środa, 30 listopada 2011

Zbrodnia na białym tle

Miałem dzisiaj zamieścić jakiś oryginalny wpis, lecz z uwagi na natłok obowiązków wspomogę się "przedrukiem". W aktualnym numerze miesięcznika kulturalnego "Odra", w dużym stopniu poświęconego kryminałowi, znalazł się esej mojego autorstwa traktujący o filmowych odmianach opowieści o zbrodni. Poniżej prezentuję fragment tekstu i zachęcam do kupna tego nietuzinkowego czasopisma. Zobowiązuję się też, że w piątkowej aktualizacji powrócę do mojego cyklu seans bez powodu i napiszę o filmie "The Woman", który jest owocem współpracy pisarza Jacka Ketchuma i reżysera Lucky'ego McKee.

Humphrey Bogart jako Sam Spade w "Sokole maltańskim"
Zbrodnia na białym tle

Jakkolwiek trudno znaleźć wspólny mianownik dla ogromu dokonań kina światowego, tak można, posługując się uproszczeniem na tyle znacznym, że aż przez swoją nieprecyzyjność prawie niedopuszczalnym, określić cechę wspólną kryminału, filmu sensacyjnego i horroru – obecność zbrodni. Rzecz jasna, takie kryterium nie jest w istocie żadnym szczególnym, da się je zaaplikować i do komedii, i do, dajmy na to, science-fiction, ale bodaj tylko w tych trzech gatunkach filmowych przestępstwo jest niemal zawsze punktem wyjścia. Myśląc o kryminale, często przed oczyma mamy szaradziarskie zagadki Agathy Christie czy Arthura Conan Doyle'a, dla których, chyba bez wyjątku, zbrodnia jest istnym centrum uwagi, osią akcji i jej podporą. Kanoniczne już pytanie: kto zabił/ukradł? wisi w powietrzu przez cały czas, a finał przynosi ujawnienie upragnionej tożsamości mordercy, tudzież złodzieja. To istna gra z czytelnikiem czy też widzem (jeśli mowa o adaptacjach prozy obojga mistrzów kryminału klasycznego), który wciągnięty jest do zabawy, bo w tych przypadkach zbrodnia faktycznie posiada walor rozrywkowy. Ba, takie jej przedstawienie zmienia nawet wagę czynu, staje się on w gruncie rzeczy niegroźny, bo nieodzowny dla wspomnianej już zabawy. Od początku wiemy, kto dobry, a kto zły i że ten drugi zostanie w końcu ukarany – nie ma odstępstwa od tej reguły. I choć z podobną konwencją literatura i kino praktycznie zerwały, często na rzecz popularnych dzisiaj, nihilistycznych dzieł gatunku albo jego cynicznych przeróbek, nadal model Christie i Conan Doyle'a funkcjonuje w powszechnej świadomości na zasadzie skojarzenia, jako kryminał definitywny. Kiedy więc zdecydujemy się na wykorzystanie teorii zbiorów rozmytych dla literatury oraz filmu kryminalnego i jądrem zbiorów uczynimy „Studium w szkarłacie”, tudzież „Morderstwo w Orient Expressie”, przy wyjściu z założenia, że w centrum twórczości Christie i Conan Doyle'a znajduje się zbrodnia, usprawiedliwimy niejako stwierdzenie, że warunkiem dla zaistnienia kryminału jest przestępstwo, bez niego intryga nie ma prawa się zawiązać. I w tę teorię wpisują się nawet dzieła takie jak „Sokół maltański”, które korzystają ze zbrodni na zasadzie hitchcockowskiego MacGuffina, jako pretekstu dla poruszenia trybów fabularnej machiny. Tak więc, poszerzając nieco tematyczne spektrum kryminału czy też filmu sensacyjnego, bo właśnie o tych dwóch gatunkach powiemy szerzej w dalszej części tekstu, wolno domniemywać, iż mimo że nieodzowna, zbrodnia nie musi być głównym tematem utworu, ale niezmiennie to na jej tle zostają opisani przez autora dzieła bohaterowie i ich zachowania. Na przestrzeni lat perspektywa kryminału filmowego zmieniała się dynamicznie, w zależności od panujących literackich trendów i mód szerokości geograficznej, sytuacji społecznej i politycznej. I choć nakreślenie nawet krótkiej historii kryminału i sensacji oraz ich odmian w kinie głównego nurtu w formie eseju zdawać się może próbą samobójczą, warto ją podjąć, choćby ze względu na niesłabnącą fascynację tymi gatunkami w Polsce. Przyjrzymy się tym mniej standardowym, w porównaniu do wyjściowego kryminału Christie i Conan Doyle'a, odgałęzieniom nurtu, poświęcimy też akapit polskiemu filmowi o zbrodni. Miejscami pozwolę sobie na odejście od klasycznego podziału kryminał/sensacja na potrzeby lepszego i trafniejszego zobrazowania jakiegoś zjawiska, na co zezwala samo kino i jego elastyczna materia, przekraczająca raz po raz gatunkowe podziały. Jak pisała Alicja Helman we wstępie do swojego leksykonu filmów sensacyjnych: film bowiem, generalnie sprawę ujmując, nie jest i nigdy nie był domeną gatunków czystych.

Dalszy ciąg eseju w listopadowej "Odrze".

poniedziałek, 28 listopada 2011

Tydzień w kinie - "Szpieg", "Zamiana ciał", "Syberia. Monamour"

Dzisiaj wymyśliłem sobie, że będę utrzymywał regularność wpisów i zamieszczał je w systemie poniedziałek-środa-piątek. Tym sposobem może uda mi się nie pracować w weekendy i trzymać z daleka od komputera. Tyle słowem wstępu. W zeszły piątek na ekrany weszło kilka znakomitych filmów (ale też i parę gniotów). Poniżej prezentuję recenzje, które napisałem dla "Dziennika", oraz rozmowę o "Szpiegu" z Piotrem Plucińskim, dziennikarzem i krytykiem filmowym, autorem znakomitego bloga Off the Record.



PP: „Szpieg” – mało zachęcający tytuł.

BC: Nijaki. Rozumiem jednak decyzję dystrybutora i jego obawy przed całą litanią „Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg” widniejącą na plakatach.

PP: Gorzej, że decyzja dystrybutora wymogła zmianę także na wydawcy. Re-edycja książki Johna Le Carre’a, która trafiła właśnie na sklepowe półki, również korzysta z tego skrótu. Sam tytuł odnosi się zresztą do popularnej brytyjskiej rymowanki i w dobry sposób podsumowuje fabułę filmu.

BC: Tak, to jest niezwykle interesujące, bowiem wyliczanka ta, w nieco dłuższej formie, służyła niegdyś dzieciom do wróżb. A w filmie mamy czterech podejrzanych, zaś ślady i poszlaki wskazują, że każdy z nich może być tak samo winny, a więc trudność w namierzeniu podwójnego agenta wyrażona jest właśnie poprzez nawiązanie do dziecięcego wierszyka. Innymi słowy – to istne mission impossible.

PP: Uproszczenie tytułu to oczywiste posunięcie marketingowe, ale też swego rodzaju strzał w stopę. Jasne, łatwiej wybrać się na „Szpiega” niż „Druciarza, krawca i coś tam, coś tam” (cytat spod kasy kina), ale rodzi to także pewne oczekiwania. Na moim pokazie część widzów wyglądała na zdezorientowanych formułą filmu, spodziewając się raczej tego, co obiecuje polski tytuł – przejrzystej sztampy. Tymczasem fabuła filmu Tomasa Alfredsona do najklarowniejszych nie należy, przynajmniej nie na pierwszy rzut oka.

BC: Myślę jednak, że i pełny tytuł nie powiedziałby polskiemu widzowi wiele. Problemu upatrywałbym raczej w tym, że obecnie niemalże od każdego filmu oczekuje się przejrzystej sztampy.

Dalszy ciąg dyskusji na Off the Record.


Syberia. Monamour (3/5)

Specyficznemu poczuciu humoru Slava Ross daje wyraz już w tytule swojego filmu – francuskie słowo Monamour opisuje tutaj zapadłą, opuszczoną dziurę na końcu świata, w której czas zatrzymał się gdzieś w zeszłym stuleciu. W jednej z chat mieszka leciwy, bogobojny Iwan i jego siedmioletni wnuk, Lioszka. Żyje im się ciężko, bo wokół las, pośród drzew grasują bandy dzikich psów, a prowiant dostarcza im wujek Jurij, choć i jego spotyka wreszcie marny koniec. Równoległy wątek opisuje poszukiwania młodej prostytutki prowadzone przez dwóch żołnierzy, których zadaniem jest przyprowadzić dziewczynę zwierzchnikowi. Znakomicie sfotografowana, acz wyreżyserowana nieco siermiężnie „Syberia, Monamour” doskonale zamyka w sobie rosyjskiego ducha – łączy brutalny, ale szczery naturalizm z mrocznym poczuciem humoru, unurzanym w kieliszku wódki. No i dotyka tematu, który interesował już niejednego filmowca z tamtych stron – czy można wyzwolić się ze stanu nie będącego ani życiem, ani śmiercią?

Recenzja ukazała się w piątkowym "Dzienniku", lecz nie została udostępniona na stronie, więc wrzuciłem całość.


Zamiana ciał (1/5)

Nieoczekiwana zmiana miejsc i ciał, spowodowana oddaniem moczu do miejskiej fontanny i nieopatrznym wypowiedzeniem skrywanego w głębi ducha życzenia wrzuca dawno już upupionego męża do kawalerki zamieszkiwanej przez jego kumpla obiboka... Ten na życie zarabia rólkami w miękkich pornosach, a wieczorami podrywa dziewczyny w szkole rodzenia. Ale i dla niego los ma coś w zanadrzu – utracjusz będzie musiał sprawdzić się w roli ojca i przykładnego małżonka. Obaj muszą więc odszukać w sobie drugie ja, aby nie zrujnować sobie nawzajem dotychczasowego życia. Po drodze odrobią zaległą pracę domową – Mitch z odpowiedzialności i moralności, a Dave z radości życia i zwyczajnego, codziennego luzactwa.

Dalszy ciąg recenzji na stronie "Dziennika". 

piątek, 25 listopada 2011

Mój weekend z Marilyn

Kiedy piszę te słowa, data polskiej premiery filmu "My Week with Marilyn" nie jest jeszcze znana. Oglądać więc na razie nie mamy co, ale czytać - jak najbardziej. Oto krótkie recenzje dwóch książek, które w ostatnich miesiącach ukazały się nakładem Wydawnictwa Literackiego.


Pięknie wydane „Fragmenty” zawierają, jak mówi sam podtytuł, wiersze, zapiski intymne i listy Marilyn Monroe. Od strony edytorskiej nie można nic temu albumowi zarzucić – świetne, wysokiej jakości fotografie; oryginalne skany prywatnych notatek Marilyn; dołączona do nich transkrypcja i tłumaczenie. Pozycja to niezaprzeczalnie interesująca, bowiem umożliwia czytelnikowi wgląd we wcześniej niepublikowane materiały, do których dostęp mieli jedynie biografowie i historycy filmu. A jednak „Fragmenty” mają wartość chyba tylko w połączeniu z nabytą już wcześniej wiedzą o Marilyn – aby udanie zinterpretować niektóre zapiski i odnieść je do życiorysu gwiazdy, potrzebny jest odpowiedni kontekst, którego opisywana pozycja nie dostarcza. Tak czy inaczej – mieć trzeba.


