poniedziałek, 9 stycznia 2012

Grindhouse - czyli złe jest dobre

Czar srebrnego ekranu omotał Stany Zjednoczone. Lokalne kina nie są w stanie wytrzymać konkurencji bogatej programowo telewizji, właściciele jednosalowych przybytków niegdyś masowej rozrywki wdrażają więc plan awaryjny – stawiają na goliznę, przemoc i hałas.


Mniej więcej tak, w sporym uproszczeniu, rysowała się sytuacja na froncie bezpardonowej, trwającej zresztą do dziś, wojny o uwagę widza w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. To era amerykańskich kin typu grindhouse, gdzie wnosząc symboliczną opłatę, można było klapnąć w fotelu na całą noc i poddać się dyskusyjnej magii filmowego śmiecia. Bo podobne miejsca przyrównać można do peep show dla kinomanów albo gabinetów celuloidowych osobliwości, gdzie można było spróbować owocu nie tyle zakazanego, co społecznie nieakceptowalnego – w grindhouse rządziła pornografia, brutalne horrory i przerysowane kino akcji.

Trudno precyzyjnie umiejscowić dekadę grindhouse w kontekście całej historii filmu fabularnego z uwagi na jej stosunkową nikłą rolę formatywną w procesie rozwoju kina głównego nurtu, ograniczoną chyba jedynie do kinematografii amerykańskiej. Reżyserzy mainstreamowi, tacy jak Robert Rodriguez, Quentin Tarantino, Rob Zombie czy Eli Roth, których filmy trafiają na duży ekran, przyznają się chętnie do swoich fascynacji kinem eksploatacji i produkcjami klasy B, ale to nieliczni spośród odnoszących artystyczne i komercyjne sukcesy twórców wychowanych na grindhouse. Interesujący jest skądinąd przypadek wspólnego projektu pierwszych dwóch filmowców o nazwie, a jakżeby inaczej, „Grindhouse” z 2007 roku. Tarantino i Rodriguez próbowali wskrzesić ducha produkcji spod znaku trash i zaprezentować swoje dwa filmy podczas jednego wieczoru. Finał był zaskakujący i stanowi być może ironiczne epitafium dla epoki grindhouse – wchodzące w skład tej fanowskiej inicjatywy filmy „Planet Terror” i „Death Proof” okazały się finansową klapą, ale spotkały z niezwykle ciepłym przyjęciem krytyki, czyli zwyczajowy scenariusz został odwrócony do góry nogami.

Robert Rodriguez jednak nie zrezygnował i nadal próbuje zarazić publikę swoją specyficzną odmianą kinofili. Zeszłego roku zrealizował film „Maczeta”, będący w gruncie rzeczy nie tylko wybornym żartem i hołdem oddanym kinu śmieciowemu, ale i całkiem przyzwoitym akcyjniakiem. Pomysł na tę produkcję, wbrew powszechnemu przekonaniu, nie wykiełkował w głowę Rodrigueza przy okazji „Grindhouse” – oba filmy wchodzące w skład projektu przedzielono zwiastunami nieistniejących tytułów, wśród nich „Maczety” – ale dużo wcześniej, jeszcze za czasów przebojowego „Desperado” (rok 1995). Czy wolno więc mówić, że jest to planowane latami opus magnum reżysera? Być może, bowiem w dobie, kiedy realizatorska perfekcja wydaje się najwyższą, poszukiwaną w kinie wartością, Rodriguez z lubością demonstruje, że udawane partactwo i ostentacyjna tandeta także wymagają nie lada kunsztu i wrażliwości. Paradoksalnie, żeby nakręcić dzieło podobne „Maczecie”, w którym złe jest dobre, znajomość kina, przynajmniej gatunkowego, od podszewki wydaje się nieodzowna. Ciekawostką jest, że część amerykańskiej krytyki chciała widzieć w obrazie Rodrigueza meksykański manifest polityczny w sprawie rygorystycznych praw imigracyjnych, lecz podobne próby interpretacji brną w ślepą uliczkę, bowiem z założenia „Maczeta” nawiązywać ma do kina eksploatacyjnego, czyli wykorzystującego sensacyjny temat jedynie jako pretekst dla spektaklu okrucieństwa.

