środa, 4 stycznia 2012

Para buch, koła w ruch. Steampunk w kinie

Jak co roku, czytelnicy miesięcznika "Nowa Fantastyka" wybierają swoje ulubione kawałki z minionych dwunastu numerów. Prócz tłumaczonych przeze mnie opowiadań i jednego wywiadu, w 2011 magazyn opublikował dwa artykuły mojego autorstwa ("Dziedzictwo Conana" oraz "Rodzina makabrą silna"), więc jeśli czujecie, że któryś z nich zasłużył na Wasz głos, zachęcam do jego oddania. Zasady są proste, pozwolę sobie zacytować redakcyjny komunikat: Do końca stycznia 2012 możecie wybrać najlepsze opowiadania (jedno polskie i jedno zagraniczne), najciekawszy tekst publicystyczny, ulubionego rysownika, najładniejszą okładkę i obciach roku. Odpowiedzi wysyłajcie na adres plebiscyt@fantastyka.pl. Wśród głosujących rozdysponujemy 30 nagród książkowych. 

A poniżej możecie zapoznać się z fragmentem tekstu, na który będzie można oddać głos za rok. Ha.


Steampunk to jedna z odnóg fikcji spekulatywnej, pozornie poszukująca odpowiedzi na pytanie w rodzaju co by było gdyby?, w rzeczywistości wcale nie starająca się podobnej kwestii rozwikłać. Historie tego rodzaju rozgrywają się przeważnie w świecie alternatywnym, będącym odbiciem tego naszego, rządzącym się tymi samymi prawami chemii, biologii czy fizyki, z jedną zasadniczą różnicą, którą świadczy o ich odrębności i wyjątkowości. Otóż karkołomne teorie naukowe wiktoriańskich wynalazców okazały się tutaj efektywne, wprowadzono je w życie i w steampunkowym uniwersum, tak jak i dzisiaj, dostępne są różnorakie ustrojstwa umożliwiające chociażby podniebne podróże.

Wybieganie w przeszłość

Nieprzypadkowo za setting podobnych opowieści często służy miejsce przypominające dziewiętnastowieczną Wielką Brytanię czy jej dosłowna, alternatywna wersja (choć nie jest to oczywiście regułą). Wszak to czasy rewolucji industrialnej i narodzin literackiego science fiction. Siłą estetyki steampunkowej jest bowiem jej niejednolitość i spore zdolności adaptacyjne - niezwykle łatwo przenieść ją na grunt jakiegokolwiek gatunku literackiego czy filmowego, co udowadniają ostatnie wybryki Hollywoodu. Obecnie do klasyki kina steampunkowego zalicza się niekiedy wczesne produkcje wyrosłe na gruncie literatury spisanej piórem autorów określanych dzisiaj mianem pionierów fantastyki naukowej, jak chociażby Juliusz Verne, Herbert George Wells czy Mary Shelley, co może być odczytane jako błąd spowodowany usilną chęcią klasyfikacji i systematyzacji. Ani „Frankensteina" (1931), ani „20,000 mil podmorskiej żeglugi" (1954), ani „Wehikułu czasu" (1960) nie można nazwać steampunkiem z prostej i oczywistej przyczyny - materiał źródłowy wybiegał w przyszłość, a steampunk zmienia przeszłość. Wizerunek świata przedstawionego musi być determinowany przez wiedzę, jaką posiadł autor, zdolny w swojej prozie czy filmie umieścić wynalazki faktycznie bazujące na współczesnych mu, działających mechanizmach. Steampunk to udawanie, a nie przewidywanie, a więc profetyczny aspekt SF jest tutaj praktycznie nieobecny, bo zbędny. Steampunk charakteryzuje brak celowości - ma wyglądać, a nie myśleć, choć oczywiście dostarcza autorom wielu użytecznych narzędzi narracyjnych, do tego niezwykle atrakcyjnych, świeżych, nowych, zdolnych zmienić naszą optykę amerykańskiej mitologii kowbojskiej („Bardzo Dziki Zachód"), klasyki powieści awanturniczych („Trzej muszkieterowie") czy wiktoriańskiego kryminału („Sherlock Holmes"). Czy podobny lifting faktycznie jest niezbędny tym z ducha kinowym opowieściom?

Całość w styczniowej "Nowej Fantastyce".

Jeśli komuś mało podobnych klimatów, zapraszam do lektury krótkiego tekstu o filmach przygodowych w kontekście nowego "Sherlocka Holmesa", opublikowanego w Portalu Filmowym.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga