piątek, 30 grudnia 2011

Lęk i odraza w Puerto Rico

Już jutro Sylwester, a dzisiaj do kin wchodzi "Dziennik zakrapiany rumem" - adaptacja powieści Huntera S. Thompsona z Johnnym Deppem w roli głównej. Z tej okazji napisałem taki oto tekst...

Polski poster z "mistrzowskim" taglinem

Podobno kiedy Hunter S. Thompson poznał Johnny'ego Deppa, studio odprawiło Johna Cusacka, któremu praktycznie obiecano główną rolę w „Las Vegas Parano”, z kwitkiem. Kontrowersyjny dziennikarz uznał, że nikt nie zagra go lepiej niż młodziutki wówczas aktor.

Pomysł na realizację filmu wcale nie był nowy, bowiem po spektakularnym sukcesie książki „Lęk i odraza w Las Vegas”, będącej zapisem wypraw na haju autora do Nevady, projektem interesowali się Martin Scorsese i Oliver Stone. Wielkie plany jednak nie wypaliły i dopiero w roku 1997 na stołek reżysera wskoczył Terry Gilliam i zdjęcia ruszyły z kopyta. Dosłownie, gdyż były członek grupy Mony Pythona miał jedynie dziesięć dni na napisanie scenariusza, co było zadaniem podwójnie trudnym z uwagi na specyficzny charakter prozy Thompsona. Książka nie posiadała jednolitej fabuły, a surrealistyczne, narkotyczne tripy przeplatały się z tym, co doświadczane na trzeźwo. A i przed odtwórcami ról doktora Gonzo, w którego wcielił się Benicio del Toro, oraz Raoula Duke'a, czyli alter-ego Thompsona, zagranego przez Johnny'ego Deppa, rysowało się prawdziwe wyzwanie. Pierwszy przybrał na wadze i zaczął grzebać głęboko w życiorysie pierwowzoru swojego bohatera, prawnika Oscara Acosty; drugi zamieszkał w piwnicy Thompsona na całe cztery miesiące, studiując zachowania swojego przyjaciela. Ba, dzięki staraniom i zaangażowaniu Deppa, praktycznie wszystko, co widzimy na ekranie, łącznie z ciuchami i papierosowym filtrem, należało do słynnego dziennikarza. Ale film, podobnie jak i poprzednia ekranizacja zapisków Thompsona, „Tam wędrują bizony” z 1980 roku, gdzie w postać samego autora wcielił się Bill Murray, poniósł sromotną porażkę w box office. Zarzucano Gilliamowi, iż poświęcił się efekciarskiemu, groteskowemu spektaklowi (faktycznie przygotowanemu niezwykle pieczołowicie, z dbałością o różnorodne efekty wizualne podczas narkotycznego haju w zależności od zażytego przez bohaterów specyfiku), ale w tym przypadku trudno mówić o artystycznym niepowodzeniu – wręcz przeciwnie.

Thompson, prócz niezliczonych esejów, felietonów i artykułów prasowych, pozostawił po sobie, nie licząc „Lęku i odrazy w Las Vegas”, trzy inne powieści – nieopublikowane jeszcze „Price Jellyfish” i „Polo Is My Life” oraz przeniesiony właśnie na ekran „Dziennik rumowy”, napisany w latach sześćdziesiątych, ale wydany dopiero w 1998, zresztą po interwencji Johnny'ego Deppa. Filmowa adaptacja książki, planowana od dziesięciu lat, napotkała na swojej drodze wiele przeszkód i dopiero przed dwoma laty, kiedy pieczę nad projektem przejęła firma producencka należąca do Deppa, rozpoczęto prace. „Dziennik zakrapiany rumem” to właściwie popis aktorski człowieka, który przez lata przyjaźnił się z Thompsonem i został niemalże przez niego namaszczony. Film nie jest szczególnie wierny klimatowi powieści, scenariusz oparto głównie na zabawnych, anegdotycznych sytuacjach, i tę na poły autobiograficzną opowieść o dziwnych przypadkach początkującego dziennikarza w Puerto Rico przerobiono na pełnokrwistą komedię. Reżyser Bruce Robinson wspomina w wywiadach, że alkohol na planie lał się strumieniami, więc zapewne Thompson uśmiechnąłby się z satysfakcją, oglądając pijackie wygłupy Deppa. Zresztą nie byłby też przeciwny liftingowi, któremu poddano jego powieść. Sam przecież pisał z kluczem, ubarwiając swoje reporterskie przygody odpowiednią dozą fikcji, wypracowując tak zwany gonzo journalism, styl dziennikarstwa polegający na bezpośrednim udziale autora w opisywanych zdarzeniach.

„Dziennik zakrapiany rumem” to dopiero drugi odcinek kinowej przygody Deppa z dziełami Huntera S. Thompsona. Na konferencji prasowej aktor zapowiedział, że ma zamiar zabrać się za kolejne ekranizacje. Wydaje się, że Depp odnalazł w Thompsonie bratnią duszę. Jak sam mówi – „Nadal będę grał Huntera. Znajduje w tym pewną pociechę, bowiem czuję się, jakby odwiedzał mnie stary przyjaciel, za którym ogromnie tęsknię”. Thompson popełnił samobójstwo przed sześcioma laty, w wieku sześćdziesięciu siedmiu lat. Koszta jego pogrzebu pokrył Johnny Depp.

Artykuł ukazał się w dzisiejszym "Dzienniku" (30.12.2012)

środa, 28 grudnia 2011

Z archiwum Sherlocka Holmesa

I choć bardzo lubię przygody londyńskiego detektywa w interpretacji Guya Ritchiego, a na kolejny sezon nowego serialu produkcji BBC z Benedictem Cumberbatchem w roli tytułowej czekam niecierpliwie (ostatni odcinek pierwszej serii skończył się nieznośnym cliffhangerem), to i tak w głębi ducha jestem chyba tradycjonalistą, gdy chodzi o Sherlocka Holmesa. Cenię sobie bowiem wysoko oryginalne dzieła Doyle'a, staram się wracać do ulubionych spraw, kiedy tylko mogę, a podczas ostatniego pobytu w Zjednoczonym Królestwie nie oparłem się pokusie i zawitałem znowu na Baker Street, przy okazji nabywając w księgarni świeżutką powieść Kima Newmana traktującą o losach profesora Moriaty'ego. Za granicą wydano całe mnóstwo książek rozwijających wątki z opowiadań Doyle'a, dopisano Holmesowi cały życiorys i dodano do tej swoistej popkulturowej mitologii kolejne rozdziały - życia by Sherlockowi zabrakło, aby rozwiązać te wszystkie zagadki, które powymyślali w apokryfach niezliczeni autorzy. Do czego zmierzam? Ano do tego, że niedawno skończyłem czytać "Dom Jedwabny", nowo opublikowaną relację ze starej sprawy Holmesa, dotychczas czytelnikom nieznaną.


A przynajmniej tak mówi nam autor powieści, Anthony Horowitz. Chodzi pokrótce o to, że sekret tytułowego Domu Jedwabnego był tak plugawy, że doktor Watson, na prośbę swojego przyjaciela, pozwolił ujawnić go dopiero po stu latach. I tak do rąk naszych trafia kolejny odcinek przygód Sherlocka Holmesa niespisany przez Doyle'a. Gdyby jednak to jego nazwisko widniało na okładce, uwierzyłbym w tę bujdę już po przeczytaniu pierwszego zdania - stylizacja językowa jest niemalże perfekcyjna, w czym zapewne także niemała zasługa tłumacza. "Dom Jedwabny" czyta się wybornie, powieść ta nie ustępuje w swojej lekkości dziełom Doyle'a, a postaci i miejsca odwzorowane są z należytą dbałością o detale, dzięki czemu książka stanowi koherentne uzupełnienie opowieści, które już poznaliśmy. Horowitz opiera się modom - ba, wychodzi im naprzeciw, pisze po prąd, bowiem zamiast kolejnej reinterpretacji otrzymujemy tradycyjną historię o Holmesie. Przyznam, że byłem zdziwiony i zaskoczony, gdyż sądziłem raczej, że "Dom Jedwabny" okaże się postmodernistyczną żonglerką znanymi motywami, a przed detektywem z Baker Street postawione zostanie krzywe zwierciadło. O fabule nie wspomnę ani słowem, bo intryga jest gęsta już od początkowych stron i choć stosunkowo łatwo domyślić się, czym jest tajemniczy Dom Jedwabny, to Horowitz symultanicznie ciągnie równie interesujące wątki poboczne. Pozostaje jednak pytanie zasadnicze - po co komu kolejny Holmes, skoro autor nie pozwala sobie na żadne eksperymenty i jedynie kopiuje (bardzo udanie, ale jednak kopiuje) Doyle'a? W odpowiedzi wzruszę ramionami.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Tydzień w kinie - "Mission: Impossible - Ghost Protocol", "Chciwość", "Łowca trolli"

Świąteczny weekend ma się ku końcowi, a więc miejsce przy stole zamieniamy na kinowy fotel. Bo jest co oglądać. Poniżej dwie recenzje ("Chciwość" oraz "Łowca trolli") i notka o nowym "Mission: Impossible".


Chciwość (7+/10)

Ubiegłoroczny oscarowy sukces dokumentu "Inside Job" Charlesa Fergusona dowiódł ostatecznie, że o losach świata decyduje już nie dyktator rodem z apokaliptycznego filmu scence fiction, ale bankier w starannie wyprasowanej koszuli i garniturze za tysiąc dolarów. Dotychczas nowoczesny finansista, skulony przed monitorem komputera i zaszyty w wielopiętrowym biurowcu, jawił się w popkulturze jako twór nieco abstrakcyjny, aż do roku 2008, kiedy to upadek jednego z czołowych banków inwestycyjnych w Stanach Zjednoczonych zapowiedział światowy kryzys ekonomiczny. Kino zareagowało szybko i prócz Fergusona tematem bankructwa firmy Lehman Brothers i jego następstwami zainteresowali się inni filmowcy, między innymi J.C. Chandora, biznesmen zorientowany w branży nieruchomości. Mimo że, jak twierdzi sam reżyser, jego "Chciwość" nie jest próbą odtworzenia tego, co działo się zaledwie przed trzema laty w pokojach konferencyjnych w siedzibie czwartego co do wielkości banku inwestycyjnego w USA, trudno uciec od porównań, skoro tropów pozostawiono wiele – wystarczy wspomnieć chociażby, że prezes nienazwanej w filmie firmy nazywa się John Tuld; szefem Lehman Brothers był Richard Fuld.

Ale i dla widza niezaznajomionego z zagadnieniami z dziedziny ekonomii "Chciwość" pozostaje atrakcyjnym materiałem filmowym z ogromnym potencjałem dramaturgicznym. Spora w tym zasługa obsady, w której znaleźli się tak znamienici aktorzy, jak Jeremy Irons, Kevin Spacey czy Paul Bettany, ale i scenariusza opartego na dialogu. Chandor stosuje mnóstwo prostych sztuczek, aby swój film uczynić łatwiejszym w odbiorze i zrozumiałym dla szerszej publiczności, nie posuwając się przy tym do naiwnych zabiegów narratorskich – na przykład skomplikowane kwestie analityczne tłumaczone są przez pracowników językiem przystępnym, bowiem... dyrektorzy na wyższych szczeblach nie rozumieją terminologii ekonomicznej. Swoich bohaterów Chandor portretuje wyrozumiale, zastawiając tym samym pewną pułapkę na oglądającego, gdyż wszyscy bez wyjątku biorą udział w tym samym spektaklu niegodziwości i obłudy. Kiedy okazuje się, że jedyną szansą, aby zminimalizować straty firmy, jest sprzedaż toksycznych aktywów o niemalże zerowej wartości nawet zaufanym klientom i przyjaciołom, co może doprowadzić do zalania rynku zwyczajnym śmieciem, w zasadzie nikt nie protestuje, licząc na finansowe bonusy, a pieniądze ugaszą każde zarzewie buntu. Polski tytuł trafnie oddaje to, o co w tych rozgrywkach na szczycie chodzi.

Recenzja ukazała się w "Dzienniku" z dnia 23.12.2011.


Łowca trolli (8/10)

Skandynawski horror nie przestaje eksperymentować z charakterystycznymi dla gatunku formułami fabularnymi – do tego rozumianymi po amerykańsku. Wystarczy wspomnieć chociażby ciepło przyjęty, pokazywany przed kilkoma laty także i u nas, norweski „Hotel zła”, który bazował na schematach wypracowanych przez kino typu „slasher”, albo „Zombie SS” (również produkcji norweskiej), będące bezpretensjonalnym hołdem oddanym nie tylko „zombie-movies”, ale i klasycznemu już dla filmu grozy dziełu Sama Raimiego „Martwe zło”. Bodaj najdalej w imitowaniu kinematografii zza oceanu posunął się jednak w „Manhunt – Polowaniu” Patrik Syversen, który perfekcyjnie wystylizował swój obraz na lata siedemdziesiąte, wymieszał wątki z „Wybawienia” Boormana i podrzędnych „survival-horrorów”. Ale intencją reżyserów odpowiedzialnych za te produkcje (i kilka innych) nie było puste naśladownictwo, a raczej przyłożenie pewnego szablonu gatunkowego do warunków skandynawskich. W efekcie powstaje odświeżające kino, o co w skostniałym gatunku trudno. Okazało się, że ten swoisty kulturowy recycling stał się metodą – żywe trupy i uzbrojeni po zęby psychopaci zmaterializowali się nagle w bezkresnych świerkowych lasach, na stromych zboczach gór, do tego po pas w śniegu, co stwarzało zupełnie nowe możliwości rozwoju akcji, choć oparte prawie wyłącznie na nieortodoksyjnym dla takiego kina pejzażu.

