środa, 8 lutego 2012

Gry polityczne - wokół "Id marcowych"

Przed kilkoma dniami filmowy świat obiegła wypowiedź George'a Clooneya, który obwieścił, iż jego „Idy marcowe” miały powstać już przed trzema laty, lecz amerykański reżyser i aktor nie chciał podminowywać optymistycznych nastrojów panujących w kraju po wyborze na prezydenta Stanów Zjednoczonych Baracka Obamy.

Kadr z filmu "Idy marcowe"
Nie jest to jednak przejaw artystycznego konformizmu z jego strony, bowiem nowe dzieło Clooneya to film bezkompromisowy, wyrażający poważne wątpliwości co do istnienia jakiegokolwiek politycznego kodeksu etycznego. Historia ta niekoniecznie znalazłaby wówczas, w czasie zachłyśnięcia się skrajnym optymizmem i swoistej „obamomanii”, uznanie, wszak trudno rywalizować z człowiekiem, który zagościł nawet na okładce „Spidermana”.

Można rzec, że to raczej rozsądna decyzja marketingowa, gdyż cyniczne „Idy marcowe” to, w dużym uproszczeniu, kolejna wersja opowieści o fałszywym mesjaszu, której nijak nie można byłoby sprzedać w Ameryce roku 2008. Za to dzisiaj, kiedy kadencji Baracka Obamy towarzyszą głosy rozczarowania i stopniowo rozwiewa się mgiełka złudzeń co do zapowiadanej wcześniej efektywności jego prezydentury, film Clooneya trafia na podatny grunt. Trudno oczywiście podejrzewać reżysera o chłodną kalkulację i wyrachowanie, przecież sam motyw upadku zasad moralnych towarzyszy bodaj każdemu filmowi, w którym jednym ze składników jest wielka polityka. Być może poza rzeczami ukierunkowanymi bardziej humorystycznie, których zadaniem jest odmalowanie niekoniecznie wiernego, lecz ciepłego portretu politycznej osobistości, jak nadchodząca „Żelazna dama” Phyllidy Lloyd albo zdobywca ubiegłorocznego Oscara „Jak zostać królem?” Toma Hoopera.

Dalszy ciąg tekstu w Portalu Filmowym.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga