piątek, 27 stycznia 2012

Tydzień w kinie - "Moja łódź podwodna", "Robert Mitchum nie żyje"

Od dzisiaj w kinach parę filmów akcji ("Człowiek na krawędzi", "Kontrabanda", "Najczarniejsza godzina"), o których postaram się napisać po weekendzie, a tymczasem recenzje dwóch nieco mniej hałaśliwych produkcji - "Mojej łodzi podwodnej" oraz "Robert Mitchum nie żyje".


Moja łódź podwodna (8-/10)

Oliver Tate, jak przynajmniej połowa nastolatków w jego wieku, uważa się za jednostkę wyjątkową, bo obdarzoną artystyczną duszą i wyróżniającą go z tłumu wrażliwością. Ot, niezrozumiany geniusz, pępek świata z nadmorskiego Swansea w Walii, którego z kolegami łączy chyba tylko milczące porozumienie o jak najszybszym zrzuceniu ze swoich barków ciężaru dziewictwa. Podświadoma potrzeba wyraża się na rozmaite sposoby i aby zdobyć względy swojej wybranki ze szkoły, równie ekscentrycznej jak on sam Jordany, Oliver posuwa się do rozmaitych, nierzadko niegodnych sztuczek. A jednak chłopak nie jest podobny do licealistów z niezliczonych wulgarnych komedii amerykańskich, choć wydawałoby się, że dążą do wspólnego celu. Bohater „Mojej łodzi podwodnej” jest poniekąd świadomy tego, że wraz z fizycznym zbliżeniem godzi się na zbudowanie głębszej, duchowej więzi. Obserwacja miłosnych zmagań Olivera to zadanie niezwykle dla widza wdzięczne, bo „Moja łódź podwodna” jest opowieścią w dużej mierze uniwersalną, a jednocześnie subtelną i niepozbawioną nonszalanckiego uroku młodzieńczych eskapad w poszukiwaniu prawd o świecie i życiu, na które wyprawiał się swojego czasu bodaj każdy z nas. Zresztą, gdyby scenariusza nie oparto na powieści Joego Dunthorne'a, można by odnieść wrażenie, iż pełnometrażowy debiut Richarda Ayoade to niemal autobiograficzne wspomnienie z okresu dojrzewania; wspomnienie ironiczne, pełne wpadek, gdyż Oliver częściej jest pod wozem niż na wozie, ale zapamiętane z serdecznością należną młodości. Jest w filmie pewna doza nostalgii, nierzadko kokieteryjnej, rzecz dzieje się bowiem jeszcze przed erą cyfrową, gdzieś w latach osiemdziesiątych, lecz „Moja łódź podwodna” nie łasi się do widza, to dzieło bezpretensjonalne i życzliwie szczere. Ayoade przewiązuje całość delikatną, arthouse'ową wstążeczką, kombinuje nieco z formą, ale nie nadużywa stylistycznych ozdobników. „Moja łódź podwodna” nie posiada żadnego klucza, według którego trzeba film odczytać (mimo bogactwa dość luźnych skojarzeń kinematograficznych), przez co sprawia wrażenie roboty nonszalanckiej, choć niezaprzeczalnie przemyślanej. Mimo piętrzących się przed Oliverem problemów, jego nastoletnia rzeczywistość to świat pełen eksperymentów, wolności i tej specyficznej, magicznej wręcz naiwności, na którą często nie stać dorosłego. Ta niby zwyczajna, przerabiana przez kino wielokrotnie podróż przez seksualną i emocjonalną inicjację może zachwycić świeżością spojrzenia, bo Ayoade posiada nieskażony goryczą zmysł obserwacyjny, wykazujący wcale nieczęste w kinie zrozumienie dla wszystkich tych ważkich spraw, z których składa się rozległe uniwersum podwórka i szkoły.


Robert Mitchum nie żyje (4/10)

Cierpiący na depresję i bezsenność podrzędny aktor Franky i jego niestroniący od butelki, chorobliwie ambitny manager Aresene ruszają skradzionym samochodem przez Europę, aby podczas organizowanego na kole podbiegunowym festiwalu filmowego dorwać emerytowanego reżysera George'a Sarrineffa i namówić go na wspólny projekt. W teorii europejskie kino drogi zrealizowane w Jarmuschowskim duchu (choć reżyserska para Olivier Babinet i Fred Kihn przyznaje się także do inspiracji Akim Kaurismakim, Davidem Lynchem i Jean-Lucem Godardem) mogłoby się udać, nawet jeśli na Starym Kontynencie nie mamy odpowiednika legendarnej drogi numer sześćdziesiąt sześć; mogłoby, lecz „Robert Mitchum nie żyje” to film rwany, nieskładny i chaotyczny. Znakomita jest co prawda ścieżka dźwiękowa, pełna kawałków, także polskich, z lat pięćdziesiątych, i cieszyć mogą nas sceny rozgrywające się nad Wisłą (wątek w łódzkiej filmówce) lecz cały ten łaknący spójności miszmasz trudno kupić. Brak tutaj chociażby ciekawej obserwacji socjologicznej, o którą formuła filmu wręcz woła, odwiedzane przez bohaterów kraje zlewają się w jedno, a przecież wypadałoby w jakiś sposób zrobić użytek z europejskiego multikulturalizmu. Sporo jest w „Robert Mitchum nie żyje” scen na granicy pastiszu, intertekstualnych tropów i autotematycznych uwag o sztuce tworzenia dzieła filmowego, lecz, niestety, rozłazi się to wszystko w szwach.

Obie recenzje ukazały się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika" (27.01.2012).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga