poniedziałek, 30 stycznia 2012

Trzy kolory: czerwony - o nowej fali francuskiego horroru

Nowa ekstrema francuska nie jest spójnym prądem artystycznym, to termin próbujący podsumować specyficzną wrażliwość tamtejszych twórców, którzy zwrócili się w stronę kina cielesnego, nie stroniącego od bolesnej eksploracji zagadnień związanych z ludzką fizycznością. Rozpiętość nazwisk dla tego nurtu reprezentatywnych jest zaiste imponująca – Gaspar Noé, Bruno Dumont, Francois Ozon...

Poster rewelacyjnego filmu "Najście"
To jednak reżyserzy utożsamiani z kinem, które u nas pojawia się częściej w obiegu festiwalowym lub studyjnym i rzadko kiedy przekracza progi multipleksów, dając się poznać publiczności masowej. A przecież termin nowa ekstrema francuska obejmuje poniekąd także i rzeczy bardziej dookreślone gatunkowo niż dzieła wspomnianych filmowców. Krytyk James Quandt, który jako pierwszy zamknął w tych trzech słowach-kluczach szereg zjawisk tak od siebie różnych i korzystających z odmiennych środków wyrazu, pośród flagowych tytułów nowej ekstremy wymienił, obok „Intymności” i „Pod moją skórą”, horror „Blady strach” z 2003 roku. Zrealizował go obiecujący młody twórca Alexandre Aja, dzisiaj zajmujący się głównie odświeżaniem starych hitów na potrzeby Hollywoodu.

Stosunkowo niewielki wyłom w gatunku, jaki dokonał „Blady strach”, można przyrównać do małej rewolucji wszczętej dwa lata później w Stanach Zjednoczonych przez film „Hostel”. O ile obraz, pod którym podpisał się Eli Roth, okazał się dla horroru spod znaku gore tytułem granicznym i nieformalnym początkiem legalnego panowania pornografii przemocy w kinach wielosalowych, tak „Blady strach” przyjęto za oceanem chłodno, aczkolwiek w Europie dorobił się on rangi niemalże symbolicznej, bowiem pociągnął za sobą szereg bezkompromisowych, ultrabrutalnych produkcji znad Sekwany. I tak jak Hiszpania konsekwentnie budowała swój image światowej stolicy horroru nastrojowego, tak Francuzi wzięli do ręki spływającą krwią chorągiew.

Zanim jednak, na fali „Hostelu” czy „Piły”, sięgnięto po rozwiązania fabularne charakterystyczne dla kina amerykańskiego i zrealizowano nieudane filmy bazujące na schemacie survival horroru, jak „Istoty”,  „Lęk wysokości” czy epatujące ekstremalną przemocą „Frontieré(s)”, nowa fala francuskiego horroru zrodziła interesujące, a stosunkowo mało znane u nas filmy. W roku 2006 nakręcono chociażby znakomity obraz zawierający się w podgatunku home invasion, „Oni”, z którym, niekoniecznie świadomie, korespondowały potem inne produkcje – amerykańscy „Nieznajomi” (pod względem konstrukcji fabularnej) czy brytyjskie „Eden Lake” (podobny kontekst społeczny) – a także „Sheitan”, paranoiczny, momentami zahaczający o pastisz horror udanie eksperymentujący z fabułami survivalowymi. Do home invasion Francuzi powrócili w „Najściu”, przerażającym filmie z 2007 roku, w którym ciężarna bohaterka zostaje osaczona we własnym domu przez kobietę usiłującą odebrać jej nienarodzone dziecko. Wyładowany skrajnie brutalnymi scenami przemocy, nihilistyczny film wyznaczył pewną granicę, której przekroczył dopiero Pascal Laugier w kontrowersyjnych „Skazanych na strach”, gdzie tematykę filozoficzną i religijną zestawiono z dosłownymi scenami sadyzmu.

Do nowej ekstremy francuskiej zalicza się także twórcę belgijskiego – Fabrice'a Du Welza. Ma on na swoim koncie krótki metraż „A Wonderful Love” oraz dwa filmy pełnometrażowe: pokazywaną w Cannes „Kalwarię” oraz startujące w konkursie w Wenecji „Vinyan”. Kto wie, czy to właśnie Du Welz, również, jak większość jego kolegów, zaimportowany przez hollywoodzką machinę, nie jest przypadkiem najpoważniejszym kandydatem do miana odnowiciela współczesnego horroru. Bo choć jego filmy wyrastają z bogatej tradycji kina grozy, są to dzieła niepokojące nie tylko na poziomie cielesnym, ale i, a może przede wszystkim, psychologicznym, ujmujące wysmakowaną plastycznie formą. Z francuskiej fabryki strachów para już nieco uszła, a zmiany warty nie widać. Nie oznacza to jednak, że nowa ekstrema zniknęła. Raczej się przegrupowuje.

Tekst ukazał się w piątkowym wydaniu "Dziennika" (27.01.2012).

4 komentarze:

  1. Faktycznie to ciekawe, że amerykańskie gorno i hiszpański horror dobrze sobie radzą na polskich ekranach, a kino francuskojęzyczne jakoś się nie przebiło. Ja parę lat temu w ramach eksploracji zapoznałem się między innymi z "Oni" oraz "Kalwarią". Zdziwiłem się,że ten pierwszy przeszedł bez większego echa, bo uważam, że to naprawdę dobra produkcja. A "Kalwaria"? To chyba jeden z najdziwniejszych filmów jakie w życiu obejrzałem. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Niestety du Welzowi nie udało się podbić Ameryki, "Alleluia" to już jego trzeci czy czwarty z rzędu projekt, który upadł. Dobra wiadomość jest taka, że kręci właśnie we Francji "Colt 45". Chyba już mu było głupio po tych wszystkich niewypałach i dlatego informacje o nowym filmie pojawiły się dopiero w okresie zaawansowanej preprodukcji:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jerry - swojego czasu byłem wręcz zafascynowany horrorami znad Sekwany i przerabiałem praktycznie wszystko, co stamtąd nadciągało i powiem Ci, że większość warta jest poznania, a przynajmniej do pewnego momentu. Kiedy tamtejszy przemysł filmowy kapnął się, że da się na tym zarobić, zaczął wypuszczać gnioty takie jak "Istoty", wydane zresztą u nas na DVD. Teraz trzeba mocno odsiewać.

    Marcin - dzięki za uzupełnienie tekstu! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stop. Namieszałem! Zacząłem wyszukiwać informacji na temat "Colt 45" i to jednak nie tak, jak napisałem. Wychodzi na to, że "Alleluia" wcale nie upadło, ot data rozpoczęcia realizacji została z jakichś powodów przesunięta. Po francuskim thrillerze szykuje się więc na podbój Stanów. Uff:)

      Usuń

Archiwum bloga