poniedziałek, 16 stycznia 2012

Tydzień w kinie - "Dziewczyna z tatuażem", "Musimy porozmawiać o Kevinie", "Code Blue"

Dzisiaj dwie recenzje - jedna dłuższa ("Musimy porozmawiać o Kevinie"), jedna krótsza ("Code Blue") oraz notatka o "Dziewczynie z tatuażem". I przypominam nieśmiało o trwającym głosowaniu SMS w konkursie Blog Roku. Aby oddać głos na Kill All Movies, wystarczy wysłać wiadomość o treści E00162 (00 to dwa zera) na numer 7122 (koszt: 1,23 zł - na cele charytatywne), za co z góry dziękuję.



Musimy porozmawiać o Kevinie (9/10)

Pośród wielu narzędzi, jakimi posługuje się film grozy, miejsce szczególne zajmuje... kobiece łono. W horrorach częstokroć przyjmuje rolę symboliczną, jest wylęgarnią wszelakiego zła, wszak właśnie stamtąd w niezliczonych obrazach satanicznych wypełznąć miało dziecię samego diabła – a to jedynie wierzchołek góry lodowej. Ta mizoginiczna konstatacja znajduje rozwinięcie w filmie „Musimy porozmawiać o Kevinie”, bowiem według tych, którzy tragedii rodziny Khatchadourianów jedynie się przyglądają, to matka winna jest grzechów syna i to na niej ciąży odpowiedzialność za jego czyny.

Eva – imię być może dobrane nieprzypadkowo, będące odwołaniem do pierwszej, biblijnej kobiety – powiła przecież potwora, złego do szpiku kości, pozbawionego empatii i uczuć wyższych, urodzonego mordercę. Kevin przyszedł na świat w zwyczajnej, szczęśliwej, kochającej się rodzinie, co kontrastuje z popularną, wystawianą często przez horrory diagnozą, jakoby psychopatia ograniczała się jedynie do środowisk patologicznych. Szczęśliwie reżyserka Lynne Ramsey nie bierze na siebie roli domorosłej terapeutki, choć „Musimy porozmawiać o Kevinie” to materiał prowokujący do snucia pochopnych wniosków. Film dotyka przecież problemów matczynej alienacji po porodzie, depresji, destrukcyjnego wpływu potomstwa na relacje małżonków. Nie jest to jednak demagogiczna gadanina, Ramsey nie pozwala nam zapomnieć, że narrację prowadzi z punktu widzenia Evy i wszystko, na co patrzymy, przepuszczone jest przez filtr subiektywizmu. A więc Kevin, według swojej matki, jest podobny do dzieci, które przewinęły się przez kinowe ekrany w filmach grozy, to kolejne wcielenie Damiena z pamiętnego „Omenu” Richarda Donnera, to dorastający synek Rosemary z „Dziecka Rosemary”. Odbiera matce życiową przestrzeń, wysysa z niej energię, opętuje ją niczym upiór z sennego koszmaru. Sieje niezgodę, manipuluje dobrotliwym, acz naiwnym ojcem, doprowadza do konfliktów.

Dalszy ciąg na stronie miesięcznika "Kino" oraz w styczniowym numerze magazynu.


Dziewczyna z tatuażem (7+/10)

Dawno już nie widziałem filmu, który wprowadza dość istotne zmiany fabularne w stosunku do literackiego pierwowzoru i wychodzi z tego obronną ręką. Ba, powiem nawet, że rozwiązania przyjęte przez Finchera odpowiadają mi o wiele bardziej niż finał kryminalnej intrygi u Larssona, więc nawet i ci, co książkę znają i lubią, w amerykańskiej "Dziewczynie z tatuażem" znajdą być może coś zaskakującego. Sam film, choć znakomity, jednak nie porywa i winy wcale nie należy szukać w spartaczonej robocie, bo ekranizacja to pierwszorzędna. Po prostu "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" pozbawieni społecznopolitycznego kontekstu są, można by rzecz, wykastrowani. Powieść, która w znacznej mierze była osobistą wypowiedzią autora na temat podtrzymywanej w Szwecji iluzji państwa doskonałego, w wydaniu kinowym skurczyła się do stosunkowo prostej opowieści o zbrodni. O tym jednak wiedzieliśmy i przed obejrzeniem filmu, więc może tego rodzaju żale są bezpodstawne i zbędne. Szczególnie że Fincher wykonał kawał fenomenalnej roboty i wszystkie aspekty realizatorskie pozszywane są z chirurgiczną precyzją. Zapewne oczy wszystkich i tak skierowane są na Rooney Marę, mnożą się pytania, czy udźwignęła rolę Salander, czy też nie. I choć daleki jestem od powszechnych ochów i achów, bowiem to kreacja z założenia popisowa (wyobrażam sobie mimo wszystko, iż trudno było wejść w rolę) i dostałem dokładnie to, czego się spodziewałem. O wiele bardziej doceniam pracę Daniela Craiga, który wyciągnął co się dało z tej nieco mdłej postaci, jaką mógłby stać się Blomkvist w wykonaniu innego aktora. No i pozostał przecież David Fincher, któremu udało się pozbyć nierzadko infantylnych i powierzchownych obserwacji psychologicznych poczynionych przez Larssona, naprostować niektóre wątki i zbudować filmową rzeczywistość doskonale opisaną głównie za pomocą detalu (niekiedy co prawda prostego - Happy Meale, którymi zajada się Salander czy T-shirt zespołu Nine Inch Nails noszony przez Plagę - innymi razy urzekającego, jak wymowne ujęcie pustego peronu kolejowego w porze odjazdu pociągu Blomkvista, odpowiadające automatycznie na pytanie, czy dziennikarz przyjął zlecenie Vangera) i bezbłędnego montażu.