Za to „Łowca trolli” idzie krok dalej, nie zatrzymując się na wykorzystaniu techniki „mockumentary”, która po sukcesie „Blair Witch Project” w 1999 roku została przez horror zawłaszczona, zwłaszcza w Stanach. Film w reżyserii André Ovredala jest głęboko osadzony nie tylko w norweskiej przyrodzie, ale przede wszystkim w folklorze. Ale można też określić go mianem nowatorskiego (choć nie rewolucyjnego) – w „Łowcy trolli” absurdalność tematu ściera się z powagą jego przedstawienia, kreując z jednej strony zaskakujący efekt komiczny, z drugiej – nie opuszczając terenu zarezerwowanego uprzednio dla fałszywych dokumentów grozy.

Dalszy ciąg recenzji na stronie miesięcznika "Kino"



Mission: Impossible - Ghost Protocol (8+/10)

Pewnie dostanie mi się za tę analogię, ale co tam - seria "Mission: Impossible" przypomina mi "Obcego". Poszczególne odcinki obu tetralogii zrealizowali reżyserzy o zupełnie innej, unikalnej wizji, co przełożyło się na wyjątkowość każdego z filmów. De Palma wymieszał klimat szpiegowskiego retro thrillera z nowoczesnym kinem sensacyjnym, Woo nakręcił spektakularne widowisko spod znaku kreskówkowego gun fu, a Abrams ulokował swój film gdzieś pomiędzy przygodami Jasona Bourne'a a Jamesa Bonda. Za to Brad Bird przeskoczył ich wszystkich i zrobił jeden z najlepszych akcyjniaków, jaki gościł w naszych kinach w ostatnich latach. Skłonny jestem powiedzieć, że "Mission: Impossible - Ghost Protocol" to definitywny film akcji, bowiem nie rezygnuje ze scen, jakie widzieliśmy już wcześniej w setkach bliźniaczych tytułów, bez których podobne produkcje prawdopodobnie nie mogłoby istnieć, jednocześnie przerabiając je w niepozbawiony oryginalności sposób. Mamy tutaj na przykład pościg samochodowy, ale... z udziałem jednego auta. Ethan Hunt zmuszony jest śledzić głównego złego podczas piaskowej burzy, widoczność jest więc zerowa i nasz bohater zmaga się praktycznie sam ze sobą. Jest też catfight pomiędzy Paulą Patton i Leią Seydoux, finałowy pojedynek w nowoczesnym garażu z unoszącymi się w powietrzu platformami, przywołujący skojarzenia z walką imperatora Palpatine i mistrza Yody w "Zemście Sithów" oraz rewelacyjna, przyprawiająca o zawroty głowy, emocjonująca scena wspinaczki po szklanej ścianie drapacza chmur Burj Khalifa w Dubaju. "Mission: Impossible - Ghost Protocol" to film, z którego nie zapomina się praktycznie żadnej sceny, co nieczęste w przypadku filmu akcji, zazwyczaj pozostającego w pamięci jako rozmazana, upstrzona wybuchami plama. A i w kontekście samego cyklu Bird ma co nieco do powiedzenia, bo choć nie odcina się od znanej formuły i chwilami niemalże cytuje niektóre sekwencje z poprzednich trzech odsłon "M:I", to pozwala sobie na wyraźną ironię i odpowiedni dystans. Plotka głosi, że studio Paramount jest o krok od zapalenia zielonego światła dla piątej części serii. Czekam z niecierpliwością i mam nadzieję, że twórcy zdecydują się zerwać z tym, co do tej pory w sporej mierze stanowiło o atrakcyjności cyklu i Brad Bird usiądzie na reżyserskim stołku po raz drugi.

piątek, 23 grudnia 2011

Moja dziesiątka czyli krótkie podsumowanie roku 2011

Nie lubię podsumowań. Przede wszystkim dlatego, że przeważnie nie mam chęci pisać po raz wtóry o tym samym, a jednocześnie czuję się w obowiązku, aby jednak jakąś listę zamieścić. Wykpię się więc zestawieniem dziesięciu filmów, które wysłałem niedawno do redakcji "Kina" w ramach dorocznego plebiscytu tego zacnego miesięcznika. Oczywiście wielu znakomitych produkcji nie zdążyłem jeszcze nadrobić (jak chociażby "Wtorku, po świętach"), a kilka świetnych tytułów (choćby "Niebezpieczna metoda" czy "X-Men: Pierwsza klasa") nie zmieściło się na liście, więc można ponarzekać na braki w komentarzach. Gdzie to możliwe, podlinkowałem do mojego tekstu o filmie.


1. Rozstanie
2. Drive
3. Wkraczając w pustkę
4. Pogorzelisko
5. Jak spędziłem koniec lata
6. Prawdziwe męstwo
7. Chłopiec na rowerze
8. O północy w Paryżu
9. Super 8
10. Przygody Tin Tina

Planowałem zamieścić jeszcze drugą, a może nawet i trzecią dziesiątkę, lecz byłoby chyba tego zbyt dużo, Zachęcam zatem do dyskusji oraz zapraszam na stronę filmyroku.pl, gdzie znajdziecie kilka innych moich typów, a także listy sporządzone przez moich kolegów i koleżanki po piórze, znamienitych dziennikarzy i krytyków. Pozostaje mi życzyć wszystkiego dobrego i do przeczytania w poniedziałek - będę pisał o nowej odsłonie "Mission: Impossible" i pozostałych premierach weekendu.

środa, 21 grudnia 2011

Your Movie Sucks! - "Coś"

Z lekkim opóźnieniem, ale jest - rozmowa o "Czymś", którą przeprowadziłem z Piotrkiem Plucińskim, krytykiem filmowym i dziennikarzem, autorem znakomitego bloga Off the Record. A w piątek zamieszczę na blogu swoją dziesiątkę najlepszych filmów 2011 roku.


BC: Czy bardzo się pomylę, jeśli powiem, że "Coś" podobało Ci się głównie ze względu na nawiązania do pierwowzoru?

PP: Nie ukrywam, ostatnie sceny - ewidentnie nawiązujące do filmu Carpentera - zaważyły na mojej ocenie. Pomyślałem sobie wtedy: średnio im ta nowa wersja wyszła, ale oryginału nie zepsuli. Słowem, możemy przybić piątkę.

BC: Średnio? Powiedziałbym raczej, że wyszło marnie, a gdybym nie widział wcześniej wersji z 82', to nie wiem, czy obejrzałbym ten film do końca. Kierowała mną głównie ciekawość, ile w tym będzie Carpentera i oryginalnego "Czegoś".

