wtorek, 25 grudnia 2012

Tydzień w kinie - "360. Połączeni"

Oto klasyczna definicja filmu błahego, nikomu niepotrzebnego i w gruncie rzeczy kompletnie nieprzystającego do rzeczywistości, której opisu się podejmuje. Europejska – z jednym wyjątkiem –  wycieczka z kamerą po kilku pocztówkowych stolicach miała być pretekstem, jak zresztą sugeruje tytuł, odnoszący się w pewnym sensie do pełnego, zamkniętego kręgu, do całościowego spojrzenia na skomplikowaną, splątaną siatkę międzyludzkich relacji. Założenie to tyleż ambitne, co karkołomne i w obliczu monumentalnego zadania Fernando Meirelles zwyczajnie poległ. Nawet nie będąc w stanie unieść ciężaru tematu i sprowadzając główną myśl filmu do paru wygłoszonych z emfazą banałów – aż trudno dać wiarę, że wyszły one spod ręki Petera Morgana, znakomitego przecież scenarzysty, autora „Szpiega” czy „Frost/Nixon” – reżyser szczęśliwie nie brnie w napuszoną, artystowską pretensję, ale i tak pogrąża się miałkością spostrzeżeń. A szkoda, bo brazylijski filmowiec to osobowość nie byle jaka, twórca okrzyczanego „Miasta boga”, które zapewniło mu popularność i akces do Hollywood. Tam również kręcił swoje i po swojemu, czego owocem jest „Wierny ogrodnik” oraz krytykowane, acz na swój sposób intrygujące, apokaliptyczne „Miasto ślepców”.

360. Połączeni (3/10)

Akcentowana przez Meirellesa nieprzypadkowość zupełnie przypadkowych zdarzeń jest co najmniej drażniąca. Poszczególne epizody – których akcję osadzono odpowiednio w Wiedniu, Paryżu, Londynie i na lotnisku w Kolorado – z początku wydają się być połączone jedynie tematycznie, zaś kluczem do ich odczytania jest, krótko mówiąc, ludzka seksualność, generowane przez nią pożądanie i próby jego okiełznania zgodnie z zasadami określonej przez religię, kulturę czy nawet prawo, moralności. Meirelles niejako mimochodem poszerza problematykę filmu o nierozerwalne z powyższym kwestie związane z niewiernością i lojalnością, zresztą nie tylko małżeńską, ale i siostrzaną czy zawodową. Po kilkudziesięciu minutach staje się jednak jasne, że wszystkie ujrzane na ekranie postaci kotłują się w jednym tyglu i są od siebie w pewien sposób współzależne, choć nawet niekoniecznie zdają sobie sprawę ze swojego istnienia. Losowość przedstawionych wydarzeń jest jedynie pretekstem do udowodnienia niedoprecyzowanej przez reżysera  tezy o tkwiącej w człowieku przyzwoitości i empatii, które w newralgicznym momentach przeważą nad niegodziwością, na uprzednio topornie przygotowanym gruncie. Pierwszy przykład z brzegu: uciekająca od swojego chłopaka dziewczyna pozna na lotnisku właśnie wypuszczonego z zakładu karnego gwałciciela i – mimo że ten zachowuje się jak rasowy socjopata z hollywoodzkiego thrillera – po pięciu minutach zaprosi go o swojego pokoju w hotelu. Bez obaw, zdaje się jednak mówić Meirelles, wybór ten jest tylko pozornie niewłaściwy, bo dobro i szczodrość zostaną wynagrodzone dokładnie tym samym. To wizja faktycznie podnosząca na duchu, lecz zalatująca fałszem i niewspółgrająca ani z atmosferą, ani z fabułą, z czym wiąże się niezamierzona naiwność zachowań bohaterów.

Scenariusz robi też krecią robotę aktorom, pośród których znalazły się nazwiska pierwszoligowe i tym bardziej szkoda, że Hopkins, Weisz i Law nie mają tutaj zbyt wiele do roboty, prócz wydukania paru frazesów. Meirelles ponosi dotkliwą porażkę nie tylko jako reżyser, ale i obserwator.

Recenzja ukazała się w "Dzienniku. Gazecie Prawnej".

czwartek, 20 grudnia 2012

Moja dziesiątka, czyli krótkie podsumowanie roku 2012

Jak już zaznaczałem wielokrotnie przy różnych okazjach, nie lubię kompilować podobnych list, ale końcówka roku niejako zobowiązuje, żeby choćby krótko podsumować ostatnich dwanaście miesięcy. Powiem tak - żaden film nie powalił mnie na kolana, nie zatargał mną i nie walnął w łeb obuchem, w przeciwieństwie do znakomitych produkcji z roku poprzedniego. Nie było jednak źle, bowiem obejrzałem całe mnóstwo rzeczy naprawdę dobrych, a nawet bardzo dobrych, lecz wywodzących się głównie z anglosaskiego kręgu kulturowego, o czym można się przekonać, studiując poniższą listę. Uwzględniłem na niej jedynie filmy, które były w tym roku dystrybuowane w naszych kinach, dlatego nie znalazł się na niej chociażby świetny "Wojownik" czy "Killer Joe", które bez trudu trafiłyby do pierwszej piątki. Dlaczego przyjąłem takie kryterium? Już tłumaczę - lista premier kinowych jest powszechnie dostępna i dzięki niej mogę łatwo przejrzeć filmy, które widziałem, a przypomnienie sobie, co też w tym roku oglądałem poza kinem, jest wręcz niemożliwe, bo nigdzie tego nie kataloguję. Żałuję, że w moim zestawieniu nie zmieściło się całe mnóstwo fajnych rzeczy, jak "Człowiek z Hawru", "Skyfall", "Róża" czy "Ścigana", ale cóż... taka specyfika znienawidzonych przeze mnie list. No dobrze, przejdźmy do rzeczy. Gdzie mogłem, tam podlinkowałem do swojego tekstu o filmie. Kto chce podyskutować, zapraszam do komentowania, kontaktu mailowego i facebookowego. A po świętach, jak w roku ubiegłym, zamieszczę też moje zestawienie najgorszych filmów 2012 roku.


wtorek, 18 grudnia 2012

"Mądrości Shire" - konkurs!

Święta coraz bliżej, więc i ja rozdam parę prezentów. Niedawno zdarzyło mi się tłumaczyć książkę tolkienowsko-hobbitowską "Mądrości Shire" napisaną przez Noble'a Smitha, którą w swojej roztropności zdecydowało się wydać krakowskie Sine Qua Non. Ta urocza pozycja to w zamierzeniu nie tylko poradnik jak żyć długo i wygodnie, ale też i fanowska analiza kluczowych motywów z "Władcy Pierścieni" i "Hobbita", co czyni z niej idealną lekturę pod nadchodzący film Petera Jacksona.


Żeby zgarnąć jeden z egzemplarzy tej pięknie wydanej książeczki, należy przesłać do mnie maila (adres znajdziecie po prawej) z prawidłową odpowiedzią na poniższe pytanie:

Jaka słynna fińska pisarka ilustrowała szwedzkie wydanie "Hobbita" z 1962 roku?

Konkurs potrwa do najbliższej niedzieli włącznie, a zwycięzców o wygranej powiadomię mailowo.

piątek, 14 grudnia 2012

Tymczasem w księgarniach - "Atlas chmur"

Trzecia powieść w dorobku brytyjskiego pisarza Davida Mitchella zyskuje nowe życie wraz z premierą jej kontrowersyjnej ekranizacji; omawiane poniżej wznowienie „Atlasu chmur” opatrzono nawet stosowną okładką z grafiką zapożyczoną z plakatu filmowego.

Atlas Chmur (7/10)

Mitchell już wcześniej – w wydanych także i u nas „Widmopisie” oraz „Śnie numer 9” –  podejmował się eksperymentów formalnych, rezygnując z tradycyjnej, liniowej narracji i klasycznej struktury powieści na rzecz swoistego eksperymentu. Także w pewnym stopniu lingwistycznego, gdyż „Atlas chmur” to mieszanka powieści epistolarnej, dziennika, kryminału i dystopicznego science-fiction; każda z sześciu pozornie niezależnych od siebie, ułożonych na przemian historii rozgrywa się w innym przedziale czasowym, co wymagało odpowiedniej stylizacji językowej. Kolejne opowieści (poza szóstą, centralną) urywają się w kulminacyjnym momencie i są kontynuowane dopiero w drugiej części książki, w odwrotnym porządku chronologicznym; wtedy też oczywiste stają się związki pomiędzy bohaterami poszczególnych segmentów oraz nadrzędny temat utworu, którym jest, w ogromnym skrócie, zniewolenie człowieka przez człowieka.

Co na pierwszy rzut oka może wyglądać  na skomplikowane, jest w istocie dość proste i niestandardowa konstrukcja fabularna „Atlasu chmur” nie rzutuje na stosunkowo bezproblemową przyswajalność dzieła. I choć wolno zastanowić się, po co to wszystko, bowiem intelektualna warstwa powieści nie koresponduje z pomysłową strukturą i sprowadza się do zamieszczonej już na okładce konstatacji, iż nic nie jest przypadkowe, wyrażając tym samym pewien umiarkowany determinizm, błędem byłoby sprowadzenie dzieła Mitchella do rangi sensacyjnej ciekawostki. Już sam elastyczny i giętki styl autora sugeruje, że mamy do czynienia z powieścią nietuzinkową, zaś konsekwentnie poprowadzona fabuła i rozbicie narracji na kilka poziomów dowodzą niemałych ambicji twórczych, może nie do końca zrealizowanych, ale zdecydowanie godnych uwagi.

Recenzja ukazała się w "Dzienniku. Gazecie Prawnej".

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Tydzień w kinie - "Żądze i pieniądze"

Trudno o większego pewniaka niż Stephen Frears – od piętnastu lat nie zaliczył bodajże ani jednej wpadki, a na jego filmy można chodzić do kina praktycznie w ciemno, nawet nie wczytując się w recenzje czy opisy fabuł, kierując się po prostu widniejącym na plakacie nazwiskiem. „Żądze i pieniądze” nie są może spektakularną wpadką, podobne dziełko można by łatwo wybaczyć mniej utalentowanemu artyście i machnąć ręką na tę letnią historyjkę, jakich w kinie tysiące, ale w przypadku angielskiego filmowca jest to potknięcie, którego zlekceważyć nie wolno.

