poniedziałek, 23 stycznia 2012

Seans bez powodu: "Warrior"

W trzecim odcinku seansu bez powodu film, który został kompletnie zignorowany przez polskich dystrybutorów kinowych, i pozostaje jedynie liczyć, że zobaczymy go u nas na płytach - "Warrior" w reżyserii Gavina O'Connora.


Za granicą krytyka chwali. I to jeszcze jak - wysoko film oceniło w Stanach Zjednoczonych wiele liczących się magazynów, łącznie z "The New Yorker", "The New York Times" i "Rolling Stone", a Roger Ebert dał trzy gwiazdki na cztery możliwe. Szczerze mówiąc, zastanawia mnie nieco ta powszechna aprobata. Proszę nie zrozumieć mnie źle, uważam "Warrior" za świetny film, ale stoi on bliżej półki z "Krwawym sportem" niż "Wściekłym bykiem", stąd moje zdziwienie, gdyż prasa zwykła raczej podobne rzeczy ignorować. Pewnie, poza (nie)zwyczajnym mordobiciem są tutaj i nieźle, aczkolwiek schematycznie, nakreślone postaci, ale, sięgając niejako do trzewi tego spektaklu, nie odbiega on znacząco od tego, co widzieliśmy w niezliczonych filmach kopanych - bo oponuję przed nazywaniem "Warrior" dramatem sportowym. Tutaj ewidentnie chodzi o brutalne piękno MMA, z zapartym tchem czeka się na kolejną walkę, aż poleje się krew, połamią kości i pokruszą zęby, a nad wszystkim wisi kanoniczne pytanie kto zwycięży?. O pewnej wyjątkowości tego filmu stanowi jego wielowątkowość, bowiem narracja prowadzona jest dwutorowo - raz obserwujemy Tommy'ego Riordana (rewelacyjny Tom Hardy, który wyrasta, albo i już wyrósł, na jednego z najbardziej utalentowanych aktorów swojego pokolenia), niepokornego dezertera, który na udział w turnieju MMA zdecydował się, aby zdobyć pieniądze dla wdowy po swoim koledze z wojska; a raz Brendana Conlona (wcale nie gorszy Joel Edgerton), niegdyś profesjonalnego zawodnika, obecnie nauczyciela, decydującego się na powrót na ring z powodu finansowych problemów. Obaj panowie są braćmi, nie widzieli się całe lata i dość powiedzieć, że kiedy już się spotkają, nie padną sobie radośnie w ramiona. Ich ścieżki krzyżują się oczywiście na zawodach i podświadomie zdajemy sobie sprawę, że wreszcie musi dojść do konfrontacji - jeśli nie na ringu, to poza nim. I "Warrior" odnosi sukces, stawiając naprzeciw siebie dwóch zupełnie różnych facetów, za których trzymamy kciuki jednakowo mocno, tutaj nie ma mitycznego złego, a brak czarnego charakteru sprawia, że sympatia odbiorcy rozdzielona jest pomiędzy Tommym i Brendanem. Gavin O'Connor znakomicie prowadzi film, nie obdarzając żadnego z braci atutem, który mógłby przeważyć szalę i sprawić, że jeden z nich wyda się bielszy od drugiego, racja jest po obu stronach. Brak manipulacji ze strony reżysera podnosi emocjonalną wartość "Warrior", wynosi braterski konflikt na dwa poziomy - ciała i ducha. A to dużo, to wartość wpisana w film, nie będąca efektem ubocznym scenariusza, a jego nadrzędnym celem. Tym sposobem kino zakorzenione w B-klasie doznaje swoistej nobilitacji lub, jak kto woli, kino głównego nurtu pochyla się nad tym, co dawno już przez duży ekran zapomniane.

P.S. Otrzymałem dzisiaj (28.01.2012) informację prasową, że film pojawi się w Polsce na DVD pod tytułem "Wojownik" dokładnie 29.02.2012!

2 komentarze:

  1. Dziwni ignorancja dystrybutorów, film ma przecież spory potencjał komercyjny.
    Nie czytałem żadnych zagranicznych recenzji, ale zgaduję, że za zachwytami stoi postawienie naprzeciw siebie dwóch czystej wody protagonistów. Jedyny typowy antagonista jest het, het w ich cieniu. Bardzo rzadko spotykane rozwiązanie, które skutecznie neutralizuje przynajmniej część z bardziej schematycznych fragmentów fabuły.
    Tradycyjnie obaj panowie bardzo fajnie zagrali, ale częściej jednak po prostu prężyli mięśnie. Najwięcej do zagrania miał nieśmiertelny Nick Nolte i spisał się na medal.
    Ja bym ten film postawił raczej na półce z tytułami pokroju "Rocky'ego". Zresztą w wielu miejscach pojawiała się podobna, równie podniosła i kiczowata muzyczka. Które owe miejsca odpowiednio psuła.

    PS. Dramat sportowy pełną gębą.

    OdpowiedzUsuń
  2. No ba, Nick Nolte otrzymał wczoraj za tę rolę nominację.

    OdpowiedzUsuń

Archiwum bloga