PP: Wydaje mi się, że zbyt wiele jest wokół złego kina gatunkowego, by zaliczyć doń także film Heijningena. To przyzwoicie zrealizowany horror, który - właśnie przez powinowactwo z wersją Carpentera - nie miał raczej szans pokazać się z jakiejś zaskakującej strony. I jeśli patrzeć na nowe "Coś" z tej perspektywy, tym bardziej należy je docenić. Naprawdę zakładałeś, że prequel będzie w stanie mierzyć się z oryginałem na jakiejkolwiek płaszczyźnie?

BC: Nie, absolutnie nie - "Coś" Carpentera to jedna z najlepszych rzeczy, jakie przydarzyły się gatunkowi. Specjalnie nie odświeżałem sobie tego filmu przed seansem, aby nie zaburzyło to mojego odbioru. I uważam, że prequel jako samodzielne dzieło nie prezentuje sobą absolutnie nic ciekawego, jest zrealizowany siermiężnie, pełen scenariuszowych durnot, a to, co w nim dobrego, to kalka z oryginału. Po co było w ogóle zawracać głowę sobie i nam? Nie widzę celowości tego filmu, bo wytłumaczenie, że na bezrybiu i rak ryba mnie nie satysfakcjonuje.

PP: Przecież znasz podstawową zasadę tej branży - kura, która zniosła złote jajo, musi znieść ich jeszcze kilka. Poza tym nie mów, że nie czekałeś na ten film, że nie byłeś ciekaw, co też wymyślili. O to właśnie chodzi, że to nie jest, jak mówisz, samodzielne dzieło. To film w pełni zależny od pierwowzoru. Nazwij to masochizmem, ale ja osobiście lubię wszystkie te przyszywane sequele, prequele i spin offy znanych hitów. Zazwyczaj są mało satysfakcjonujące, ale to powrót do sprawdzonych miejsc, wydarzeń, często też postaci. Ty tego nie lubisz?

BC: Byłbym ostatnim, który skreśla sequel, remake czy cholera wie co jednego ze swoich ulubionych filmów, więc pewnie, że czekałem, bo wyznaję zasadę, iż nawet jeśli coś nie wypali, to i tak mam swój kochany oryginał, więc to win-win situation. Z nowym "Czymś" miałem natomiast problem, bo nie wiedziałem do końca, co oglądam, brak tam było jakiejś samoświadomości. Niby prequel, lecz remake, ale pies (!) z etykietkami - rzadko kiedy mielizny fabularne psują mi zabawę, bo potrafię zawiesić niewiarę i niemal bezkrytycznie łykam nawet kosmiczne bzdury, lecz w "Czymś" twórcy przeszli samych siebie. Dotarło do mnie, że najpewniej zacząłem zauważać absurdy dlatego, iż cała reszta nie potrafiła ich zamaskować. Próżno tam szukać grozy, klimatu, czegokolwiek. Nawet sceny akcji są koszmarne!

PP: Efekty CGI są nędzne, zgoda. Atmosfera już nie ta. Brakuje też psychologicznego napięcia. Ale i tak wydaje mi się, że po prostu za bardzo lubisz oryginał i starasz się równać wersję Heijningena do tamtej perfekcji. Naprawdę nic Ci się nie podobało?

BC: Myślę, myślę i... chyba nic! Albo czekaj, świetny był napis THE THING, który wypłynął na ekran, przez chwilę liczyłem na old school. Poza tym marność nad marnościami. No i muszę zaznaczyć, że nie jestem jednym z tych, którzy są zapatrzeni w oryginalne wersje i przez ich pryzmat patrzą na przeróbki, wręcz uwielbiam wariacje na temat, lecz "Coś" to jednak marna namiastka, produkt odtwórczy.

PP: Chciałbym się z tym kłócić, ale chyba nie potrafię. I tak uważam, że jesteś zbyt surowy, bo na co dzień w kinach puszczają gorsze śmieci, lecz... Staram się sobie przypomnieć jakiś charakterystyczny motyw z wersji Heijningena i... Nic, pustka.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Tydzień w kinie - "Łono"

W tym tygodniu premier jak na lekarstwo, więc tylko jedna recenzja. Nadchodzi również tekst o filmie "Coś", więc nadprogramowy wpis pojawi się jeszcze dzisiaj / jutro.


Łono (4/6)

Urzekający swoim chłodnym, niepokojącym pięknem film w reżyserii Benedeka Fliegaufa podejmuje zagadnienie interesujące, lecz pozostające nadal w sferze dalece teoretycznej. Traktuje bowiem o kobiecie, która traci w wypadku samochodowym mężczyznę będącego jej młodzieńczą miłością i podejmuje próbę przywrócenia mu życia. Rzecz dzieje się w nieokreślonej przyszłości, gdzie klonowanie komórek ludzkich jest już faktem, więc na własne życzenie Rebecca zostaje sztucznie zapłodniona i urodzić ma swojego kochanka. Mimo sugestii, że być może widz zostanie zderzony z istotnymi kwestiami natury moralnej i etycznej dotyczącymi klonowania, „Łono” zbacza w stronę tragicznej historii miłosnej, bazującej na odwróconym kompleksie edypowym. Problematyka jest zagmatwana i niespójna, uniemożliwiająca identyfikację z bohaterami, przez co film ogląda się chwilami niczym naszpikowaną sensacjami, tabloidową ciekawostkę. Ale tak jednoznaczna ocena byłaby dla „Łona” zbyt surowa, gdyż jest to obraz niesłychanie zajmujący chociażby ze względu na scenografię i, mimo wszystko, wiarygodnie zbudowane relacje pomiędzy postaciami. Nadmorski domek, gdzie mieszka Rebecca i jej syn/kochanek, znajduje się nigdzie, na skraju świata, pośród smaganych wiatrem fal i szarego piasku, pod ciemnym, pochmurnym niebem – to metaforyczne łono, w którym dojrzewają bohaterowie i odkrywają podłoże swojej seksualności. Film rozpoczyna retrospektywa, potem akcja przenosi się kilkanaście lat do przodu i Fliegauf ciekawie wygrywa swoiste refreny – sceny z przeszłości korespondują z tymi z teraźniejszości; następuje niejakie powtórzenie miłosnej historii z pierwszej połowy, lecz tym razem Rebecca jest z niej wykluczona, z kochanki przeistoczyła się w matkę, lecz nie chce się z tą rolą pogodzić. Szczęśliwie węgierski reżyser nie kończy filmu pretensjonalnym, hollywoodzkim happy endem, a ostatnie sceny „Łona” pozostawiają finał poza ramkami kadru, pod rozwagę oglądającego.

Recenzja ukazała się w piątkowym "Dzienniku" (16.12.2012).

piątek, 16 grudnia 2011

Krwawe wizje Takashiego Miike

Takashi Miike spokorniał. Ten niegdyś skandalizujący artysta, którego przeładowane skrajną przemocą i perwersyjnym seksem filmy przyprawiały o prawdziwe zawroty głowy, dzisiaj kręci dla dzieci i młodzieży, realizuje zlecenia stacji telewizyjnych, a dla publiki festiwalowej ma w zanadrzu autorskie wersje japońskich klasyków.

Takashi Miike
A więc wydawać by się mogło, iż wreszcie nastał kres trwającej przez lata szaleńczej krucjaty tego enfant terrible azjatyckiego kina. Sam Miike, który chętniej nazywa się aranżerem niż reżyserem, podobnej diagnozie zapewne by zaprzeczył, wszak nadal zachowuje pełną artystyczną niezależność. Bo choć w Europie i Stanach Zjednoczonych pamięta się głównie jego kontrowersyjne horrory i śmiałe yakuza-movies, ten niecodzienny twórca od początku kariery nieustępliwie eksploruje filmowe przestrzenie zarezerwowane dla rozmaitych gatunków. Zresztą według jego wykładni sam koncept gatunku filmowego jest wielce nieprecyzyjny i stworzony został nie dla artysty, a dystrybutora, aby ułatwić mu zaszufladkowanie i sprzedaż filmu.

Pierwsze wyreżyserowane przez niego obrazy trafiały bezpośrednio na srebrny ekran albo do wypożyczalni i sklepów, a i dzisiaj Miike chętnie omija obieg kinowy, ceniąc sobie swobodę, którą dają mu producenci telewizyjni. I choć w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych konsekwentnie zajmował się filmem gangsterskim, międzynarodową sławę zapewnił mu dopiero nieortodoksyjny, perfekcyjnie zrealizowany horror „Gra wstępna”, nakręcony w 1999 roku. Miike dowiódł w nim, że posiada specyficzną wrażliwość na piękno kadru oraz niesamowite wyczucie storytellingu, eksperymentując ze zmurszałymi konwencjami i igrając z przyzwyczajeniami widza. Zapamiętano jednak szczególnie szokujący finał filmu, którym zapracował sobie na łatkę twórcy niepokornego, utrwalając ją w dodatku innym przebojem z tego samego roku: mistrzowskim, mocno brutalnym, postmodernistycznym yakuza-movie „Dead Or Alive: Żywi lub martwi” (kolejne części miały swoje premiery odpowiednio w latach 2000 i 2002). Pojawiły się wtedy – po części uzasadnione – zarzuty o epatowanie blichtrem, tandetą i skrajnie złym smakiem, choć oponenci specyficznego stylu japońskiego reżysera zdają się nie zauważać kontekstu, w jakim Miike korzysta z kontrowersyjnych środków, za ich pomocą dekonstruując i wykoślawiając ograne schematy gatunkowe.

Pozycję Miike na poboczu głównego nurtu ugruntowały późniejsze filmy – krwawa, przerysowana i przez to prześmiewcza adaptacja słynnej mangi „Ichi zabójca”; zrealizowany w surrealistycznej manierze, naszpikowany psychoanalitycznymi symbolami „Gozu”; czy nakręcony w konwencji mockumentary, groteskowy, nawiązujący do „Teorematu” Pasoliniego, „Visitor Q”. Póki co Miike porzucił dawną, szokującą estetykę – to, jak na razie, zamknięty rozdział w bogatej karierze reżysera. Dzisiaj uwaga widzów i krytyki zwrócona jest przede wszystkim w kierunku jego reinterpretacji klasyki kina samurajskiego – „Harakiri – śmierć samuraja” oraz „13 zabójców”. Oba pokazywano już na światowych festiwalach i zostały tam ciepło przyjęte. Miike kolejny raz zaskoczył publiczność, trzymając się tym razem tradycyjnych form opowiadania. Trudno jednak powiedzieć, czy realizacja podobnych produkcji wyznaczy rytm kolejnych lat pracy Takashiego Miike. Na razie pochłaniają go kolejne adaptacje japońskich komiksów i gier wideo.

Tekst ukazał się wcześniej w "Dzienniku" (dodatek "Kultura" z dnia 9.12.2011)

środa, 14 grudnia 2011

Klaustrofobie i romanse

Dzisiaj dwa świeże teksty napisane dla Portalu Filmowego. Pierwszy traktuje o dwóch modelach komedii romantycznej, amerykańskim i brytyjskim, a drugi o popularnych thrillerach klaustrofobicznych.

Kadr z filmu "Cztery wesela i pogrzeb"  

Miłość w czasach popkultury

Komedia romantyczna to rzecz niezwykle pojemna i elastyczna, albowiem jej schemat fabularny da się z łatwością zaaplikować w różnych warunkach. Nieistotna jest szerokość geograficzna, wiek bohaterów, ich majątkowy status i kolor skóry – szablon, od którego odrysowywane są scenariusze filmów tego typu, podlega bezbolesnym adaptacjom.

Oczywiście w kinie zachodnim preferowani są kochankowie młodzi, na których drodze do szczęścia staje jakaś przeszkoda uniemożliwiająca szybkie, miłosne zjednoczenie. Najczęściej jest to były chłopak / dziewczyna, niechętni związkowi bohaterów rodzice albo różnice kulturowe czy klasowe. Od pierwszych sekund wiadome jest jednak, kto komu przeznaczony, i widz może mieć pewność, że w finale wybrzmią weselne dzwony albo chociaż para odejdzie razem w stronę zachodzącego słońca.

Dalszy ciąg w portalufilmowym.pl.

Kadr z filmu "Pogrzebany"

Dramat w czterech ścianach

Radykalne ograniczenie przestrzeni filmowej nie musi być tożsame z wzniesieniem barier uniemożliwiających płynne prowadzenie narracji. Zarówno Alfred Hitchcock, jak i Roman Polański kręcili obrazy intencjonalnie klaustrofobiczne, narzucając sobie pewną dyscyplinę, zmuszającą ich do utrzymania tempa potrzebnego, aby widza nie ogarnęło znużenie podczas oglądania jednej czy kilku postaci poruszających się pośród metaforycznych czterech ścian.

Oczywiście każdy z nich miał swoje specyficzne metody, dzięki którym poszerzał znaczeniowy potencjał tej konwencji – Hitchcock w „Łodzi ratunkowej” dokonał pewnych obserwacji socjologicznych, w „Sznurze” eksperymentował z formą, a „Okno na podwórze” doczekało się niezliczonych analiz pod kątem feminizmu i wojeryzmu; Polański we „Wstręcie” po mistrzowsku zobrazował rozwój choroby psychicznej, a w niedawnej „Rzezi” pokazał iluzoryczność kulturowych masek.

Dalszy ciąg w portalufilmowym.pl.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Tydzień w kinie - "Sylwester...", "Moneyball", "Generał", "Reset", "Wilk".

Kolejny tydzień, kolejne recenzje. Proszę się nie zdziwić, że korzystam z kilku różnych skal ocen - uzależniona jest bowiem od medium, w którym tekst został opublikowany. No to zaczynamy.