Żądze i pieniądze (4+/10)
 
Scenariusz oparto na bestsellerowym pamiętniku niejakiej Beth Raymer, wczoraj striptizerki, dzisiaj pisarki i dziennikarki. Raymer w swojej książce opisała pełną wybojów drogę, jaką przebyła od erotycznej tancerki i internetowej modelki w serwisach dla dorosłych do bukmachera w Las Vegas. „Żądze i pieniądze” to podkoloryzowany i niepotrzebnie uromantyczniony wycinek z jej biografii.

Miasto neonów jest dla parającej się prywatnym tańcem dla nie zawsze stabilnych psychicznie klientów Beth niczym ziemia obiecana i nawet kariera kelnerki wydaje się alternatywą lepszą niż wszystko to, co ma jej do zaoferowania rodzinne miasto. Pakuje więc graty do auta i rusza na poszukiwanie szczęścia. Materializuje się ono pod postacią Dinka, lokalnego speca od spekulacji i zakładów bukmacherskich o twarzy Bruce'a Willisa. Beth działa jak istny amulet szczęścia, więc zostaje od razu przez niego zatrudniona, co nie podoba się skrajnie zazdrosnej żonie Dinka – jest już jednak za późno, bowiem i jedno, i drugie nie może zebrać myśli, kiedy się ich rozdzieli. Mężczyzna zmuszony jest przemyśleć swój układ z małżonką, a dziewczyna szybko się odkochać, co nie będzie aż takie trudne, bo na horyzoncie zjawia się przystojny dziennikarz Jeremy.

Szczęśliwie „Żądze i pieniądze”  nie stają się kolejną opowiastką od zera do milionera, choć przesycone są słodyczą niczym z produkcji przeznaczonej dla publiki nastoletniej; i właśnie w niedookreśleniu widowni docelowej leży jeden z głównych problemów filmu Frearsa. Zbyt to grzeczne i zachowawcze dla dorosłych, zbyt mało interesujące dla młodszych. Sam humor jest letni, fabuła w gruncie rzeczy infantylna, a postacie widzowi obojętne – mimo znakomitej obsady i świetnej roli Rebekki Hall jako uroczej, ale nieco naiwnej, dopiero poznającej meandry świata wielkich interesów i dużych pieniędzy Beth.

Recenzja ukazała się w "Dzienniku. Gazecie Prawnej".

piątek, 7 grudnia 2012

Tydzień w kinie - "Frankenweenie"

Frankensteinowski mit stworzenia ożywa w rękach rozmiłowanego w makabresce Tima Burtona, multimedialnego artysty znakomicie rozumiejącego komiczny potencjał tkwiący w horrorze. Dokonując niezbędnych zmian w fabularnym rdzeniu kanonicznej już dla popkultury opowieści, u której problemowych podstaw leży między innymi kwestia wyrzeczenia się odpowiedzialności oraz dosadnie zamanifestowany lęk przed wydawałoby się nieograniczonymi możliwościami nauki uosabiany przez szkaradne monstrum, amerykański filmowiec drastycznie zmienia jej wydźwięk. Niepokoje epoki wiktoriańskiej zastąpione zostały dylematami właściwymi postępowemu pokoleniu wchodzącemu w dorosłość już w nowym tysiącleciu. Moralne implikacje samego aktu reanimacji martwego ciała nie pozostają u Burtona bez znaczenia, lecz powiązane są nierozerwalnie z praktycznymi konsekwencjami takiego czynu – zrezygnowano więc praktycznie z kluczowego dla wielu wariacji na temat mitu frankensteinowskiego pytania o etyczność zabawy w Boga

It's (prawie) alive!
Frankenweenie (9-/10)

Tim Burton nie kryje, że „Frankenweenie”  to jedno z jego ukochanych dzieł, od początku pomyślane jako pełnometrażowy film zrealizowany w całości techniką animacji poklatkowej, która fascynowała go od czasu obejrzenia „King Konga” Coopera i Schoedsacka z 1933 roku. Z uwagi na ograniczenia czasowe i budżetowe ciążące na początkującym jeszcze artyście, pierwsza próba sfilmowania tej historii podjęta przed niemal trzydziestoma laty zakończyła się sukcesem połowicznym, bo choć Burtonowi udało się doprowadzić do realizacji projektu, była to zaledwie półgodzinna aktorska namiastka większego projektu. Studio Disney, rozczarowane efektami pracy reżysera, zrezygnowało z jego usług – na ironię to właśnie Burton będzie potem autorem jednego z największych hitów w historii wytwórni, wyświetlonej w 2010 roku „Alicji w Krainie Czarów”.

Frankenweenie” to film osobisty, bowiem Burton widzi w ożywiającym swojego ukochanego, potrąconego przez pędzący samochód psa Wiktorze odbicie samego siebie sprzed lat: energicznego chłopaka z nieokiełznaną wyobraźnią, który na strychu swojego domu kręci amatorską kamerą krótkie horrory inspirowane czarno-białymi klasykami o gigantycznych potworach. I choć dzisiaj jest już w pełni świadomym swojej artystycznej wizji twórcą, Burton nadal pielęgnuje w sobie młodzieńcze fascynacje kinem, które niegdyś go ukształtowało, czemu dawał dowody już wcześniej – chociażby poświęcając jeden ze swoich długich metraży Edowi Woodowi, reżyserowi kojarzonemu z tanim kinem klasy wątpliwej, czy też angażując weterana horrorów Vincenta Price'a.

Tym samym, prócz oczywistej przeróbki mitu frankensteinowskiego – zresztą nie pierwszej autorstwa Burtona, temat ten podejmował już wcześniej chociażby w „Edwardzie Nożycorękim” – opisywany film staje się  także przewrotnym i niedosłownym tekstem autobiograficznym. A także autotematycznym. Hołd oddany złotej erze horrorów Universalu objawia się tutaj w postaci licznych, acz nienachalnych cytatów, które zręcznie wplecione są w akcję filmu. Kinofilskie nawiązania nie przytłaczają właściwej treści filmu, który, w dużym skrócie, namawia do podejmowania kreatywnych działań i właściwego skanalizowania energii wyzwolonej przez młodzieńczy bunt.

Recenzja ukazała się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika. Gazety Prawnej".

"Frankenstein" Danny'ego Boyle'a w Multikinie - konkurs!

Dzisiaj premiera "Frankenweenie" Tima Burtona (recenzja wieczorem), więc okazja jest odpowiednia, żeby ogłosić konkurs; a to nie lada gratka, bowiem mam do rozdania dwa podwójne zaproszenia na specjalny pokaz zrealizowanej dla Royal National Theatre sztuki teatralnej "Frankenstein" w reżyserii Danny'ego Boyle'a z Benedictem Cumberbatchem w roli monstrum i Jonnym Lee Millerem jako Victorem.

Pokaz odbędzie się 13 grudnia o godzinie 18.00 w następujących Multikinach: Bydgoszcz, Gdańsk, Gdynia, Kraków, Poznań Stary Browar, Łódź (Silver Screen), Szczecin, Warszawa Ursynów, Warszawa Złote Tarasy, Wrocław Pasaż, Zabrze.

Żeby zgarnąć jedno z zaproszeń, wystarczy przesłać do mnie maila (adres po prawej) z prawidłową odpowiedzią na poniższe - podchwytliwe - pytanie. Proszę w treści koniecznie podać Multikino, do którego chcesz otrzymać wejściówki oraz swoje imię i nazwisko. Zwycięzców powiadomię mailowo 11 grudnia.

W jaki sposób w powieści Mary Shelley Victor Frankenstein ożywia swoje monstrum?


wtorek, 4 grudnia 2012

Tymczasem w księgarniach - "Pamiętna wizyta i inne utwory..."

Trafia do nas kolejny wycinek z przepastnej bibliografii Edwarda Goreya, amerykańskiego pisarza i ilustratora, człowieka wielu talentów. Postać  to stosunkowo mało znana w tej części świata, a szkoda, gdyż w rodzinnych Stanach jest indywidualnością cenioną nie mniej niż Charles Addams czy Tim Burton. Nieprzypadkowo padły te właśnie nazwiska, gdyż autor „Pamiętnej wizyty i innych utworów...” porusza się w podobnym kręgu estetycznym, choć sztuka wspomnianych dwóch panów wydaje się w porównaniu do utworów Goreya dziełem skrajnego optymisty.

Pamiętna wizyta i inne utwory... (7+/10)

Styl Goreya często określany jest mianem gotyckiego lub wiktoriańskiego, choć sam autor odżegnywał się od podobnych etykiet, tłumacząc, że absurd jest z natury rzeczy ponury. Makabreski zamieszczone w drugim już wydanym w Polsce zbiorze utworów amerykańskiego mistrza purnonensu – tym razem pisanych wyłącznie prozą – to w większości miniaturowe arcydzieła formy, stylu i treści. Proste, acz eleganckie zdania będące w istocie chłodnym i niesamowicie zabawnym komentarzem do narysowanych przez autora ilustracji, przywołują możliwie najczarniejsze, acz skrzące humorem scenariusze. Oto dziewczynka, której po śmierci rodziców w życiu nie spotka już nic dobrego; kontrastowe losy operowej śpiewaczki i jej zagorzałego, maniakalnego wielbiciela; czy przedstawiona w obrazach biografia baletnicy z obowiązkowo złym zakończeniem. Gorey, zamiast dążyć do puenty czy zgrabnego zawiązania intrygi, częściej woli swoje historie przerwać niespodziewaną woltą, zdając się mówić, że życiem rządzi przypadek, więc pozostaje nam po prostu wzruszyć ramionami.

Edward Gorey miał zająć się ilustracjami do powieści Neila Gaimana „Koralina”, lecz kiedy brytyjski pisarz stawiał  ostatnią kropkę, ten, jak na złość, wyzionął ducha – trudno o bardziej ironiczne epitafium dla króla nonsensu.

Recenzja ukazała się w piątkowym wydaniu "Dziennika".

piątek, 30 listopada 2012

Tydzień w kinie - "Siedmiu psychopatów"

I talent na niewiele się zda, kiedy brak natchnienia. Boleśnie przekonuje się o tym pisarz Marty Faranan, od jakiegoś czasu bezskutecznie próbujący tchnąć życie w swój scenariusz filmu o siedmiu psychopatach. Puste kartki notatnika prześladują go jak złośliwe widmo, przypominając, iż nie jest ulubionym dzieckiem żadnej z muz, zaś mglisty zarys fabuły, który zrodził się w głowie Marty'ego jest niemniej poroniony niż film, w którym sam jest jednym z bohaterów – bezczelna dezynwoltura Martina McDonagha jest wręcz prowokująca. Irlandzki reżyser i scenarzysta pozwala sobie bowiem na karkołomną żonglerkę autotematyczną, gdzie Faranan równie dobrze może być jego własnym alter-ego, a przedstawiona w „Siedmiu psychopatach” historia przejaskrawioną wersją procesu powstania opisywanego tutaj filmu.

Siedmiu psychopatów (8+/10)

Scenariusz Marty'ego zaczyna żyć własnym życiem. Pomysły podsuwane mu bezrobotnego aktora i psiego kidnapera Billy'ego okazują się być czymś więcej niż literacką fikcją czy wytworami wybujałej wyobraźni nieco ekscentrycznego przyjaciela i – na nieszczęście ich obu – mają swoje podstawy w rzeczywistości. Dzieło przejmuje kontrolę nad autorem i wymyka się wszelkim próbom okiełznania. Gdy Billy porwie ukochanego psa bezwzględnego gangstera Charliego, a ten ruszy w pogoń za dwoma pechowcami, Marty będzie miał o czym pisać. O ile uda mu się przeżyć.

„Siedmiu psychopatów” to nie tylko rozbudowana metafora traktująca o tworzeniu dzieła filmowego, ale, może nawet przede wszystkim, samoświadome kino, które filmowy postmodernizm interpretuje jako kompletną zgrywę – w tym przypadku z konwencji rządzących komedią sensacyjną. McDonagh lawiruje pomiędzy campową tandetą i scenariuszową błyskotliwością, udowadniając, że w niszy, gdzie praktycznie wszystkie filmy mnoży się i dzieli przez nazwisko Quentina Tarantino, nie każda próba musi podpadać pod epigoństwo.

Doskonali są aktorzy i należy im się osobny akapit – Christopher Walken (noszący w filmie znajome nazwisko Kieślowski) praktycznie ociera się o autoparodię; Sam Rockwell i Woody Harrelson otrzymali iście popisowe role i wywiązali się z zadania brawurowo; doskonałe są epizody Toma Waitsa, Harry'ego Deana Stantona i Longa Nguyena; a i Colin Farrell wcale nie odstaje od reszty obsady, choć trafiła mu się partia najbardziej stonowana. Oto siedmiu psychopatów.

McDonagh mógłby być tym ósmym.

Recenzja ukazała się w dzisiejszym "Dzienniku".


sobota, 24 listopada 2012

Tydzień w kinie - "Sinister"

Co tu dużo gadać - lubię iście kingowskie mise-en-scène. Dom na odludziu. Mroczny sekret z przeszłości. Gość wykonujący wolny zawód, najchętniej pisarski (na krytyka filmowego nadal czekamy), który umożliwi mu wyprowadzkę do rzeczonego domostwa bez większych wyrzeczeń i zatracenie się bez reszty w intrydze. Poza tym wydaje mi się, że pracujący w korporacji facet po dziesięciu godzinach spędzonych za biurkiem nie miałby czasu i ochoty na uganianie się za duchami, a jakikolwiek łomot na strychu skwitowałby co najwyżej wściekłym warknięciem. A pisarz - wiadomo, dostępne są dla niego rejestry wrażliwości nieosiągalne dla zwykłego śmiertelnika.

Sinister (5+/10)

Ellison Oswalt na chleb zarabia, pisząc o prawdziwych zbrodniach. Nie lada gratką jest więc dla niego znaleziony na strychu nowego domu projektor wraz z ośmiomilimetrowymi taśmami, na których zarejestrowano brutalne zbrodnie sięgające jeszcze lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Oswalt ogląda makabryczne filmy raz po raz, próbując doszukać się w tym wszystkim jakiegoś klucza. Niczym David Hemmings w "Powiększeniu" (a może raczej w "Głębokiej czerwieni") wpada w istną obsesję: analizuje poszczególne kadry, próbując ustalić tożsamość mordercy, którego twarz, delektującą się widokiem umierających, dostrzega kątem oka; wciąż umyka mu jednak jeden istotny szczegół - kto nakręcił owe filmy? Zaryzykuję stwierdzenie, że widz domyśli się od razu.

"Sinister" rządzi pewna regularność - noc zawsze przynosi stukot i strachy, dzień staje się bezpiecznym azylem. Ten swoisty porządek szybko przyzwyczaja widza do konstrukcji fabularnej filmu. Bać się mamy dopiero po zmroku, a dopóki świeci słońce, wraz z Oswaltem krok po kroku poznajemy szczegóły zbrodni. Zabieg ten okazuje się stosunkowo udany, gdyż faktycznie napięcie rośnie wraz z nastaniem nocy i nasz mózg przechodzi w tryb pełnego lęku oczekiwania na to, co nadejdzie, choć lenistwo scenarzystów jest oczywiste. Straszenie w "Sinister" opiera się bowiem na jump-scares i żerowaniu na mimowolnych odruchach psychosomatycznych widza; nagły huk dobiegający z głośników sprawi przecież, że nawet umarlak podskoczy w fotelu. Oczekiwanie na kolejną dźwiękową napaść przypomina zawieszenie towarzyszące chwili przed wybuchem rzuconej przez nas petardy.

I to praktycznie wszystko - "Sinister" nie oferuje wiele więcej, a na domiar złego kompletnie zepsuty finał całkowicie odziera film z napięcia i kino opuszczamy zrelaksowani jak po dobranocce. Brawa należą się za motyw z taśmami Super8 (nie chcę zdradzać zbyt wiele, więc powiem jedynie, że nad wszystkim unosi się nieco już zwietrzały duch "Ringu"), bo sam złapałem się na tym, że próbowałem zapamiętać jak najwięcej szczegółów z domowych seansów Oswalta, żeby czym prędzej rozwikłać zagadkę.

Nawiązując do poprzedniej metafory, mimo oczywistych zalet, porównałbym "Sinister" do niewypału. Nie ma co się oszukiwać - przeciętne nie jest dobre.

piątek, 23 listopada 2012

Tydzień w kinie - "Comic-Con Epizod V: Fani kontratakują"

Nadzieja – kluczowe słowo zawarte w oryginalnym tytule filmu Morgana Spurlocka zatraca się w polskim przekładzie. A szkoda, bowiem to ono definiuje, co właściwie zdaje się symbolizować Comic-Con dla sporej części ściągających do San Diego uczestników konwentu. I nie chodzi bynajmniej jedynie o mglistą nadzieję otarcia się gdzieś w tłumie o ulubionego rysownika czy podanie ręki scenarzyście, ale o realne urzeczywistnienie marzeń: poczynając od uzupełnienia kolekcji figurek o od dawna niedostępny na rynku egzemplarz, przez zwycięstwo w konkursie kostiumowym, które otworzyć może, jak jednej z bohaterek filmu, drzwi do dalszej kariery, aż do rozpoczęcia współpracy z gigantami przemysłu komiksowego.

Comic-Con Epizod V: Fani kontratakują (8/10)

Comic-Con już dawno przestał być zlotem maniaków komiksu. Stale rosnąca popularność imprezy przyciągnęła wielkie koncerny jak miód pszczoły. Spider-Man czy Batman są tylko jedną z części składowych tej bodajże największej na świecie bezkrytycznej celebracji popkulturowego szaleństwa. To właśnie tutaj swoje pokazy przedpremierowe mają hollywoodzkie blockbustery, a deweloperzy przyjeżdżają z demonstracyjnymi wersjami nowiutkich gier wideo. Pielęgnowane latami przez organizatorów poczucie przynależności pozwala uczestnikom na bezstresowe spędzenie paru dni w otoczeniu ludzi podobnie sfiksowanych na punkcie komiksu czy filmu i całkowicie rozumiejących oddanie się swojej pasji. Tutaj „geek” brzmi dumnie. 

Spurlock odrzuca mechaniczną formułę dokumentalną, a wraz z nią jakiekolwiek pozory obiektywizmu. Jego film to półtoragodzinny wideoklip zrealizowany ku chwale kultury popularnej; amerykański reżyser wręcz chełpi się i puchnie z dumy, że może być jej częścią. Cóż rzec – wolno mu. Bo oczywiście nie o Comic-Con tutaj chodzi, ale o jego uczestników. Nakreślony za pomocą przeplatających się płynnie wątków zbiorowy portret kilkorga ludzi ciągnących do San Diego będzie prawdziwie fascynujący nawet dla tych spoza komiksowego uniwersum.

Recenzja ukazała się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika".

czwartek, 22 listopada 2012

"Siedmiu psychopatów" - konkurs

Jest to, by zacytować klasyka, film o filmie w ramach filmu. Kreskówkowa postmoderna dla dorosłych, w kontekście której zwykło się przywoływać nazwisko Quentina Tarantino, w wydaniu Martina McDonagha ewoluuje ni mniej, ni więcej, tylko w komedię roku. Irlandzki scenarzysta i reżyser ani na chwilę nie traci intymnego kontaktu ze swoim dziełem: wszak opowiada w nim poniekąd o sobie i kto wie, czy „Siedmiu psychopatów” to nie przerysowana, makabryczna wariacja na temat „Ośmiu i pół” Felliniego...

Takimi oto słowami rozpocząłem swoją recenzję w magazynie "Film". Premiera już 30 listopada, więc pora ruszyć z konkursem, w którym do wygrania będą takie oto koszulki inspirowane "Siedmioma psychopatami":


Tradycyjnie - aby mieć szansę na zgarnięcie jednej z koszulek wystarczy obejrzeć zwiastun filmu i przesłać na mój adres maila z prawidłową odpowiedzią na poniższe pytanie:

Jak ma ma imię porwany piesek shih tzu należący do jednego z filmowych psychopatów?


Konkurs potrwa do 29.11.2012.


poniedziałek, 19 listopada 2012

Tydzień w kinie - "Gdzie jest Nemo? 3D"

Ekspansywny połów ryb tropikalnych, uszkodzenie ekosystemów raf koralowych i setki akwariów wylanych wprost do morza lub zlewu – oto niektóre z paradoksalnych skutków globalnej popularności proekologicznej w duchu animacji ze stajni Pixara "Gdzie jest Nemo?". Prosta przecież do odczytania wymowa filmu albo przeszła niezauważona, albo została wypaczona przez bezmyślny konsumeryzm. Nagłe szaleństwo na punkcie hodowli błazenków przypomina analogiczną sytuację sprzed siedemnastu lat, kiedy to po premierze aktorskiego filmu Disneya "101 dalmatyńczyków" setki nakrapianych psów trafiły pod niewłaściwe strzechy. Powtórne wprowadzenie dzieła Andrew Stantona do kin może stać się więc kolejnym sprawdzianem dla zdroworozsądkowości.

