miłość, kwas i hałaśliwa muzyka. To komiks zupełnie różny duchem od poprzedniego tomu, prześmiewczy i pozbawiony obecnego w "Stuleciu: 1910" gotycyzmu, choć nadal chodzi tutaj o pokrzyżowanie planów magowi Oliverowi Haddo, istnej karykaturze Aleistera Crowleya, który nadal usiłuje sprowadzić na świat Księżycowe Dziecko. Sama fabuła wydaje się jednak schodzić tutaj na dalszy plan, bowiem Moore koncentruje się na eksperymentach formalnych - nadal przez całość przewija się "Opera za trzy grosze", a niemal każda plansza napakowana jest intertekstualnymi odniesieniami do kina ("Dopaść Cartera", "Przedstawienie", "Dziecko Rosemary") czy literatury (Michaela Moorcocka, J.K. Rowling i samego Alana Moore'a). 


Miłośnicy poprzednich odsłon serii ponownie zetkną się z Miną Harker i Allanem Quatermainem – odmłodzonym i nieśmiertelnym po przygodzie z haggardowskim niegasnącym płomieniem wziętym z powieści „Ona” (o czym informował niewydany w Polsce „Black Dossier”). Pełnoprawnym członkiem znacznie uszczuplonego składu Ligi Niezwykłych Dżentelmenów został Orlando, hermafrodyta zapożyczony z kart powieści Virginii Woolf. Moore zastosował niezły zabieg, znacznie modyfikując portrety psychologiczne bohaterów, każąc czytelnikowi uczyć się swoich postaci od nowa. Bo czy znana z poprzednich komiksów Mina Harker doceniała uroki lesbijskiego seksu, Quatermain z braku laku godził się na miłosne uniesienia w ramionach Orlando, a Haddo szukał sprzymierzeńców, choć mimowolnych, wśród członków rockowego zespołu? Halucynogenna atmosfera "Stulecia: 1969" czyni z niego dzieło wyjątkowe, to kolejny krok ku nieuchronnemu końcowi znanego nam świata, bowiem, zdaje się mówić Moore, człowiek sam toruje sobie drogę ku zagładzie, rzucając się biegiem ku moralnej atrofii i depcząc ubłoconym buciorem po zdobyczach kultury.

I na koniec ukłon w stronę Kevina O'Neilla, który ponownie stanął na wysokości zdania i znakomicie zilustrował kolejny odcinek przygód Ligi, idealnie dopasowując kreskę do atmosfery komiksu - próżno tutaj szukać wiktoriańskich szarości i brązów, w Londynie ery Wodnika królują kolory wzięte z palety jakiegoś obłąkanego malarza.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga