piątek, 13 stycznia 2012

Piękniejsza twarz Stephena Kinga

Na wstępie, ekhm, komunikat. Moja strona startuje w konkursie Blog Roku (szczegóły po kliknięciu w zielony boks po prawej) i od kilkunastu godzin trwa głosowanie SMS. Jeśli więc lubicie Kill All Movies na tyle, żeby wysłać wiadomość o treści E00162 (00 to dwa zera) na numer 7122 (koszt: 1,23 zł - na cele charytatywne), będzie mi niezwykle miło. Zresztą już teraz stale rosnąca liczba wejść na bloga napędza mnie do dalszego działania. Dzięki za support!

A tymczasem na weekend - tekst o tych "mniej groźnych" ekranizacjach prozy Stephena Kinga.

  
Stephen King to niekwestionowany mistrz horroru, jeden z nielicznych reprezentantów literatury niesamowitej, który jeszcze za życia doczekał się uznania w oczach krytyki, jednocześnie sprzedając miliony egzemplarzy swoich książek i ciesząc się niesamowitą wręcz popularnością wśród czytelników.

Kingowi stosunkowo szybko w sukurs przyszło kino, a za ekranizacje jego prozy zabrali się tak uznani twórcy, jak Brian De Palma („Carrie” z 1976), Stanley Kubrick („Lśnienie” z 1980), David Cronenberg („Martwa strefa” z 1983) czy John Carpenter („Christine” z 1983), przyczyniając się znacznie do spopularyzowania powieści opatrzonych nazwiskiem pisarza z Maine. Trzydziestokilkuletni wówczas autor stał się symbolem tego, co w literaturze niepokojące i makabryczne, i taki stan rzeczy utrzymuje się do dziś, choć aktualnie chętniej mówi się o innej stronie pisarstwa Kinga – o wątkach obyczajowych, społecznych i psychologicznych, które podejmuje w swoich dziełach. Kiedy jednak Rob Reiner w roku 1986 zabierał się za realizację filmu „Stań przy mnie”, opartego na opowiadaniu „Ciało”, nazwisko Kinga okazało się przeszkodą i, wbrew powszechnej praktyce, usunięto je, zresztą za aprobatą samego pisarza, z materiałów promocyjnych. Nieprzypadkowo, bowiem historia czterech młodziutkich chłopców, którzy wybierają się do okolicznego lasu w poszukiwaniu zwłok swojego potrąconego przez pociąg kolegi, odbiegała gatunkowo od dotychczasowego dorobku Kinga. To historia inicjacyjna, wrażliwe kino o bolesnym, ale i pełnym radości dojrzewaniu. Koleżeńska wyprawa urasta tam do rangi rytuału przejścia, a ostatni krok zwiastuje koniec dzieciństwa i początek dorosłości. Reiner nie chciał, aby potencjalny widz mylnie skojarzył „Stań przy mnie” z poprzednimi, pełnymi grozy filmami wywiedzionymi z prozy Kinga. 

Nie jest to przypadek jednostkowy, gdyż i w późniejszych latach reżyserzy i scenarzyści sięgali po tytuły mniej oczywiste. Przymiarki do „Ucznia szatana”, historii młodego chłopaka, który odkrywa, że jego sąsiad jest hitlerowskim zbrodniarzem wojennym, poczyniono już w 1987, lecz filmu nigdy nie ukończono. Dziesięć lat później Bryan Singer zrealizował swoją wersję noweli Kinga, lecz ta opowieść o moralnym zepsuciu i fascynacji złem nie poradziła sobie w box-office, przegrywając z do bólu konwencjonalnymi horrorami przeznaczonymi dla nastoletniej widowni. Nie było to jednak dużym zaskoczeniem, gdyż nawet o trzy lata młodsi „Skazani na Shawshank”, mimo entuzjastycznego przyjęcia przez krytykę (aż siedem nominacji do nagrody Oscara), okazali się komercyjną klapą, podobnie jak „Dolores Claiborne”, również zbierająca niezłe recenzje. Karkołomne i nierozważne wydawało się więc wyłożenie w 1999 roku przez producentów sumy siedemdziesięciu milionów dolarów na realizację adaptacji „Zielonej mili”, bestsellerowej powieści pierwotnie publikowanej przez Kinga w odcinkach. Wpadka ze „Skazanymi na Shawshank” pokazała jasno, że łatwiej i szybciej sprzedawały się czyste gatunkowo horrory, nawet te B-klasowe i niskobudżetowe. W przypadku „Zielonej mili”, za którą zabrał się Frank Darabont, powtórzono strategię marketingową wykorzystaną wcześniej przy promocji „Stań przy mnie” i ponownie na plakatach reklamowych próżno było szukać pisanego dużą czcionką autora literackiego pierwowzoru. „Zielona mila” miała (tak jak wcześniejsza ekranizacja prozy Kinga zrealizowana przez Darabonta, „Skazani na Shawshank”) melancholijny, ale i pełen odświeżającej nadziei, humanistyczny ton. Tym razem, wbrew przewidywaniom specjalistów utyskujących na długi czas trwania seansu (ponad trzy godziny), projekt zakończył się sukcesem. Film zdobył kilka nominacji do Oscara i przekroczył barierę stu milionów dolarów wpływów na rynku amerykańskim. Nie zmienia to faktu, że King zapewne nigdy już nie zerwie z łatką króla horroru, w przypięciu której spory udział miało właśnie kino, lecz warto pogrzebać w obszernej i bogatej bibliografii (i filmografii) autora, aby przekonać się, że jego twórczość wykracza dalece poza obszar literackiej grozy. 

Tekst ukazał się w dzisiejszym "Dzienniku" (13.01.2012).

4 komentarze:

  1. Właśnie za to S.Kinga uwielbiam-za to, że jest taki pomieszany, książki, nawet te horrory często zawierają w sobie nuty obyczajowości no i to wspaniałe poczucie humoru! Jest wspaniały i ma naprawdę szerokie horyzonty-jeżeli chodzi o tematykę pisania-człowiek orkiestra:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Misery - jedyna UDANA i WIERNA adaptacja książki (nie tylko SK), jaka kiedykolwiek powstała. Mam na myśli brak skrótów i większych zmian w stosunku do powieści. A Bates i Caan zarządzili.

    OdpowiedzUsuń
  3. "Nieprzypadkowo, bowiem historia czterech młodziutkich chłopców, którzy wybierają się do okolicznego lasu w poszukiwaniu zwłok swojego potrąconego przez pociąg kolegi..."

    Nie chcę być czepialska, ale tak gwoli ścisłości to oni nie znali tego poszkodowanego :)
    Ogólnie artykuł mi się podoba, dobrze się czyta i znowu uświadomiłam sobie jakie mam zaległości w ekranizacjach twórczości Kinga.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzięki! A pisząc "kolega", miałem na myśli kogoś w podobnym do bohaterów wieku. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Archiwum bloga