Gdzie jest Nemo? 3D (8/10)

Dzisiaj film trafia jednak na ekrany wzbogacony o trójwymiar – morskie głębiny są na dotknięcie ręki i kokietują feeriami barw. Można kręcić nosem na podobne zabiegi, umotywowane oczywiście nie kwestiami artystycznymi, lecz korzyściami finansowymi. Tak czy inaczej wydaje się, że każdy pretekst, aby ponownie zobaczyć dzieło Stantona, jest dobry, bo ten pozbawiony jakichkolwiek znamion cynizmu czy zjadliwej ironii film porusza, w dużym skrócie, wcale ważny temat dorastania do odpowiedzialności – ojcowskiej i synowskiej. "Gdzie jest Nemo?" to już klasyka współczesnej animacji i o jej niepośledniej wartości zapewniać nie potrzeba.

Statystka mówi jasno – zachłysnęliśmy się trójwymiarem. Aż sześć z dziesięciu tytułów zamieszczonych na liście najlepiej zarabiających filmów w historii to produkcje zrealizowane za pomocą technologii 3D, przy czym żaden z nich nie jest starszy niż trzy lata. Liczby wydają się wielce wymowne, choć trzeba pamiętać, iż wpływy z biletów nie przekładają się w tym przypadku na liczbę widzów, wszak wejściówki na seanse trójwymiarowe są odpowiednio droższe, a częstokroć nie daje się nam wyboru pomiędzy wersją płaską a 3D. Zadziwiające, że jeszcze niedawno to James Cameron przestrzegał przed konwersją filmów nakręconych metodą tradycyjną, zarzucając producentom, iż w ten sposób dostarcza się odbiorcy jedynie półprodukt – przypomnijmy, że ostatnio sam wprowadził do kin podrasowanego w ten sposób "Titanica". Specjaliści z Disneya wiedzą jednak lepiej. Sukces finansowy ponownie wprowadzonego do dystrybucji kinowej w zeszłym roku "Króla Lwa" odkręcił kolejny kurek z pieniędzmi i postanowiono pójść za ciosem – po tegorocznej "Pięknej i bestii" za rok w kinach wyląduje "Mała syrenka", a jeszcze tej zimy hit z Pixara "Potwory i spółka". Można przypuszczać, iż bogata oferta studia pozwoli na dozowanie kolejnych filmów z sześciomiesięczną regularnością przez kolejnych parę lat. Zaś w tym świetle trójwymiarowy "Gdzie jest Nemo?" jawi się jako kolejny element przemyślanej machiny promocyjnej, swoisty pomost pomiędzy pierwotną wersją filmu a jego sequelem, który ma trafić do kin w 2016 roku.

Recenzja ukazała się na łamach "Dziennika".

środa, 14 listopada 2012

"Operacja Argo" - konkurs!

Za dwa tygodnie do kin wchodzi "Operacja Argo" Bena Afflecka - oparty na autentycznych wydarzeniach thriller, który miałem już okazję obejrzeć podczas londyńskiego festiwalu i krótko zrecenzować na łamach portalu Onet.pl. Z tej okazji przygotowałem konkurs. Do wygrania będą egzemplarze książki Antonio Mendeza, agenta CIA, który w 1979 roku opracował karkołomny plan wyciągnięcia uwięzionych w Teheranie pracowników amerykańskiej ambasady, przedstawiając ich jako... członków ekipy filmowej realizującej na Bliskim Wschodzie wysokobudżetową produkcję science-fiction. O samej książce pisałem tak: rzeczywistość wyprzedziła fikcję o kilka długości. Operacja wyciągnięcia szóstki zakładników z ogarniętego rewolucyjnym szałem Iranu została przeprowadzona w iście hollywoodzkim stylu. Mogłoby się wydawać, że podobny plan ma szanse powodzenia jedynie na ekranie. A jednak! Tony Mendez krok po kroku opisuje brawurową akcję amerykańskiego wywiadu; jego relacja trzyma w napięciu niczym szpiegowski blockbuster.


Jeśli chcecie wziąć udział w konkursie i zgarnąć dla siebie egzemplarz "Operacji Argo", wyślijcie do mnie maila (adres widoczny po prawej) z odpowiedzią na następujące pytanie:

W którym roku prezydent Bill Clinton odtajnił akta operacji "Argo"?

Konkurs potrwa do 21.11.2012.

piątek, 9 listopada 2012

Tydzień w kinie - "Alex Cross"

Ponoć  na każde siedemnaście sprzedanych w Stanach Zjednoczonych egzemplarzy powieści w twardej oprawie przypada jedna napisana przez Jamesa Pattersona – wyczyn ten trafił parę lat temu na listę  rekordów Guinnessa i do dziś nie został pobity. Nawet Dan Brown, Stephen King i John Grisham razem wzięci nie sprzedają tyle książek, co autor liczącej sobie dwadzieścia tomów serii o Aleksie Crossie. Postać obdarzonego wybitnym intelektem i niespotykaną przenikliwością psychiatry-detektywa na dużym ekranie pojawiła się już dwukrotnie w filmach „Kolekcjoner” (1997) oraz „W sieci pająka” (2001) – w obu pozycjach w roli głównej wystąpił Morgan Freeman. Całkiem sprawne zrealizowane adaptacje prozy Pattersona widzów przekonały, krytyków już nie. A teraz kręcą nosem i jedni, i drudzy.

Trevor Reznik przypakował
Alex Cross (4/10)

Fabułę filmu oparto luźno na dwunastej z kolei powieści z cyklu, z której zaczerpnięto tylko pojedyncze wątki i odpowiednio podrasowano, wzmagając dramaturgię spektaklu. Może dlatego dzieło Roba Cohena opiera się na efektownych zwrotach akcji, a sama intryga kryminalna jest pretekstowa i zostaje podporządkowana frenetycznie zmontowanym scenom bijatyk i pościgów. Cross przez większość czasu biega, skacze i strzela, zaś proces dedukcji zajmuje mu ułamki sekund. Żadna zagadka nie stanowi dla niego wyzwania, co może drażnić amatorów skomplikowanych zbrodniczych układanek.

Za to dwoi się i troi aktorski duet – Matthew Fox jako bezwzględny zabójca na zlecenie imponuje choćby samą fizyczną metamorfozą; na skutek intensywnych ćwiczeń w jego ciele nie pozostał chyba ani gram zbędnego tłuszczu. Tyler Perry, który wcielił się w Crossa, nie ustępuje w niczym Freemanowi, choć nie opuszcza wrażenie deja vu, bowiem wydaje się, iż kopiuje styl brytyjskiego kolegi po fachu, zresztą również typowanemu do tej roli, Idrisa Elby.

Producentów nie zraziło przeciętne zainteresowanie filmem –  prace nad sequelem, adaptacją powieści Pattersona „Podwójna gra”, już trwają.

Recenzja ukazała się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika"

piątek, 2 listopada 2012

Seans bez powodu: "Killer Joe"

Oto gotyk z południa Stanów - obskurne przyczepy kempingowe zastąpiły wysłużone upiorne zamczyska, zaś wampiry i wilkołaki zostały wyparte przez dziwki, ćpunów i utracjuszy. Po seansie z "Killer Joe" kurczak z K-Fried-C już nigdy nie będzie smakował tak samo.

If boots could kill
Podrzędny dealer Chris Smith planuje zabójstwo tak niedoskonałe, że aż komiczne. Zlecenie na jego własną matkę - której pieniądze z ubezpieczenia na życie zdolne są uratować mu skórę - przyjmuje miejscowy gliniarz. Joe Cooper dorabia bowiem do pensji okazjonalnym mordem. Kłopot w tym, że Chris nie ma kasy, a Joe wynagrodzenia nie przyjmuje w ratach ani nie daje na krechę, więc jako swoiste zabezpieczenie bierze sobie nastoletnią siostrę chłopaka. Żeby nie zdradzić meandrów gęstej fabuły, dorzucę tylko parę słów kluczy: przemoc, gwałt, krwawe porachunki i krzywe uśmieszki.

William Friedkin kręci ze swadą godną reżysera młodszego o pół wieku. Oryginalny tagline filmu - A Totally Twisted Deep-Fried Texas Redneck Trailer Park Murder Story - trafia w sedno. Galerii tak zwichrowanych typów nie widziałem na ekranie od dawna, zaś prym pośród socjopatycznej ferajny wiedzie bezbłędny Matthew McConaughey jako Joe Cooper; wystylizowany na teksaskiego kowboja morderca z odznaką to konglomerat wszystkich stereotypów na temat południowca-wieśniaka, z zamiłowaniem do dwunastolatek włącznie. Zresztą Friedkin, choć momentami szafuje sztampą (intencjonalnie!), rozkładając na czynniki pierwsze zacofaną, małomiasteczkową amerykańską mentalność, celnie punktuje hipokryzję jej podstawowych założeń, na czele z hołdem oddanym rodzinnym wartościom.  

Finger lickin' good!

"Killer Joe" został u nas pominięty w obiegu kinowym, lecz w listopadzie trafi na płyty.


środa, 31 października 2012

Hollywood choruje na ADHD - wywiad z Donem Coscarellim

Podczas tegorocznego festiwalu filmowego w Londynie miałem okazję porozmawiać z jednym z reżyserów, których cenię niezmiernie - autorem serii "Phantasm", Donem Coscarellim. Nieprzypadkowo mój wywiad ukazuje się właśnie w Halloween; mam nadzieję, że dzisiaj w niejednym domu z głośników huknie charakterystyczny motyw muzyczny i wkurzony Angus Scrimm zakrzyknie kultowe już "BOOOOOY!".

Odkąd usłyszałem o "John Dies at the End", nurtuje mnie jedna rzecz: czy w tytule kryje się gigantyczny spoiler?

Muszę przyznać, że uwielbiam ten tytuł. Kiedy po raz pierwszy wziąłem do ręki książkę i spojrzałem na okładkę, zdziwiłem się, jak można w ten sposób zdradzić tak istotną informację dotyczącą głównego bohatera. To znakomite zagranie ze strony autora, w końcu przyciąga uwagę jak mało co. Potem przeczytałem powieść i przekonałem się, że to tytuł nieprzypadkowy, jest w nim coś więcej niż pusta sensacja, zapowiada pewną dekonstrukcję przyzwyczajeń czytelniczych. I to samo z widzami, mam nadzieję, robi mój film.