Kto wie, czy o krok dalej nie poszedł protegowany Tarantino i Rodrigueza, początkujący kanadyjski filmowiec Jason Eisener w swoim „Hobo with a Shotgun” (czyli „Włóczęga ze strzelbą”). Film ten rozpoczął swój żywot jako trailer zrealizowany na potrzeby konkursu ogłoszonego przy okazji premiery „Grindhouse”, a więc jak na razie wszystko zostaje w rodzinie. Eisener zdecydował się na niemal całkowitą rezygnację z jakichkolwiek fabularnych niuansów na rzecz prostoty i krwawej groteski, która w jego dziele jest wartością samą w sobie. Stylizacja na hit epoki grindhouse jest jeszcze wyraźniejsza niż w „Maczecie” – kolory są przejaskrawione jak w złotych czasach Technicoloru, postaci sypią zapadającymi w pamięć one-linerami, a kokieteryjna przemoc zahacza o kreskówkowość. Eisener, podobnie jak Tarantino i Rodriguez, świadomie kreuje kino kultu, można powiedzieć, że eksploatuje kino eksploatacji.

Zresztą nie on jeden, bowiem świadoma autokreacja w wieku panowania mass mediów jest łatwiejsza niż kiedykolwiek i to nie tylko w przypadku filmów mających z założenia obrosnąć grindhouse'owym kultem. Znakomitym przykładem są chociażby „Węże w samolocie” – zwyczajny film klasy B, który dzięki skutecznej promocji przeobraził się w internetowy fenomen i to w dużej mierze za sprawą samego tytułu, przez co studio New Line Cinema wpompowało w produkcję dodatkowe pieniądze. To nieprawda, że grindhouse'ów już nie ma. Przeniosły się po prostu do multipleksów.

Tekst ukazał się w piątkowym wydaniu "Dziennika" (6.01.2012)

7 komentarzy:

  1. "Paradoksalnie, żeby nakręcić dzieło podobne „Maczecie”, w którym złe jest dobre, znajomość kina, przynajmniej gatunkowego, od podszewki wydaje się nieodzowna." - Jakiś czas temu też pisałem tekst o nowej fali grindhouse'u i doszedłem do podobnego wniosku: żeby nakręcić porządny film, stylizowany na grindhouse, trzeba być naprawdę dobrym reżyserem :)

    W ogóle bardzo fajny tekst, szkoda tylko, że nie wspomniałeś ani słowem o "Pasji", bo to chyba jedyny współczesny film grindhouse/eksploatacji, nie będący jednocześnie żadną próbą odniesienia się do minionej epoki.

    OdpowiedzUsuń
  2. O "Pasji" nie wspomniałem, gdyż ma się ona nijak do nowej fali filmów grindhouse (o ile można w ogóle o takim zjawisku mówić). To kino eksploatacyjne, gdzie Chrystus staje się narzędziem swoistej autocenzury. Więcej na ten temat można poczytać w "100 filmach gore" Piotrka Sawickiego.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wiem, że to co innego i pewnie rzeczywiście masz rację, że nie warto tych pojęć mieszać. Po prostu od razu przypomniał mi się John Landis, mówiący z uśmiechem, że jedynym prawdziwym grindhousem w XXI wieku jest "Pasja". I rzeczywiście, ma sto procent racji, Piotr Sawicki zresztą świetnie to opisał w "Odrażających, brudnych, złych", tak jak napisałeś.

    OdpowiedzUsuń
  4. Skoro wspominasz Landisa, to zapewne widziałeś "American Grindhouse"? Zacny dokument, można usystematyzować wiedzę. A Piotrek swoją książką mocno pojechał, pisałem o niej zresztą jakiś czas temu.

    OdpowiedzUsuń
  5. Widziałem :). Bardzo fajny dokument, pod względem systematyzowania wiedzy znacznie lepszy niż "Not Quite Hollywood" i "Machete Maidens Unleashed"(chociaż te też są świetne, ale opowiadają tylko o pewnym wyimku z historii grindhouse'u).

    Wpisu o książce Sawickiego niestety nie wyłapałem, zaraz sobie poszukam. Rzeczywiście, momentami jest mocno radykalny, ale jakoś ciężko mi się z nim nie zgodzić, szczególnie w kwestii takiej "Pasji", którą zawsze uważałem za prymitywne gore, nie wiedzieć czemu uznawane powszechnie za poważne misterium religijne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z Piotrkiem znamy się jeszcze z czasów studenckich, więc zdążyłem przyzwyczaić się do jego sposobu myślenia o kinie, który zresztą w dużym stopniu podzielam. Można powiedzieć, że sporo się od niego nauczyłem. I to chyba on jako pierwszy w Polsce pisał o "Pasji" właśnie w takim kontekście.

      Usuń
    2. Ja przyznam szczerze, że wcześniej tekstów Piotra Sawickiego nie znałem i sięgając po "Odrażające..." przez chwilę się bałem, że książka będzie przesiąknięta fanboizmem. Tymczasem podejście autora jest bardzo trzeźwe, czyta się to naprawdę dobrze. Szkoda jedynie, że "Odrażające..." to setka osobnych opisów, a nie jeden długi esej.

      Usuń

Archiwum bloga