Książkę "Marilyn Monroe i Arthur Miller" potraktować trzeba jako powtórkę z rozrywki, próbę usystematyzowania pewnych faktów, bowiem żadne białe plamy z życiorysu tych dwóch nietuzinkowych postaci nie zostają zamalowane. Długi na sto osiemdziesiąt stron esej Christy Maerker nie obala żadnych mitów na temat Marilyn, raczej wyraża niemoc autorki, niezdolnej opisać fenomen gwiazdy. Zamiast subiektywnych wniosków i nowej perspektywy otrzymujemy protekcjonalną, napisaną z nadmierną emfazą i egzaltacją charakterystyczną dla tanich, grafomańskich romansideł i tabloidów, krótką historyjkę o równie krótkim małżeństwie. Związkowi Millera i Monroe poświęcono zaledwie połowę książki, reszta to skrótowe biografie aktorki i pisarza, do tego przeniknięte przez irytujące przekonanie autorki, że Marilyn i autora „Śmierci komiwojażera” połączyli bogowie albo przeznaczenie. Tytuł dla początkujących, chcących uporządkować swoją wiedzę, lub... poszukiwaczy sensacji.

A o Marilyn pisałem jeszcze tutaj i tutaj.

środa, 23 listopada 2011

Grzegorz Rosiński opowiada o Thorgalu, a ja o "Statku mieczu"

A oto krótka rozmowa z Grzegorzem Rosińskim, którą przeprowadziłem podczas Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi oraz recenzja nowego tomu o przygodach Thorgala. Na blogu publikowałem już wywiad z innym gościem imprezy, Brianem Azzarello (o tutaj), a w grudniowym numerze "Nowej Fantastyki" znajdziecie zapis mojego spotkania w cztery oczy z Simonem Bisleyem.


Bartosz Czartoryski: Jak grzyby po deszczu wyrastają kolejne spin-offy serii o Thorgalu – była „Kriss de Valnor”, teraz powieść oraz seria o Louve. Czy możemy się spodziewać, że będzie Pan w te projekty aktywnie zaangażowany, czy raczej ograniczy się Pan do rysowania okładek?

Grzegorz Rosiński: Pozostanę przy jednej serii. Myślę, że nie tylko czytelnik, ale i twórca dorasta razem z komiksem i głupio bym się teraz czuł w świecie nastoletnich bohaterów. Szczerze mówiąc, ja nie lubię tych wszystkich odłamów, rozgałęzień, są one według mnie wtórne.

No ale już nawet główna seria poszła w zupełnie inną stronę, bohaterem jest teraz Jolan...

Tak, ale nie mam pojęcia, do czego to wszystko prowadzi, i zaryzykuję nawet stwierdzenie, że sam scenarzysta tego nie wie. Autor lubi przecież czasem zaskoczyć samego siebie. Każdy pisarz odkrywa historię w miarę pisania i nieważne, czy jest to książka, czy komiks. Na tym właśnie polega przyjemność tworzenia, podobnie jest zresztą z malowaniem, muzyką. Nie chodzi, żeby coś zagrać, czy dokończyć obraz, ale kreować coś nowego. To jest frajda.

A czy kiedy wyszedł „Western”, też nie wiedział Pan jeszcze, gdzie podąża? Wydaje mi się, że Pańska droga twórcza była już konsekwentnie zaplanowana, wszak kontynuował Pan przygodę z malowaniem w „Zemście hrabiego Skarbka”, a potem w samym „Thorgalu”.