Jak dotarłeś do tej powieści?

Można powiedzieć, że wybrał ją za mnie program komputerowy. Szukałem dobrego materiału na film i przebijałem się przez dziesiątki naprawdę dziwacznych powieści, które kupowałem w jednym z amerykańskich sklepów internetowych, i pewnego dnia dostałem e-mail z sugestią, żebym spróbował także "John Dies at the End". Nie mam pojęcia, jak działają podobne algorytmy, lecz lista powodów, które wymieniono w skierowanej do mnie wiadomości, mających na celu udowodnienie, że jest to idealna pozycja dla mnie, była na tyle przekonująca, że kupiłem tę książkę.


Czyli zadecydował przypadek?

Absolutnie! Od tej pory często kieruję się podobnymi sugestiami. Poprzednią książkę, którą przeniosłem na ekran, "Bubba Ho-Tep", polecili mi znajomi, lecz to co innego, bowiem nikt nie podszedł i nie włożył mi jej do ręki; szukałem wówczas dobrego tekstu do zaadaptowania na potrzeby ekranu, chodziłem po przyjaciołach, pytałem, co ostatnio przeczytali, przeglądałem półki w księgarniach, czytałem recenzje. Wydaje się, że dzisiaj komputery wiedzą lepiej, po jaką książkę powinniśmy sięgnąć.


Zajmiesz się również ekranizacją sequela powieści?

Niewykluczone. Autor obu książek to bardzo inteligentny i pomysłowy człowiek. Jeśli podobał ci się film, koniecznie przeczytaj powieść, bo byliśmy zmuszeni opuścić pewne fragmenty. Sequel jest wspaniały i chciałbym nakręcić film na jego podstawie, lecz wszystko zależy oczywiście od wyniku finansowego "John Dies at the End". Cholera. To byłaby pokręcona rzecz! 

Dalszy ciąg rozmowy przeczytacie w portalu Filmweb.
 


sobota, 27 października 2012

Tydzień w kinie - "Internat"

Ta gotycka opowieść o dorastaniu okazuje się nieco spóźnionym produktem powoli już dogasającego wampirycznego szału, którego pokrewieństwo ze słynną sagą  Stephenie Meyer wydaje się aż nazbyt oczywiste. Zaskakująca będzie więc informacja, że powieść, na podstawie której powstał scenariusz „Internatu”, została opublikowana na kilka lat przed „Zmierzchem”. Być może dlatego brak tutaj tradycyjnego wątku romansowego, zaś nad całym seansem wisi pytanie, czy wampiry faktycznie istnieją. Dzisiaj Rachel Klein, autorka książki „The Moth Diaries”, zapewne z premedytacją wykorzystałaby koniunkturę.

Zwyczajny wieczór w żeńskim dormitorium
Internat (2+/10)

Zresztą nie ma co gdybać, bowiem miałkiej opowiastce nie pomogła nawet obecność Mary Harron, reżyserki odpowiedzialnej między innymi za filmową wersję „American Psycho”, znanej z uwielbienia dla silnych postaci kobiecych. I faktycznie, główne bohaterki filmu rozpisano co prawda pewną ręką, lecz i tak miałką fabułę przytłoczyły buzujące hormony. Kusi, żeby odczytać „Internat” jako rozbudowaną, choć dość prostą, metaforę na temat kiełkującej świadomej nastoletniej seksualności, do tego ukierunkowanej na przedstawicielki tej samej płci. Zresztą Harron sama nakierowuje widza na takową interpretację, każąc nauczycielowi wykładać na zajęciach z literatury „Carmillę”, utwór gotycki uważany za klasykę wampirycznej literatury lesbijskiej. To oczywiście nie jedyny temat filmu; intryga zazębia się, kiedy do akademika przy ekskluzywnej szkole dla dziewcząt wprowadza się nowa uczennica, tajemnicza Ernessa. Bohaterka filmu, szesnastoletnia Rebecca, podejrzewa, że nieśmiała koleżanka może być wampirzycą czyhającą na krew (a niewykluczone, że również i cnotę) jej blondwłosej przyjaciółki o nieprzypadkowym imieniu Lucy – tak samo nazywała się uwiedziona przez Drakulę kobieta z klasycznej powieści Brama Stokera.

„Internat” zainteresuje chyba tylko rówieśniczki bohaterek filmu. Pozostali nie mają sobie czym zawracać głowy.

Recenzja ukazała się w piątkowym wydaniu "Dziennika".

piątek, 19 października 2012

Tydzień w kinie: "W szczękach rekina 3D"

W szczękach rekina 3D (1+/10)
 
Ponoć prędzej można umrzeć w zaciszu własnego domu od przypadkowego oparzenia gorącą wodą z kranu niż na wakacjach jako żer dla rekina – mimo statystyk świadczących na korzyść amatorów opalenizny, od czasu „Szczęk” Stevena Spielberga każdego lata setki plażowiczów rozglądają się niespokojnie pośród fal. Zgon podczas niedzielnych zakupów w okolicznym supermarkecie wydaje się plasować równie nisko w podobnych zestawieniach co oberwanie piorunem. Nic bardziej mylnego. Napad z bronią w ręku to jednak mało; nie daj Boże zostaniemy uwięzieni pomiędzy wyładowanymi makaronem i słoikami z dżemem półkami przez gigantyczną falę tsunami, która przyniosła ze sobą dwa kilkumetrowe rekiny.

O ile ten absurdalny pomysł wyjściowy dałoby się jeszcze przełknąć – wszak horror rządzi się swoimi prawami, niekoniecznie muszącymi współgrać z logiką – tak amatorszczyźnie bijącej z każdej sceny popuścić nie wolno. Wabik w postaci efektu trójwymiarowego to cyniczny żart, bowiem komputerowo wygenerowane rekiny dybiące na życie grupki przyczajonych w zalanych po sufit sklepie spożywczym bohaterów wyglądają jak ramoty przeniesione ze starej gry wideo. Niski budżet i spartaczona robota ekipy odpowiedzialnej za efekty specjalne (a także tej stojącej za kastingiem, montażem, pracą kamery, scenariuszem, reżyserią...) kojarzą się ze standardami producenckimi stacji telewizyjnej SyFy, zajmującej się między innymi realizacją groszowych filmów o zmutowanych potworach. O ile jednak pozycje przeznaczone na mały ekran odznaczają się często pewną dozą humoru i samoświadomości, tak „W szczękach rekina 3D” nie posiada nawet wartości campowej – to spektakl kręcony zupełnie na serio. Nie dość, że nie wykorzystano możliwości, które dał odpowiednio wysoki certyfikat wiekowy i film jest mniej więcej tak samo brutalny co weekendowe kino familijne, to w dodatku napięcie było chyba jedynie w kablach zasilających sprzęt operatora kamery.

Seans z recenzowanym filmem powinien zostać włączony do wspomnianej powyżej statystyki – łatwiej zejść w kinie z nudów, niż dokonać żywota w paszczy rekina.

Recenzja ukazała się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika".

piątek, 12 października 2012

Tymczasem w księgarniach: "Drood"

Drood (7/10)

Charles Dickens nie mógł wyzionąć ducha w gorszym momencie. Pisarz doznał wylewu po całodziennej pracy nad kolejnym fragmentem swojej nowej powieści – bynajmniej nie ostatnim. Publikowana na łamach prasy książka „Tajemnica Edwina Drooda” została ukończona w połowie, ukazało się jedynie sześć z dwunastu planowanych odcinków. Dickens wymyślił intrygę kryminalną i pozostawił czytelników w zawieszeniu; pytanie o tożsamość mordercy nadal jest otwarte, choć niektórzy badacze literatury dowodzą, iż pisarz zdradził jego personalia paru znajomym. Sprawa nadal jednak intryguje; ostatnia powieść Dickensa  doczekała się paru adaptacji filmowych, kilku dopisanych finałów oraz wariacji na temat – wystarczy wspomnieć wydaną u nas bodajże przed dwoma laty „Zagadkę Dickensa” pióra Matthew Pearla.

Ponad ośmiusetstronicowa powieść Dana Simmonsa „Drood” nie ma jednak na celu wyjaśnienia jedynie zarysowanej przez Dickensa zagadki; to raczej próba przepisania fragmentów życiorysu wiktoriańskiego powieściopisarza oraz kreatywna analiza jego osobowości – do tego przeprowadzona oczami Wilkiego Collinsa. Autor poczytnych w owym czasie dzieł cierpi na syndrom Salieriego; narracja pełna jest nie tylko życzliwości, podziwu dla słynniejszego kolegi i troski o jego zdrowie psychiczne, ale też goryczy, szyderstwa i zazdrości. Reaguje więc z niedowierzaniem, kiedy zszokowany przyjaciel opowiada mu o tragicznym wypadku kolejowym w Staplehurst, w którym brał udział (w rzeczywistości Dickens również nie mógł się z wypadku otrząsnąć; przejawem swoistego autoegzorcyzmu jest choćby napisane przez niego opowiadanie „Dróżnik”) i gdzie na własne oczy zobaczył zmorę dobijającą umierających. Makabryczny spektakl popycha pisarza do działania – pragnie odnaleźć demoniczną istotę, która przedstawiła mu się jako Drood. Obsesja Dickensa zaprowadzi obu bohaterów w zakazane, pogrążone w oparach opium rejony Londynu.

Książkę Simmonsa czyta się jak biografię w krzywym zwierciadle. Bogactwo historycznego szczegółu imponuje; powieść jest wręcz przeładowana detalami. Niestety – w tym tkwi jej główna słabość, bowiem niemożność lub niechęć autora do selektywności nierzadko doprowadza do rozproszenia czytelniczej uwagi lub zwyczajnego znużenia. Simmons ma tendencję do zasypywania odbiorcy nadmiarem informacji, na czym cierpi i jego styl, i dynamika narracji, niektóre, na szczęście rzadkie, partie „Drooda” napisane są wręcz siermiężnie. Za to cała ta niewiarygodna historia nie pozwala na odłożenie opasłego tomiszcza na długo. Pomimo przestojów i niepotrzebnych dłużyzn opowieść snuta przez Simmonsa jest intrygująca i odpowiednio złożona, zaś przywiązanie do faktograficznej akuratności i nieoczywista przynależność gatunkowa powieści wynoszą ją do pierwszej ligi literackiej.

Zostajemy zaproszeni do naprawdę dziwacznego świata, gdzie trudno odseparować prawdę od fikcji – szczególnie iż sam narrator miotany jest sprzecznymi emocjami, często jego słowa pisane są na opiumowym haju. Perspektywa Wilkiego Collinsa pozwala spojrzeć na wielkiego powieściopisarza w mniej korzystnym niż zazwyczaj świetle; jego grzechy i grzeszki zostają wyolbrzymione, choć i dobre uczynki nie zostały mu zapomniane.

Recenzja ukazała się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika".

sobota, 6 października 2012

Tydzień w kinie: "Kronika opętania", "Szybki cash"

Kronika opętania (4+/10)

Kolejna internetowa ciekawostka odciska swoje piętno na kulturze popularnej. Otóż niespełna dziesięć lat temu w serwisie aukcyjnym eBay pojawiła się wyjątkowa oferta – chętni mogli licytować drewnianą skrzyneczkę, w której miał znajdować się dybuk. Potencjalnych kupujących zachęciła obszerna relacja sprzedającego traktująca o niewyjaśnionych zjawiskach natury paranormalnej wywołanych samą obecnością tego rzekomo nawiedzonego przedmiotu. Skrzynka przez lata przechodziła z rąk do rąk, aż wreszcie zainteresowało się nią Hollywood. „Kronika opętania” pomija całą internetową otoczkę, pozbywając się tym samym tego, co mogło stanowić o jej wyjątkowości (podobne rozwiązanie fabularne wykorzystał za to amerykański pisarz Joe Hill w swojej książce „Pudełko w kształcie serca”). Pozbawiona pierwotnego kontekstu opowieść o złowieszczym duchu zapożyczonym z żydowskiego folkloru staje się kolejną szeregową historyjką o opętaniu, choć nieznacznie lepszą od poruszającego podobną tematykę „Nienarodzonego” sprzed paru lat. Reżyser Ole Borendal podobno planował swój film jako rozbudowaną metaforę rodzinnych trudów związanych z rozwodem, lecz jego pierwotna intencja rozmyła się we wtórnej i schematycznej fabule.

Ojciec dwóch córek Clyde Brenek (w tej roli Jeffrey Dean Morgan) po rozstaniu z żoną każdą wolną chwilę spędza z dziećmi, folgując ich zachciankom – któregoś weekendu cała trójka zahacza o garażową wyprzedaż i mężczyzna kupuje młodszej Em podniszczone drewniane pudełko. Z dnia na dzień dziewczynka coraz bardziej oddala się od rodziców i siostry, rozmawiając z istotą, która, jeśli wierzyć dziecku, pomieszkuje w skrzyneczce. Piętrzą się dziwności: nowy dom Clyde'a nawiedza plaga ciem, z każdego kąta dochodzą niepokojące odgłosy, zaś Em zaczyna przejawiać niepodobne do niej, prawdziwie aspołeczne zachowania. Diagnoza może być, jak wiemy, tylko jedna – w jej ciele zagnieździł się duch. I w dodatku mówi po polsku.

Szkoda, że rzadko eksploatowany przez horror żydowski folklor zostaje w „Kronice opętania” sprowadzony do nic nieznaczącej roli – równie dobrze moglibyśmy obserwować kolejne zmagania z chrześcijańskim demonem czy arabskim dżinem. Repertuar sztuczek straszących jest tutaj niezwykle ubogi, a brak jakichkolwiek oryginalnych wyróżników, mimo przyzwoitej roboty realizatorskiej, skazuje obraz Borendala na miejsce w drugiej lidzie filmów grozy, pośród dzieł dla widzów niewymagających lub ciekawych każdej nowości granej w kinach.

Recenzja ukazała się w piątkowym wydaniu "Dziennika".

Szybki cash (7/10)

Fascynujące, jak wiele zależy od kilku pociągnięć pędzla charakteryzatora. Joel Kinnaman, aktor znany polskiemu widzowi z popularnego amerykańskiego serialu „Dochodzenie”, gdzie zagrał rolę policjanta-niechluja o niezbyt miłej dla oka aparycji, w szwedzkim hicie kinowym sprzed dwóch lat, który dopiero teraz debiutuje na naszych ekranach, zachwyca urodą modela. To jednak nie tylko ozdoba ekranu, ale bezsprzecznie utalentowany aktor, z renomą wyrobioną w Skandynawii; obecnie pracuje w Hollywood na planie nowej wersji „RoboCopa”.

Już po festiwalu berlińskim w 2010 roku, gdzie wyświetlono „Szybki cash” Daniela Espinosy (w tym roku mogliśmy obejrzeć w kinach jego „Safe House”), wybuchła istna walka o prawa do jego dystrybucji, z której ostatecznie zwycięsko wyszedł amerykański gigant The Weinstein Company. Firmie nie udało się jednak zapewnić sobie praw do realizacji remake’u. Trafiły one do Warner Bros. – osoba reżysera nie jest jeszcze znana, lecz wiadomo, że w głównej roli wystąpi Zac Efron, niegdysiejsza gwiazdka tanecznych produkcji studia Disney, dzisiaj młody aktor poszukujący nowych wyzwań, aby zerwać z niekorzystnym dla jego dalszej kariery emploi.

„Szybki cash” powstał na fali zainteresowania skandynawską prozą kryminalną i sensacyjną – jest to adaptacja bestsellerowej powieści Jensa Lapidusa, która w pierwszym tygodniu wyświetlania w Szwecji zgromadziła w kinach ponad sto tysięcy widzów. Wynik ten uznano za sukces frekwencyjny i niemal natychmiast podjęto decyzję o rozpoczęciu prac nad dwoma sequelami filmu Espinosy. Reżyser jest Chilijczykiem z pochodzenia, wychowanym na szwedzkim przedmieściu wśród Jugosłowian, i odczytał książkę Lapidusa pod kątem własnego dzieciństwa. Wydobył z niej interesujące wątki dotyczące przede wszystkim nie samej intrygi sensacyjnej, będącej oczywiście osią fabularną filmu, ale relacji międzykulturowych mniejszości narodowych.

Dalszy ciąg recenzji na stronie miesięcznika "Kino".

wtorek, 2 października 2012

Rzeczy ulotne - wrzesień

Skończył się wrzesień, pora więc na przypomnienie o niektórych moich dłuższych tekstach opublikowanych na łamach różnych mediów, o których informowałem tylko za pośrednictwem Facebooka, a które możecie przeczytać w całości w sieci. O publikacjach ukazujących się wyłącznie na papierze również informuję na bieżąco na fanpage'u bloga.

Dennis Lehane

piątek, 28 września 2012

Smacznego telewizorku: Szpieg

Pisarz ma w sobie coś ze szpiega – i jeden, i drugi działa samotnie. Dlatego też John le Carré wszelkie wystąpienia publiczne związane z promocją jego książek uznaje za zło konieczne.

Szpieg (29.09/ 20.00 /Canal +)

Niewykluczone, że ma to we krwi, wszak zanim zajął się prozą na pełny etat, zarabiał na życie jako agent w szeregach brytyjskich służb wywiadowczych. Do jego obowiązków należało oczywiście unikanie nadmiernego eksponowania swojej osoby; dlatego zaczął publikować pod pseudonimem – naprawdę nazywa się David John Moore Cornwell. I choć, tak jak James Bond, pracował dla MI6, jego życie nie przypominało szpiegowskiej fikcji spopularyzowanej piórem takich autorów jak Ian Fleming, zresztą również mający za sobą etat w tajnych służbach. Le Carré podkładał podsłuchy, nadzorował agentów, prowadził przesłuchania i w wolnych chwilach pisał książki oparte na swoich szpiegowskich doświadczeniach. Wydana w 1963 roku trzecia powieść autora – „Ze śmiertelnego zimna” – odniosła na tyle duży sukces, że po odejściu z MI6 w wyniku głośnej afery szpiegowskiej z udziałem podwójnego agenta Kima Philby'ego, mógł żyć z pisania.

Hollywood dość szybko zainteresowało się  twórczością byłego szpiega i już w 1965 nakręcono adaptację  wspomnianej książki z Richardem Burtonem w roli głównej. Jeszcze w tej samej dekadzie zekranizowano również debiut  le Carré'a „Budzenie zmarłych” (pod tytułem „Śmiertelna sprawa” w reżyserii Sidneya Lumeta) oraz „Za późno na wojnę” (polski tytuł filmu to „Cudzymi rękoma”). Pozycje te, jak i parę kolejnych, łączy między innymi postać George'a Smileya, szpiega pracującego dla Cyrku – czyli fikcyjnego wydziału brytyjskich tajnych służb, będącego odpowiednikiem MI6 – i bodaj najbardziej rozpoznawalnego bohatera książek le Carré'a. Zmęczony życiem i nierzadko przytłoczony natłokiem obowiązków szpieg jest istną antytezą nieustraszonych herosów i uwodzicieli w typie Jamesa Bonda. Proza brytyjskiego pisarza, tak jak i jej ekranizacje, dalekie są od etosu szpiega propagowanego przez literaturę i kino sensacyjne głównego nurtu. Smiley to bohater targany wątpliwościami natury moralnej i etycznej, żadna jego decyzja nie jest łatwa i nic w jego pracy nie wydaje się oczywiste. Le Carré podkreśla niedoskonałość systemu i jego słabości, budując w ten sposób paralele pomiędzy nami a nimi – tutaj nikt nie ma absolutnej racji. Ową ambiwalencję zrozumiał doskonale Thomas Alfredson, realizując ubiegłorocznego „Szpiega”, adaptację powieści „Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg”, będącej twórczą wariacją na temat sprawy Piątki z Cambridge. Tutaj powodzenie akcji zapewnia nie długopis z wbudowanym laserem i kilka kolejek martini, ale mozolna praca śledcza. „Szpieg” trzyma w nieustannym napięciu, bowiem odkrywa środowisko widzowi nieznane; obserwujemy metodyczne działania agentów MI6 bez efekciarskiego ubarwienia. Postaci są żywe i pełne, próżno szukać dychotomii źli/dobrzy, zaś zimnowojenna atmosfera nasycona jest wzajemną nieufnością i wiszącą w powietrzu paranoją; to kino o wartości demaskatorskiej.