Sylwester w Nowym Jorku (2/6)

Pamiętacie „Walentynki” sprzed dwóch lat? To widzieliście już i „Sylwestra w Nowym Jorku”. Mozaika króciutkich, przenikających się ze sobą scenek z udziałem gwiazd pierwszego, drugiego i trzeciego formatu może i przykuwa oko, ale jedynie na chwilę, bowiem ta kolorowa układanka to zbiór powtarzanych po stokroć komunałów o wielu obliczach miłości i odtwarzanych wciąż na nowo, do znudzenia, komediowych chwytów.

Całość w styczniowym numerze miesięcznika "Film".


Moneyball (3/5)

"Moneyball" to film istotny, który obrazuje pewien kierunek, coraz wyraźniej widoczny w tamtejszym kinie – chęć do polemiki z odwiecznymi amerykańskimi wartościami. To film nie o sporcie, ale o walce dwóch postaw, tutaj komputer i ekonomista, który nigdy w życiu nie grał w bejsbol, okazują się bardziej efektywni od rzeszy specjalistów. "Moneyball" dokonuje pewnego przewartościowania, rejestruje ważną zmianę, która dokonała się w amerykańskiej mentalności. Miller powstrzymuje się jednak od hurraoptymizmu, raczej stawia pytanie o sens i znaczenie rzeczonej zmiany, nie udzielając jednoznacznej odpowiedzi.



Generał (5/5)

Buster Keaton mawiał, że "Generał" to jego opus magnum, lecz musiało minąć kilkadziesiąt lat, zanim jego zdanie podzieliła krytyka i widzowie. Obraz ten poniósł w swoim czasie sromotną klęskę finansową i prestiżową. Przyczyn porażki można doszukać się wielu. Zarzucano "Generałowi" na przykład rozpięcie filmu pomiędzy komedią a kinem przygodowym, co dzisiaj poczytujemy za zaletę. Szczególnie, że Keaton znakomicie wyważył swój film dramaturgicznie. Nadal ogląda się go z zapartym tchem i podziwem dla reżyserskiego i aktorskiego kunsztu tego nieprzeciętnego artysty o kamiennej twarzy.

Całość na stronie "Dziennika".

Reset (6+/10)

Mężczyzna uwięziony w zniszczonym, rozbitym po wypadku aucie ma połamaną nogę, jest przygnieciony kilogramami metalu, szkła i plastiku. Nie pamięta nawet, kim jest ani jak się tam znalazł. Na tylnym siedzeniu spoczywa trup, a w zasięgu wzroku tylko gęsty las, ni żywego ducha. Można zdzierać gardło i wołać o pomoc, lecz rozpacz i krzyk przyciągają jedynie majaki i omamy. Tak właśnie wygląda koszmar na jawie głównego (i jedynego) bohatera "Resetu". Film ten jest nieco ponad osiemdziesięciominutowym wycinkiem z wielodniowych zmagań człowieka zmuszonego walczyć o życie z nieprzejednaną naturą oraz własnym, tak przecież niedoskonałym ciałem i płatającym figle umysłem. 

Podobnych filmów było już wiele – chociażby zrealizowane w przeciągu ostatniego roku "Pogrzebany" i "Frozen" – ale fascynują nieodmiennie, gdyż pokazują pewną całkiem prawdopodobną sytuację ekstremalną i, ograniczając filmową przestrzeń i zawężając obsadę aktorską często do jednego tylko wykonawcy, zręcznie manipulują widzem, każąc mu w pełni zidentyfikować się z oglądaną postacią. W "Resecie" jest to o tyle łatwe, że cierpiący na amnezję mężczyzna, odgrywany brawurowo przez Adriena Brody'ego, nie jest obciążony żadnym bagażem przeszłości, może być dosłownie każdym.

Całość w portalu Onet.pl.


Wilk (7-/10)

Do niedawna szwedzkie prawo nie zezwalało na zabicie będącego pod ścisłą ochroną wilka nawet w okolicznościach wyjątkowych. Dzisiaj uciążliwe dla farmerów przepisy nieco złagodniały, ale jeszcze kilka lat temu broniących swoich stad hodowców tropiono niczym wyrachowanych kryminalistów.

Oczywiście istnieje też druga strona medalu, bowiem dochodziło do sporych nadużyć ze strony ludzi skorych do chwytania za strzelbę pod byle pretekstem, a przecież wilk w Skandynawii to nadal gatunek zagrożony. Film Daniela Alfredsona niewiele ma jednak wspólnego z publicystyką czy też próbą polemiki ze szwedzką legislacją, bowiem wzbrania się od jednoznacznej oceny którejkolwiek ze stron, wykazując zrozumienie dla obu. Bo jest "Wilk" w pewnym sensie opowieścią o niemożności pogodzenia racji sprzecznych stron – miasta i wsi – kierujących się odmiennymi zasadami, które nie mają żadnych punktów stycznych. Reguł z jednego środowiska nie da się przeszczepić na grunt drugiego, dochodzi więc do sytuacji z naszego punktu widzenia kuriozalnej. Punktem zapalnym dla filmowej intrygi jest zabicie napastliwego wilka przez dwójkę głównych bohaterów – opiekujących się stadem reniferów Klemensa i młodego Nejla. Rozpoczyna się policyjne dochodzenie przypominające swoją pieczołowitością te z detektywistycznych seriali.

Całość w portalu Onet.pl.

piątek, 9 grudnia 2011

Back to the future ze Stephenem Kingiem

Podczas niedawnej jazdy autobusem usłyszałem przechwałkę jakiegoś faceta, który chełpił się tym, iż w ciągu siedmiu lat nie przeczytał ani jednej książki. Zasmuciłem się lekko, gdyż winę za ten fakt ponoszę między innymi ja, bowiem w swojej nadgorliwości wyrabiam kilkaset procent normy i kto inny sięgać po literaturę już nie musi. A po przeczytaniu nowej książki Stephena Kinga, liczącej sobie bez mała dziewięćset stron, zapewniłem tamtemu panu kolejne lata spokoju.



Stephen King w "Dallas '63" radykalnie odchodzi od gatunku, na którym zdudował swoją literacką karierę i zamiast horroru napisał obyczaj. Pewnie, obecne są w książce wątki nadnaturalne, lecz nie mają one kluczowego wpływu na gatunkową przynależność powieści. Oczywiście jest ona i tak umowna, bowiem King lawiruje pomiędzy historical fiction a sensacją, w końcówce zahaczając wreszcie o fantastykę. Krytyka zachodnia, z małymi wyjątkami, zachwyca się "Dallas '63" i pozostaje zadać sobie pytanie - czy w takim razie King sam wbija sobie nóż w plecy, skoro jego najlepsza od lat książka jest powieścią obyczajową, a nie horrorem? Po co więc zawracać sobie głowę fantastyką? Pytanie zostawiam pod rozwagę.

