piątek, 6 stycznia 2012

Tydzień w kinie - "Sherlock Holmes: Gra cieni", "Człowiek z Hawru"

Pierwszy weekend stycznia obfituje w głośne produkcje. O "Kocie w butach" i "W ciemności" napiszę być może w następnym tygodniu, lecz nie gwarantuję, a tymczasem recenzja "Człowieka z Hawru" oraz wpis o "Sherlocku Holmesie: Grze cieni".


Człowiek z Hawru (8+/10)

Słodko-gorzką komedię młodszego z braci Kaurismakich rozświetla blask nieprzystający do stalowego nieba, żywcem zapożyczonego z czarnych kryminałów Melville'a. I choć świat ten jest szary i odrapany, a na pierwszy rzut oka próżno szukać w nim zwyczajnego, ludzkiego ciepła, fiński reżyser ze stoickim spokojem oznajmia, że jeszcze nie chwieje się w posadach, nie należy panikować. To deklaracja pozbawiona cynizmu, zadziwiająco trzeźwa i może tylko trochę przewrotna, zważywszy na nierzadko absurdalny humor „Człowieka z Hawru”. A jednak nieodmiennie szczera, wygłoszona uczciwie i dlatego podnosząca na duchu. Kusząca jest więc chęć przyczepienia filmowi modnej dzisiaj łatki feel-good movie, jaką nosi z dumą wiele komedii amerykańskich i, co więcej, można śmiało to uczynić, pamiętając jednak, że etykietka ta nabiera w tym konkretnym przypadku zupełnie innej, nobilitującej rangi. Bo „Człowiek z Hawru” to przemyślane kino autorskie, zrobione z werwą, nieprzypadkowe, odwołujące się do wcześniejszych dzieł Kaurismakiego i klasyki filmu światowego.

Hawr, portowe miasto na północy Francji, kanał tranzytowy łączący Górną Normandię z południowym wybrzeżem Wielkiej Brytanii, ze swoimi wąskimi, brudnymi uliczkami i rozlatującymi się domkami o cienkich ścianach to setting idealny dla historii sensacyjnej. Tędy przerzuca się do Anglii afrykańskich imigrantów. Jednym z nich jest nastoletni Idrissa z Gabonu, któremu udaje się uciec z przejętego przez policję transportu. Pod swoje skrzydła bierze go Marcel Marx (znany widzom z jednego z poprzednich filmów Kaurismakiego, „Życie bohemy”), ubogi literat, który po przyjeździe do Hawru przekwalifikował się na pucybuta. Marx, choć sam ledwie wiąże koniec z końcem, zobowiązuje się do zebrania pewnej sumy potrzebnej chłopakowi do wyjazdu z kraju – za granicą na Idrissę czeka matka. Dla byłego artysty opieka nad biedakiem to odruch naturalny, niczym wzruszenie ramionami, pieniądze nie przedstawiają w jego oczach zbyt wielkiej wartości, za to są nią ludzie. Marcel zna wszystkich ze swojego sąsiedztwa – to era sprzed komunikacji elektronicznej, tu rozmawia się twarzą w twarz, a każdy napotkany człowiek jest czymś więcej niż internetowym nickiem – prosi więc o pomoc w ukryciu chłopaka, co jest początkiem ciągu niezwykle zabawnych sytuacji, podanych z pokerową miną.

Dalszy ciąg recenzji na stronie miesięcznika "Kino".


Sherlock Holmes: Gra cieni (6+/10)

Jeszcze kilkanaście godzin temu zastanawiałem się, czy jestem przypadkiem beznadziejnego fana, któremu spodoba się dosłownie każdy produkt z doczepioną etykietką z napisem "Sherlock Holmes". Obecnie czuję ulgę przemieszaną z rozczarowaniem, bowiem okazało się, że jednak nie wszystko da mi się wcisnąć, a jednocześnie spuściłem nos na kwintę w smutnej konstatacji, iż "Gra cieni" zawodzi. W żadnym razie nie jest to zły film, wręcz przeciwnie, wcale nie gorszy pod względem realizatorskim od części pierwszej. Szkopuł w tym, że brak mu świeżości. Ritchie wszystkie karty wyłożył na stół już przed dwoma laty i teraz jedynie próbuje ułożyć za ich pomocą innego pasjansa. Nie ma tutaj ambicji, aby rozbudować podjętą uprzednio polemikę z dziełami Doyle'a, po prostu wrzucono wszystkich do wielkiej piaskownicy, dano foremki i kazano się bawić. Z ekranu aż łupie od fajerwerków (ileż tam nagłych transfokacji, slow motion kokietuje co i rusz), lecz to nabuzowane efekciarstwo z konspiracyjną fabułką zapożyczoną chyba od Iana Fleminga jest dziwnie nieprzystające do postaci detektywa wszech czasów. Zbyt wiele tutaj rozhukanej swawoli, za mało detektywistycznej roboty - ten geniusz z Baker Street sprawę rozwiązuje, waląc zbirów po mordach. Dość jednak narzekań, bo w "Grze cieni" znalazła się mistrzowska scena, za którą podnoszę ocenę o pół oczka - chodzi o trawestację legendarnego pojedynku Holmesa i Moriarty'ego nad szwajcarskim wodospadem Reichenbach, gdzie pięści zastąpiono... szachowymi pionami.

8 komentarzy:

  1. Jutro idę na Sherlocka, ciekawe czy rzeczywiście nie porywa, bo pierwszą częścią byłem bardzo zaskoczony :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Opinie "w branży" podzielone, choć moja nie jest odosobniona. Skrobnij kilka słów po seansie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Z "Holmesem" się zgodzę, ale tylko po części - główny bohater rzeczywiście głównie tłucze po ryjach, zamiast rozwiązywać zagadki, ale ujęcia "z jego perspektywy" są świetne, no i w jakimś tam stopniu zastępują klasyczne dochodzenie, którego w nowym Holmesie nie ma.
    No i mam wrażenie, że film nabiera tempa dopiero od połowy, ale za to finał jest dwuznaczny i intrygujący.

    OdpowiedzUsuń
  4. Gdybym pisał standardową recenzję, pewnie oceniłbym nieco wyżej. Nie zmienia to jednak faktu, że od sequela i tak wolę chociażby serial BBC "Sherlock".

    OdpowiedzUsuń
  5. Serialu niestety nie widziałem, więc tu nie mam porównania :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Zobacz koniecznie, tam umiejętności dedukcyjne Sherlocka zaprezentowane są o wiele fajniej niż u Ritchiego.

    OdpowiedzUsuń
  7. Początkowo nieco odstraszyło mnie uwspółcześnienie, ale w takim razie na pewno nadrobię :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Z drugim "Sherlockiem" jest podobnie jak z drugą odsłoną "Ironmana". Uleciała gdzieś przede wszystkim świeżość.

    OdpowiedzUsuń

Archiwum bloga