Le Carré to jednak oczywiście nie tylko Smiley i Cyrk. Brytyjczyk napisał chociażby zekranizowane na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat książki „Wydział Rosja” (1990), „Krawiec z Panamy” (2001) oraz „Wierny ogrodnik” (2005); wszystkie trzy filmy, z wyszczególnieniem tego ostatniego, zostały doskonale przyjęte przez widzów i krytykę. Problematyczna okazała się za to adaptacja „Małej doboszki” z 1984 – niewygodny temat politycznych rozgrywek pomiędzy Izraelem a Palestyną rozgorzał za sprawą filmu na nowo, zaś le Carré'a oskarżono o zdradzanie tajników szpiegowskiego rzemiosła. 

Osiemdziesięcioletni pisarz podobno na stałe wycofał się z życia publicznego, choć trudno orzec, czy słowa dotrzyma, wszak wywiadów uznanych za ostatnie udzielił już co najmniej kilku.

Tekst ukazał się pierwotnie w dzisiejszym "Dzienniku".


piątek, 21 września 2012

"Jesteś Bogiem" - wywiad z Leszkiem Dawidem

Od dzisiaj w kinach jedna z najbardziej wyczekiwanych premier tego roku - "Jesteś Bogiem". Z tej okazji rozmawiam z reżyserem filmu Leszkiem Dawidem.


Bartosz Czartoryski: "Jesteś Bogiem" to owoc wieloletnich starań scenarzysty, Macieja Pisuka; jak pan zaangażował się w ten projekt? 

Leszek Dawid: Przeczytałem tekst, kiedy został wydany w formie książki. To był to mój pierwszy kontakt z tym scenariuszem. Dotarłem wtedy do Maćka, zaczęliśmy rozmawiać i okazało się, że nadal jest na etapie poszukiwań reżysera; wymieniliśmy się poglądami na temat kształtu filmu, skonfrontowaliśmy to, co ja sądzę o tekście, co czuje Maciek, i po wielomiesięcznych rozmowach zdecydowaliśmy, że robimy to wspólnie. 

A jak wyglądała współpraca panów z Fokusem i Rahimem, założycielami Paktofoniki? 

Trzeba zaznaczyć, że ogromną pracę wykonał Maciek Pisuk. Przekonał Rahima, Fokusa i rodzinę Magika do idei powstania filmu. A już na etapie pisania tekstu zaangażował ich, by konsultowali wszelkie niuanse tej historii. I kiedy scenariusz był gotowy, wszyscy po prostu go zaakceptowali, zostawiając sprawę otwartą, jeśli chodzi o wybór reżysera i producenta i aktorów. Kiedy rozpocząłem pracę przygotowawcze do filmu, poznałem Fokusa i Rahima i oni "oprowadzili” mnie po swoim świecie. Poznałem ich środowisko i ludzi, o których będę w filmie opowiadał. Zaangażowałem ich w przygotowanie aktorów do roli od strony muzycznej, jeździliśmy wspólnie na koncerty, do studia, spotykaliśmy się też prywatnie w domach. W trakcie zdjęć Rahim i Fokus nie przychodzili na plan. Nie chcieli, nie mieli takiej potrzeby. Potem, już po zmontowaniu materiału zaangażowali się ponownie dbając o muzyczną stronę filmu – nadzorowali aktorów przy nagraniu rapu, sami zaś skomponowali muzykę ilustracyjną i na potrzeby filmu zmiksowali stare kawałki. To była bardzo dobra współpraca. 

Czy był to pana pierwszy tak bliski kontakt z muzyką, z kulturą hiphopową? 

Bardzo cenię hip-hop, lecz nie mogę powiedzieć, że wiedziałem o nim wiele, zanim przeczytałem tekst Maćka. Na pewno nie określiłbym się fanem, dopiero wraz z lekturą scenariusza na nowo tę muzykę odkryłem i poznałem. Gdy robi się taki film jak "Jesteś Bogiem", nie można sobie pozwolić na myślenie, że się dane środowisko zna. Startowałem z pozycji kogoś, kto dopiero w ten świat wchodzi i chce się rozejrzeć wokół. Strasznie mnie to wszystko ciekawiło, to wspaniałe przeżycie, fajne doświadczenie. To interesujący świat, a niewiele o nim wiemy.

Dalszy ciąg rozmowy przeczytacie w portalu Onet.pl.

piątek, 14 września 2012

Jesień żywych trupów - "Resident Evil" nie tylko w kinach

Ostatni kwartał roku przyniesie istną inwazję zombie; chodzące umarlaki z logiem „Resident Evil” na czołach opanują kina, księgarnie i sklepy z grami.


Ponad pięćdziesiąt milionów sprzedanych egzemplarzy gier i powyżej siedmiuset milionów dolarów zysku w box office – oto plon zebrany przez dwie najbardziej dochodowe gałęzie istnego popkulturowego uniwersum, jakie zbudowała japońska firma Capcom, zajmująca się produkcją i dystrybucją gier wideo. I, oczywiście, użyczaniem dochodowej licencji na jeden ze swoich sztandarowych produktów, na którą skusiły się studia filmowe, producenci zabawek i gadżetów, a także wydawcy książkowi i komiksowi. „Resident Evil” – od czasu premiery pierwszej części gry na konsole w roku 1996 – stał się rozpoznawalną na całym świecie marką, przynoszącą niebotyczne dochody. A przecież przepis na fabułę i sposób rozgrywki był śmiesznie prosty; sięgnięto bowiem po klasykę filmów z żywymi trupami i wrzucono gracza w sam środek znanej opowieści. Zabieg ten pozwolił miłośnikom horrorów przeżyć na własnej skórze to, co dotychczas widzieli tylko na kinowym ekranie. Iście filmowa narracja, korzystająca z charakterystycznych dla gatunku chwytów, momentami wręcz cytująca niektóre z dzieł weterana zombie-movies George'a A. Romero, pozwalała osiągnąć efekt wcześniej w historii elektronicznej rozrywki niespotykany. Postęp technologiczny, zmienne wymagania graczy oraz sukces tetralogii filmów powstałych na podstawie gier doprowadziły do przesunięcia akcentów i w ostatnich latach seria główna podążyła w kierunku dynamicznej akcji przy jednoczesnym osłabieniu elementów grozy i praktycznej rezygnacji z napotykanych wcześniej przez gracza łamigłówek i zagadek. Za parę tygodni swoją premierę ma szósta gra z cyklu – nie licząc kilkunastu spin-offów, które pojawiły się na przestrzeni ostatnich szesnastu lat na różne platformy – nad którą, jeśli wierzyć zapewnieniom producentów, pracował personel złożony z sześciuset osób, co czyni z „Resident Evil 6” największą dotychczasową produkcję studia i istny blockbuster świata gier. Capcom do końca roku chce sprzedać siedem milionów egzemplarzy swojego dzieła i wszystko wskazuje na to, że wynik ten zostanie osiągnięty.

Z pewnością w sprzedaży pomoże dzisiejsza premiera – na ekrany wchodzi bowiem piąta już cześć filmowej adaptacji gry z podtytułem „Retrybucja”. Seria kinowych przebojów, które bez litości miażdży krytyka, a uwielbiają widzowie, nie podąża tym samym torem fabularnym, co znany z konsol i komputerów cykl. Paul W. S. Anderson, producent i reżyser, architekt sukcesu filmów spod znaku „Resident Evil”, zapożyczył po prostu nazwy, imiona i miejsca, do których dopisał całkowicie nowy scenariusz i umieścił serię w konwencji action-horror; ikonografia wzięta z filmów grozy jest u niego tylko sztafażem dla widowiskowego spektaklu akcji. Interesujące, iż Anderson nie był pierwszym wyborem na stanowisko reżysera; na początku zaangażowano samego George'a A. Romero, jednak jego wizja nie spodobała się osobom decyzyjnym i po jego udziale w projekcie pozostał jedynie telewizyjny spot reklamujący drugą część gry wideo. Trudno dociec, jak potoczyłyby się losy serii pod batutą amerykańskiego specjalisty od zombie, lecz podobna myśl nie spędza snu z powiek producentom, gdyż to właśnie Andersonowi udało się sięgnąć do portfeli widzów, którzy mają do dyspozycji kilka alternatywnych, tworzonych równolegle wersji świata „Resident Evil”. Pomimo że film czy gra nie zazębiają się fabularnie, to jednak wzajemnie się napędzają. Nie tylko marketingowo. Rozwiązania z gry przenoszone są na ekran i odwrotnie, dlatego, trzymając pada, częściej strzelamy, niż myślimy, a w piątym filmie z serii pojawią się kolejne stwory zaprojektowane przez grafików z Capcom.

Mimo że w Polsce rynek gier i produktów im towarzyszących nie jest tak rozbudowany jak na Zachodzie czy w Japonii, a gadżety związanie z „Resident Evil” można dostać chyba tylko za pośrednictwem Internetu, to w tym roku jedno z wydawnictw komiksowych zajmujących się mangą zdecydowało się wprowadzić na nasz rynek komiks osadzony w zombie-uniwersum stworzonym przez Capcom z podtytułem „Marhawa Desire” – pierwszy tom, którego polska premiera zbiegła się z premierą światową, stoi na półkach od czerwca, zaś premiera drugiego ma miejsce w okolicy daty wydania szóstej odsłony gry. Komiks ten, wcale nie pierwszy osadzony w uniwersum „Resident Evil”, to całkiem interesujące spojrzenie na znane już wątki, gdyż do standardowej fabuły z pograniczna horroru i sensacji wprzęgnięto wątki obyczajowe; rzecz dzieje się bowiem w szkolnym kampusie.

Żywe trupy już nie pragną mózgów, ale naszych telewizorów i konsol.

Tekst ukazał się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika".

poniedziałek, 10 września 2012

Konkurs z "Golemem" Edwarda Lee

"Golem" – nowa na naszym rynku powieść Edwarda Lee, którą miałem niekłamaną przyjemność tłumaczyć – od paru dni stoi na półkach księgarń. Kto jeszcze nie zdążył jej nabyć, trafił pod dobry adres, bo dzięki uprzejmości wydawnictwa Replika mam do rozdania dwa egzemplarze książki.

Żeby otrzymać jeden z nich, wystarczy wysłać na mój adres mailowy (widoczny po prawej) odpowiedź na poniższe pytanie:

Jak nazywa się parowiec, na którym podróżują w prologu bohaterowie powieści "Golem"?

Zaś prolog przeczytacie w całości chociażby pod tym adresem.

Przed lekturą rzućcie jeszcze okiem na okładkę i krótki opis fabuły. Konkurs potrwa do 16.09.2012.

 
Edward Lee, mistrz ekstremalnego horroru, zaprasza w kolejną podróż do krainy makabry!