King z zamiarem napisania historii o skromnym nauczycielu, który przenosi się w czasie, chcąc ocalić Johna Fitzgeralda Kennedy'ego, nosił się już od kilkudziesięciu lat. Nie mam pojęcia, jak pomysł ten ewoluował, ale w końcowcym rozrachunku okazuje się, że został potraktowany pretekstowo - równie dobrze Jake Epping mógłby przenieść się w czasie, aby klepnąć w pupę Marilyn Monroe albo napić się whisky z Humphreyem Bogartem. I to właśnie fabularna dwoistość jest w gruncie rzeczy jedynym (może poza nie do końca udaną, nierówną i zwyczajnie nużącą końcówką) minusem "Dallas '63". Złapałem się niejednokrotnie na tym, że chciałbym czym prędzej przesunąć wzrokiem po stronach, na których King opisuje szpiegowskie praktyki Eppinga, który niezmordowanie śledzi Lee Oswalda i powrócić do sielskiego Jodie, gdzie osiedlił się nasz bohater.

Dziwnie jednak zacząłem ten wpis, ponieważ wyciągam na wierzch wady książki, w której zakochałem się bez pamięci i poświęciłem kilka intymnych wieczorów, a w ciągu dnia odliczałem godziny do chwili, kiedy ponownie sięgnę po tę cegłę. Bo "Dallas '63" to jedna z literackich przygód, które wspominał będę jeszcze długo, książka niemalże perfekcyjna i niesamowicie wciągająca. Czasoprzestrzenna dziura wcale nie znajduje się na zapleczu zapyziałej jadłodajni, gdzie znalazł ją Jake, ale na pierwszej stronie powieści. King jest świetnym obserwatorem rzeczywistości (nawet tej minionej) i widziana jego oczyma Ameryka przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych odmalowana została w najdrobniejszych szczegółach - chylę czoła przed ogromem pracy, jaki musiał włożyć w research. Moja (pop)kulturowa i obyczajowa wizja Stanów z tamtych lat była dotychczas konsekwentnie budowana głównie przez kino - teraz "Dallas '63" dokłada swoją cegiełkę. A jednak stary pisarz też może nauczyć się nowych sztuczek.

środa, 7 grudnia 2011

Simon Bisley - wywiad w "Nowej Fantastyce"

Grudniowa "Nowa Fantastyka" jeszcze przez jakieś dwa tygodnie na półkach, a w numerze moja rozmowa z Simonem Bisleyem, autorem komiksów "Lobo" i "Slaine", której fragment prezentuję poniżej.


Bartosz Czartoryski: Musi podobać ci się w Polsce, skoro przyjechałeś tutaj już po raz drugi w tym roku. 

Simon Bisley: Tak, bardzo mi się podoba! Kilka miesięcy temu byłem w Gdańsku, teraz jestem tutaj. Wiesz, moi prapradziadkowie byli z Polski... wydaje mi się, że z Krakowa. Z kolei mój dziadek należał do polskiego ruchu oporu, brał udział w różnych akcjach dywersyjnych, walczył z Rosjanami. Potem wstąpił do armii, do polskiej dywizji w brytyjskim wojsku, był pod Monte Cassino. A moją babkę, a także matkę, zabrano na przymusowe roboty do Związku Radzieckiego, pracowały w kopalniach na Syberii. Ale udało im się przeżyć. Powracając jednak do twojego pytania – pewnie, że podoba mi się w Polsce, stąd przybyli moi przodkowie, stąd są moi bracia i siostry.

(...)

Czy rysownik komiksów nie jest podobny do gwiazdy rocka? W końcu obaj jeżdżą w trasy.

A nie wiem. Wydaje mi się, że jedno i drugie to sposób na zarobienie kilku groszy, by mieć na czynsz albo za co postawić własny dom. Ale to ciekawa analogia, w końcu obaj tworzymy, tyle że ja zamiast gitary mam ołówek i pędzel. Myślę też, że artysta nie jest w pełni odpowiedzialny za swoje dzieło, za to, co robi, to jego przywilej. Jak już coś zrobi, to zrobi, i od ciebie, jako odbiorcy, zależy, jak to odbierzesz. (...) Kiedy teraz myślę o takim Lobo, widzę siebie, ale ze wszystkimi zębami i długimi włosami. Strasznie byłem wtedy sponiewierany przez los. Co do Slaine'a... nie sposób chyba faceta nie lubić. Chodzi, siecze, dyma co popadnie. Był dla mnie o tyle ważny, że to jedna z tych prac, dzięki którym jestem rozpoznawalny. Na pewnym etapie komiksy te okazały się bardzo dla mnie pomocne, dzięki nim się wybiłem, dostałem szansę. Lobo to już inna bajka, to szalona jazda... przynudzam? Żebyś mi tutaj nie zasnął.

Bez obaw, wytrzymam jeszcze kilka minut.

No to okej. Podczas pracy nad Lobo bawiłem się świetnie, bo ta postać lepiej niż Slaine oddaje moją własną osobowość.

(...)

A zgodziłbyś się narysować coś, co zupełnie cię nie przekonuje, co się kłóci z twoim wewnętrznym "ja"?

Kurde, nie wiem. Tak naprawdę, to zastanawiam się, czy w ogóle wziąłbym się za rysowanie, gdybym mógł w jakiś inny, sensowny sposób zapewnić sobie dostatnie życie. Ale pewnie tak, w końcu to praca, pieprzona praca. Zresztą, jeśli chodzi o moje artystyczne preferencje, chętnie poświęciłbym się malowaniu. Zdecydowanie.

Reszta wywiadu w grudniowym numerze "Nowej Fantastyki".

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Tydzień w kinie - recenzje, recenzje, recenzje...

Na dobry początek tygodnia wrzucam recenzje czterech filmów, które miały swoje premiery w zeszły piątek - "Kobiety z 6. piętra", "Wyścig z czasem", "Anatomia strachu" oraz "Jak ona to robi?".


Niedawno na nasze ekrany wszedł film „Służące”, traktujący o trudnym losie czarnoskórych gospodyń, opiekunek i kucharek z południa Stanów Zjednoczonych w czasach, kiedy segregacja rasowa stanowiła podstawę praw lokalnych. Tytuł ten pada nieprzypadkowo, ponieważ teraz w kinach gości produkcja francuska o podobnej tematyce, ale nieco innym charakterze.

„Służące” lawirują pomiędzy lekką komedią ku pokrzepieniu serc a dramatem społecznym; „Kobiety z 6. piętra” od pierwszej do ostatniej minuty nie tracą gatunkowej spójności: to konsekwentnie zrealizowane, zabawne, wielkoduszne kino. Oczywiście i tutaj nie dało się uniknąć pewnych zagadnień natury społecznej, wszak rzecz dzieje się w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych, do Francji zjeżdżają emigranci z Hiszpanii, zmuszeni do opuszczenia kraju przez ciężką sytuację ekonomiczną frankistowskiego reżimu, a podziały klasowe nadal funkcjonują silnie wśród paryskiego mieszczaństwa.