Do tej zmiany zachęcił mnie scenariusz. Na studiach dowiedziałem się, że ilustrator to taki zawód, w którym każda książka winna być zupełnie nową przygodą, potrzebującą świeżego środka wyrazu. Tak jak inaczej człowiek wybiera się na polowanie do Afryki, a inaczej na Biegun. Kiedy przystępuję do malowania, zastanawiam się zawsze, jak do tego podejść, i staram się nie powtarzać tego, co już zostało zrobione. Do tego służą różne środki wyrazu i taką samą funkcję pełnią komputer i akwarela. Ale nie da się zrobić na komputerze na przykład historii średniowiecznej, tutaj trzeba czegoś żywego, organicznego, ale to się od razu czuje, podpowiada sama opowieść. Przy „Westernie” wzorowałem się na dagerotypach, starych fotografiach, lecz, co ciekawe, nie na filmach, co sugeruje wiele osób. Bo to trochę inna rzecz, ja chciałem oddać atmosferę prawdziwego dokumentu historycznego, a nie, dajmy na to, spaghetti westernu. I wymagało to takiego, a nie innego potraktowania. No i może się pomyliłem, może dało się to zrobić lepiej i postąpiłbym inaczej, gdybym usiadł do tego komiksu dzisiaj. Podobnie z „Zemstą hrabiego Skarbka”. Na potrzeby komiksu ściągałem gazety z tamtego okresu, chciałem poczuć atmosferę epoki, zapach kartek pomógł mi przenieść się w dawne dzieje.

Ale inspiracji szuka Pan nie tylko w dokumentach. Kiedyś bodajże stwierdził Pan, że istną kopalnią pomysłów są złe książki.

Tak jest, bo zawsze na początku procesu twórczego jest słowo. I nieważne, czy to powieść, opowiadanie, scenariusz, czy notatka zapisana na brzegu gazety. Dopiero potem dokonuje się jej adaptacji, a z tego można zrobić film, komiks czy coś jeszcze innego. Według mnie zła książka może zawierać w sobie całe mnóstwo znakomitych pomysłów, ale nieciekawie obleczonych w słowa. Szansę dla nich stwarza więc adaptacja, która zaczyna żyć własnym życiem, nie powiela słabizn pierwowzoru, tworzy nową jakość.

Czy w takim razie podobnie można postąpić z dobrą literaturą?


Dobra literatura ma to do siebie, że nie ma sensu jej adaptować, bo nigdy nie zrobi się nic lepszego od pierwowzoru. Kiedy na podstawie dobrej książki został nakręcony przewyższający ją film? To się nie zdarza, więc jaki jest sens kręcenia słabej adaptacji?

Czyli wynika z tego, że jeśli kiedykolwiek powstanie film na bazie „Thorgala”, to nie dorówna on komiksowi?


To jest trochę inna sprawa, bo „Thorgala” nie da się określić czystą literaturą, to literatura ilustrowana, a może nawet rysowana. Nie ma więc porównania. Na pewno język filmu wymusza pewne rzeczy, a wyklucza inne.

Spore grono czytelników trwających przy serii od lat uważa, że „Thorgal” staje się aż nazbyt młodzieżowy, a serię śledzą z sentymentu. A i Pan sam powiedział na początku naszej rozmowy, że niezbyt dobrze odnajduje się w świecie nastoletnich bohaterów.

No tak, Thorgal jest już w sumie emerytem, więc na pewnym etapie padł pomysł, by skupić się bardziej na jego synu, a ja zacząłem nawet rozważać przekazanie serii młodszym rysownikom, którzy lepiej się czują w tego typu historiach. Dlatego na przykład serię o Kriss robi ktoś inny. No ale czas pokaże, co będzie się działo dalej.


Po uszy w śniegu - recenzja komiksu "Thorgal: Statek miecz"