Nowi lokatorzy stupięćdziesięcioletniego Lowen Mansion nie wiedzą, że ich wymarzony dom wkrótce stanie się miejscem narodzin niewyobrażalnego zła...

Jaką tajemnicę kryje stara posiadłość? Duchy? Potwory? A może jeszcze coś gorszego? Golem to przerażająca, pełna mrocznych niespodzianek powieść wywiedziona ze starej europejskiej legendy. Przed wiekami ulepione z gliny monstrum stawało w obronie słabych i niewinnych; dziś zostanie powołane do życia raz jeszcze... aby rozpętać prawdziwe piekło!

czwartek, 6 września 2012

Tydzień w kinie - "Niezniszczalni 2"

Jeszcze niedawno wieszczyłem zmierzch blockbusterów, jakimś niejasnym dla mnie zrządzeniem losu zapominając o filmie, na który czekałem przecież bodajże dwa lata. Pewno przywykłem już do tego oczekiwania i stało się ono nieodłącznym elementem każdego seansu, dlatego stojąc pod kinową salą i odliczając sekundy do otwarcia drzwi, nie czułem dreszczu emocji, który towarzyszył mi przed premierą pierwszych "Niezniszczalnych". Ba, wtedy co prawda padałem z nóg po wielogodzinnym oczekiwaniu w specjalnym sektorze jednego z londyńskich kin, aby przywitać się z trójcą Stallone-Statham-Lundgren, lecz sama myśl o zobaczeniu wszystkich tych kozaków ponownie w jednym filmie - co ja mówię... w jednym kadrze! - wystarczyła, żeby po usadowieniu się w fotelu przeszły mi po plecach ciarki.

Niezniszczalni 2 (9+/10)

Nie wyobrażam sobie kina akcji - a może i kina w ogóle - bez Schwarzeneggera, bez Willisa, bez Stallone. Dzisiaj praktycznie każdy chłystek, z pomocą paru wygenerowanych na komputerze efektów i kilku kaskaderów, może zostać wyczynowcem; oby miał ładną buzię. Szczęśliwie "Niezniszczalni" stali się nie gwoździem do trumny dawnych gwiazd, lecz odskocznią, niegdysiejsi idole milionów złapali nawet nie drugi, ale trzeci oddech. Bo bez tej inicjatywy z zapowiedzi premier na nadchodzący rok zapewne zniknęłyby nowe propozycje z Arnoldem i Slyem, a Norris nie myślałby o następnym "Zaginionym w akcji". Trudno mi przewidzieć, czy czeka nas renesans kina akcji w starym stylu, kolejna fala klasycznych naparzanek, ale trzymam mocno kciuki, aby tak właśnie się stało.

Zwraca się uwagę w tekstach o "Niezniszczalnych 2" na ciągłe cytaty, nawiązania do słynnych akcyjniaków, niektóre zawoalowane, inne oczywiste, ale nawet i bez nich byłby to film z niewiarygodnym potencjałem autotematycznym, bowiem Stallone czy - jak mawiał niezastąpiony Zygmunt Kałużyński - Szwarcy to chodzące konteksty i niemal każdy ich gest, słowo, ruch można by interpretować dwojako. Aktorzy są oczywiście w tym filmie wartością nadrzędną, lecz wydaje się, że przy okazji sequela zrozumiano, iż filmowi przysłuży się bardziej przemyślany scenariusz i odrobina konsekwencji. Pierwszych "Niezniszczalnych" traktowałem w sporym stopniu jak cyrkową atrakcję, eksperyment, gorączkowy test rynku przeprowadzony na milionach widzów. Dopiero teraz dostałem pełnoprawny film, który wyszedł naprzeciw moim oczekiwaniom.

Mógłbym pisać o "Niezniszczalnych 2" i pisać - o niezłych one-linerach, doskonalszej kreacji postaci, znakomicie wyreżyserowanych scenach walk (montaż!), legendarnych kopniakach Van Damme'a, świetnym wejściu Norrisa, szelmowskim uśmiechu Lundgrena i fikołkach Jeta Li, lecz nie jestem pewny, czy udałoby mi się oddać w pełni ładunek kultu, którym zostaliśmy obdarowani. Po prostu idźcie do kina.



sobota, 1 września 2012

Kino z wysokiego zamku - adaptacje prozy Philipa K. Dicka

Fakt, iż  Len Wiseman zdecydował się  nie na powtórną lekturę  opowiadania Philipa K. Dicka, ale remake dzieła Paula Verhoevena, daje do myślenia.


„Pamięć absolutna” A.D. 2012 zbiera słabe bądź średnie recenzje – choć prominentny krytyk amerykański Roger Ebert ocenił film wysoko – i nie jest to wcale sytuacja odosobniona, bowiem mało który obraz ze scenariuszem zaczerpniętym z prozy Dicka spodobał się prasie branżowej. Istotniejsza od ocen krytyków wydaje się pewna niemożność, a może raczej niechęć twórców filmowych do dosłownego adaptowania książek amerykańskiego pisarza, pełnego oddania ich skomplikowanego charakteru i złożonej problematyki. Powieści i opowiadania Dicka przełożone na język ekranu traktowane są raczej w charakterze bibliotek gotowych pomysłów, skarbnic różnorakich motywów, które da się bez zbędnych utrudnień przenieść na celuloidową taśmę. Tak było chociażby w przypadku „Next” z 2007 roku, gdzie z opowiadania „Złotoskóry” przetrwało bodajże jedynie imię głównego bohatera i jego niezwykła umiejętność widzenia niedalekiej przyszłości, czy też „Tajemnicy Syriusza” z 1995, w której z utworu „Druga odmiana” zapożyczono tylko przewodni motyw fabularny.

Wierność w stosunku do medium wyjściowego nie jest oczywiście wyznacznikiem jakości filmu, bowiem proza Philipa K. Dicka doczekała się paru znakomitych lub chociażby bardzo dobrych adaptacji (choć sam pisarz niestety nie; zmarł w roku 1982). Truizmem, ale i obowiązkiem, będzie wymienienie w tym gronie „Łowcy androidów” Ridleya Scotta, nie tylko bodaj najświetniejszej adaptacji utworu Dicka, ale i klasycznego już dzieła gatunku. Wyjątkowość tego filmu polega jednak nie na hołdowaniu oryginałowi literackiemu, bowiem odstępstwa od fabuły powieści „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?” są znaczące, począwszy od kreacji samego bohatera, jak i replikantów, oraz rezygnacji ze znaczących dla książki motywów, na przykład pominięciu istotnych kwestii związanych z religią zwaną merceryzmem. Scott nakręcił przede wszystkim autorski obraz, który dzisiaj nazwalibyśmy neo-noir w estetyce science-fiction. Reżyser ponoć powieści nawet nie przeczytał, a jednak udało mu się uchwycić jej ducha – scenografią, którą pokazano mu w formie prezentacji i szkiców, zachwycał się sam Dick – oraz zahaczyć o problematykę książki, zresztą przewijającą się przez całą twórczość pisarza, poruszyć temat kryzysu tożsamości i zadać pytania o istotę bycia człowiekiem.

Inną  tematykę, również charakterystyczną dla prozy Dicka, krążącą  wokół wątpliwości co do granic realności świata, który, jak nam się wydaje, znamy i pamiętamy, oraz możliwości wpływania na rzeczywistość poprzez manipulacje umysłem, podejmowali kolejni twórcy – Steven Spielberg w „Raporcie mniejszości”, George Nolfi we „Władcach umysłów” i Paul Verhoeven (no i Len Wiseman) w „Pamięci absolutnej”. O ile żaden z tych filmów nie jest wierną ekranizacją prozy Dicka, tak każdy całkiem udanie eksploruje zaczerpnięte z niej dylematy, wpisując je jednocześnie w ramy dynamicznego kina akcji i sensacji, kładąc nacisk właśnie na elementy gatunkowe i angażując w rolach głównych aktorów kojarzonych z podobnymi produkcjami: Toma Cruise'a (był to zarazem pierwszy z kilku projektów zrealizowanych wspólnie ze Spielbergiem), Matta Damona (kojarzonego z trylogią o agencie Jasonie Bourne'ie) i Arnolda Schwarzeneggera (dla którego „Pamięć absolutna” była pierwszym naprawdę ogromnym sukcesem w box office). Z pewnym zaskoczenie odebrano rozbudowany wątek romansowy we „Władcach umysłów”, który przeważał nad warstwą science-fiction, lecz udowadniał tym samym rozpiętość, bądź co bądź gatunkowej, prozy Dicka, która, jeśli nawet posłużyć się nią pretekstowo, potraktować jako odskocznię, oferuje rozmaite możliwości interpretacyjne i adaptacyjne. A także wizualne, o czym przekonał Richard Linklater w swoim „Przez mroczne zwierciadło”, chyba najwierniejszej jak do tej pory adaptacji twórczości pisarza, w realizacji której wykorzystano technikę rotoskopową.

Rozpoczęta równo trzydzieści lat temu filmowa kariera prozy Philipa K. Dicka zapewne potrwa co najmniej kolejne trzydzieści i remake „Pamięci absolutnej” jest pierwszą jaskółką zapowiadającą następne wariacje, adaptacje i przeróbki. Już teraz wiadomo, że Ridley Scott w 2013 ma zacząć pracę nad kolejnym „Łowcą androidów” – jego nazwisko jako producenta łączy się również z czteroodcinkowym miniserialem telewizji BBC, która wykupiła prawa do ekranizacji „Człowieka z wysokiego zamku” – zaś Michael Gondry ma ochotę przenieść na ekran jedną z najważniejszych powieści Dicka, „Ubik”, do której sam pisarz stworzył scenariusz jeszcze w latach siedemdziesiątych.

Tekst ukazał się w "Dzienniku" (31.08.2012).

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Rzeczy ulotne - sierpień

Dzisiaj miał być jakiś wpis zastępczy, bowiem dochodzę do siebie po czterech dniach Polconu, ale pomyślałem, że jednak zrobię coś użytecznego. Coraz częściej posługuję się Facebookiem w celu komunikowania o moich nowych publikacjach, dla których nie ma miejsca na blogu - głównie dlatego, że nie mógłbym ich umieszczać tutaj w całości, a zrezygnowałem z zajawek - i zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy odwiedzający moją stronę korzystają z wynalazku Zuckerberga, więc raz na parę tygodni w sekcji Rzeczy ulotne będę zamieszczał na blogu linki do niektórych tekstów z bieżącego miesiąca. No to jedziemy:


Archiwum bloga