Ponoć rodzina Larssona nie pozwoliła na to, aby jego powieści zrodziły istne popkulturowe uniwersum i zablokowała sprzedaż licencji na gadżety związane z filmem, lecz "Millenium" i tak nie obroniło się przed popytem wygenerowanym przez tłum, czego dowodem jest właśnie "Dziewczyna z tatuażem". Bo dzisiaj pewnie mało kto już pamięta, że Larsson był zagorzałym lewicowcem, a jego trylogia w dużej mierze polityczną wypowiedzią, że pomiędzy życiem jego i Blomkvista można znaleźć wiele paralel, a Salander nie jest równą babką i superbohaterką równą Larze Croft, lecz dziewczyną, która dostała od życia niejednego kopniaka.


Code Blue (5/10)

Wyglądająca z okna swojego ascetycznie urządzonego mieszkania czterdziestoparoletnia pielęgniarka Marian jest świadkiem brutalnego gwałtu. Patrzy jednak na scenę obojętnie, a rano wychodzi z domu, by zabrać zużytą prezerwatywę i pomarańczę, która posłużyła mężczyznom za knebel. Kobieta cierpi na dysfunkcję emocjonalną, nieodmiennie utożsamia seksualność ze śmiercią, pozbawia fizyczność nawet lekkich znamion duchowości. Objawem dziwacznej obsesji Marian jest fascynacja sąsiadem z naprzeciwka, którego obserwuje przez dziurę w zasłonie, oraz przywłaszczanie sobie przedmiotów należących do starszych, schorowanych osób zmarłych w szpitalu, zresztą często przy jej asyście. I choć film Antoniak nakręcony jest bez zarzutu (świetna robota operatorska Jaspera Wolfa, który monochromatyczną, chłodną paletą barw, przekreśloną chyba tylko raz czerwienią plamy krwi na białym kitlu Marian, podkreśla emocjonalny chłód filmu), a niepokojąca i odważna kreacja Bien de Moor istotnie zachwyca, „Code Blue” nie jest wolny od taniej prowokacji, przesady i nadmiernej egzaltacji. To kino szyte aż nazbyt grubymi nićmi.

Recenzja ukazała się w magazynie "Hiro".

4 komentarze:

  1. Mara Rooney przy Noomi Rapace to nadąsana gimnazjalistka!
    amerykanska wersja to fastfood i może podobać się tylko tym którzy nie widzieli oryginału
    dobra muza i montaż to za mało!

    OdpowiedzUsuń
  2. wersja holyłudzka to drogi gniot

    http://www.tvn24.pl/-1,1739324,0,1,dziewczyna-z-tatuazem-to-porazka,wiadomosc.html

    OdpowiedzUsuń
  3. to nie recenzje tylko SPONSOROWANE REKLAMY

    udział w FUNDOWANYCH pokazach w Londynie czy innym Lądku-Zdrój

    to też PRZEKUPSTWO

    OdpowiedzUsuń
  4. Dokładnie. Dystrybutorzy walą do mnie drzwiami i oknami, fundują mi wakacje i przysyłają kartki na święta, a negatywne recenzje piszę tylko tym, którzy nie chcą mi opon wymienić w samochodzie.

    OdpowiedzUsuń

Archiwum bloga