I podobnie jak „Służące”, film wyreżyserowany przez Philippe le Guaya opisuje proces fraternizacji zupełnie różnych środowisk, choć wnioski z obu seansów płyną nieco odmienne – w „Kobietach z 6. piętra” akceptacja klasy robotniczej przez burżuazję wydaje się możliwa jedynie w skali lokalnej. Ukazana zostaje wszechobecna obłuda, bowiem wyraźnie lewicujący, ulegający indoktrynacji w szkole synowie pana Jouberta, głównego bohatera, krzyczą przy obiadowym stole, że De Gaulle to tyran i morderca, ale jednocześnie okazują wzgardę służącej, choć ojciec chłopców przedstawił ją jako uciekinierkę z kraju trzymanego żelazną ręką Franco. Sympatie polityczne nie są więc wystarczającą przeciwwagą dla podziału klasowego. Ale „Kobiety z 6. piętra” nie brną w polityczne dysputy – to nade wszystko ciepły film o nieustannych próbach serdecznego zrozumienia człowieka przez człowieka. Wątek społeczno-polityczny nie przysłania radosnej w duchu komedii o znudzonym życiem, przedwcześnie starzejącym się mężczyźnie, który odnajduje wreszcie „joie de vivre”.

Dalszy ciąg recenzji na stronie miesięcznika "Kino".


Niespodziewanie dobry thriller science fiction od Andrew Niccola, który wyreżyserował niezłą "Gattacę. Szok przyszłości", a także zdobył Oscara za scenariusz do "Truman Show". Niespodziewanie, bo materiały promocyjne sugerowały młodzieżowe kino z niższej półki. A okazuje się, że "Wyścig z czasem" znakomicie uzupełnia filmografię Niccola, który kolejny raz sięga po estetykę sci-fi i za jej pośrednictwem dotyka kwestii społecznych i politycznych – niestety, zbyt pobieżnie.



Po serii niegrzecznych amerykańskich komedii romantycznych na ekranach gości film ciepły niczym zimowe kino familijne – nikt tutaj nie zostanie ze złamanym sercem. "Jak ona to robi?" wpisuje się w przedświąteczny klimat, ale to produkcja miałka i rozmyta, jakby rozleniwiona i ospała. Próżno szukać w niej mocnego języka i żartów na granicy przyzwoitości, co można poczytać za zaletę, ale brak tutaj pazura, który stanowiłby o jakiejkolwiek wyjątkowości tego tonącego w przeciętniactwie filmu.



Puste sale kinowe, finansowa klapa i cięgi od zachodniej krytyki – w efekcie „Anatomię strachu” zdjęto z amerykańskich ekranów po zaledwie dziesięciu dniach wyświetlania i skierowano do obiegu sklepowego. Joel Schumacher zapewne zdążył już przyzwyczaić się do podobnego odbioru swoich filmów, choć wątpliwe, czy do porażek tak miażdżących można w ogóle przywyknąć. Szczególnie, że w przypadku „Anatomii strachu” otrzymywane baty nie są do końca sprawiedliwe. Pewnie, thriller ten to nic wielkiego, żaden wyczyn, zaledwie przeciętniak, ale na pewno nie zasłużył na tak srogie potraktowanie.

Reszta (razem z oceną 3/6) w grudniowym numerze magazynu "Film".

piątek, 2 grudnia 2011

Seans bez powodu: "The Woman"

Dzisiaj druga odsłona seansu bez powodu. Opowiem o filmie dla mnie szczególnym, bo maczał w nim palce amerykański pisarz Jack Ketchum, którego niezwykle lubię i poważam, a reżyserią zajął się Lucky McKee, twórca fantastycznego "May". Panowie pracowali już razem nad doskonałym "Red" z Brianem Coxem (na marginesie - w styczniu zaczynam tłumaczenie powieści, na podstawie której ten film powstał. Na półkach księgarń powinna pojawić się jeszcze przed wakacjami), więc znają się jak łyse konie. I choć "The Woman" nie jest filmem tak dobrym jak poprzedni projekt spółki Ketchum/McKee, to rzecz interesująca, chociażby dlatego, że multimedialna - panowie pracowali symultanicznie nad scenariuszem i książką. Miałem szczęście przeczytać powieść jeszcze przed jej światową premierą, więc film stracił dla mnie element zaskoczenia, lecz zapewniam, że końcówka będzie dla Was kompletną niespodzianką.


Myślę, że wyszła nam naprawdę niezła rzecz. Miałem szczęście, bowiem cała ekipa,  od Lucky'ego i aktorów aż po technicznych, doskonale rozumiała moją wizję - powiedział mi Jack Ketchum, kiedy po skończonych zdjęciach zapytałem go o jego opinię na temat filmu. I faktycznie - "The Woman" jest wierną adaptacją powieści, będącej trzecią częścią trylogii kanibalistycznej, rozpoczętej książką "Poza sezonem" (w  polskich księgarniach od ponad roku) i kontynuowaną "Potomstwem" (kilka lat temu powstał dość przeciętny film na jej podstawie, a książka w moim tłumaczeniu wyjdzie na wiosnę). Znajomość poprzednich części jest według mnie wskazana, żeby wprowadzić się w atmosferę i dowiedzieć, skąd w ogóle wzięła się tytułowa postać, lecz nie jest to nieodzowne, film broni się sam. A o co w tym wszystkim chodzi? Otóż pan Cleek, małomiasteczkowy prawnik, podczas rutynowej przebieżki po lesie, pomiędzy drzewami wypatruje Kobietę - ostatnią z klanu żerujących w Maine kanibali. Udaje mu się ją pochwycić i zamknąć w piwnicy - wszystko pod pretekstem ucywilizowania dzikuski. Poroniony pomysł to zasłona dymna, bo Cleek to czystej krwi sadysta i zboczeniec. McKee i Ketchum krok po kroku odsłaniają patologie, które toczą pozornie zwyczajną, mieszkającą na uboczu rodzinę. Eskalacja agresji prowadzi do makabrycznego finału. No właśnie, ponoć w Stanach ludzie w kin uciekali z powodu wiader krwi i flaków, które wylewano na planie. To nie do końca prawda, ale z pewnością "The Woman" do grzecznych filmów nie należy. Ode mnie to tyle, zachęcam do oglądania i oddaję głos reżyserowi, bowiem jakiś czas temu miałem okazję porozmawiać z Luckym i posłuchać, co ma do powiedzenia na temat swojego nowego dzieła - Jestem naprawdę zadowolony z "The Woman". Miałem wolną rękę, nikt nie ingerował w to, co robię. Nawet nie masz pojęcia jak bardzo mnie wkurza, kiedy ktoś ciągle szepcze mi do ucha i mówi, co mam robić, to potrafi zamordować film. No i, co istotne, na planie ciągle obecny był Ketchum, mogłem więc konsultować z nim każdy ryzykowny ruch. Dzięki niemu byłem pewien, że nic nie spieprzymy!

Archiwum bloga