Uniwersum Thorgala wkracza w decydującą, formatywną fazę – może to brzmieć niewiarygodnie, wszak świat wykreowany przed laty przez duet Rosiński/Van Hamme dawno już osiągnął pełną dojrzałość. A jednak. Zaproponowany czytelnikom spin-off o Louve i rozbudowany wątek Jolana, zawierający się póki co w serii macierzystej, wymusza na niej radykalne rozwiązania scenariuszowe. Poszerzenie cyklu o nowy tytuły, których linie fabularne biegną równolegle, wymaga od autorów dyscypliny, ale i narzuca pewne ograniczenia. Yves Sente w „Statku mieczu”, świeżym tomie o przygodach Wikinga z gwiazd, rozstaje się z Jolanem, co może wydać się decyzją zaskakującą, bowiem poświęcił chłopcu trzy ostatnie tomy. Oczywiste staje się więc, że syn Thorgala doczeka się indywidualnego komiksu i to w nim śledzić będziemy jego dalsze losy. Trzydziesty trzeci odcinek serii to także pożegnanie z Louve, co jest decyzją obiektywną, zważywszy na premierę pierwszego zeszytu z poświęconego jej osobnego cyklu. Ponownie uwaga scenarzysty skupia się więc na Thorgalu, który kontynuuje poszukiwania swojego syna Aniela. Ale „Statek miecz” to komiks znajdujący się na rozdrożu, napisany niepewnie, zachowawczo, jakby Sente po tym, jak odebrano mu wątki poboczne, nie bardzo wiedział, w którą stronę pójść.

Tytułowy okręt to odpowiednik dzisiejszego lodołamacza – na nim żegluje Thorgal w towarzystwie kupców i najemnych wojowników wynajętych do ochrony ładunku. Dla Sente jest to pretekst, aby spowolnić akcję, aby kazać statkowi zawinąć do portu i zatrzymać się choć na moment, przedstawić indywidualną historię, gdzieś na uboczu głównego wątku. Taki one-shot, biorąc pod uwagę częstotliwość publikacji kolejnych odcinków serii, jest decyzją chybioną, szczególnie, że na następny tom poczekamy aż dwa lata. Ze „Statku miecza” nie przyjdzie dowiedzieć się czytelnikom niczego nowego, rys psychologiczny bohaterów nie zostaje pogłębiony. Zjawia się co prawda niespodziewanie postać znana z wcześniejszych zeszytów, lecz jej dalsza rola zostaje jedynie zasygnalizowana. A Thorgal, jak to Thorgal – jedną ręką ratuje z opresji wieśniaków, na których życie dybią niegodziwi rozbitkowie, a drugą zrywa kajdany dziesiątkom niewolników zabranych na okręt i przeznaczonych na sprzedaż.

„Statek miecz” to sztuka dla sztuki, niezbyt zajmujący epizod z życia Thorgala – pośpieszny, skrótowy, protekcjonalny. Nadal ogromnym plusem publikacji pozostają świetne plansze namalowane przez Grzegorza Rosińskiego, przywołujące na myśl kadry z „Władcy gór” – mroczne pejzaże arktycznych mórz i przysypane śniegiem skały to doskonałe tło dla niedoskonałej historii.

poniedziałek, 21 listopada 2011

American Film Festival - podsumowanie

A oto i obiecane, krótkie podsumowanie wrocławskiego festiwalu plus linki do recenzji, o których wcześniej nie informowałem.


Choć zewsząd jesteśmy bombardowani popkulturą amerykańską, rzadko kiedy daje nam ona szansę wglądu w tamtejszą mentalność, okazję do zapoznania się z zachodnią kulturą bez tego często niefortunnego przedrostka, który obecnie definiuje niemal każdy produkt napływający zza oceanu – książkę, film czy komiks. Wrocławski festiwal stał się więc jedną z niepowtarzalnych okazji, aby na własne oczy przekonać się, czym żyje kino znajdujące się poza głównym nurtem, bowiem to właśnie niezależni reżyserzy jak Todd Solondz stanowią aktualnie o wyjątkowości amerykańskiej kinematografii, pogrążonej dzisiaj w odmętach blockbusterów. American Film Festival jest więc przedsięwzięciem o tyle istotnym, że prezentuje zapomniane przez multipleksy oblicze zachodniego filmu. Nie chodzi o to, żeby produkcje niezależne konkurowały z wielkimi, hollywoodzkimi projektami, ale z nimi współistniały – uwielbienie dla jednego nie wyklucza przecież sympatii dla drugiego.

Wszystkie stany kina

Filmem zamknięcia był w tym roku obraz Whita Stillmana "Damsels in Distress" – rozczarowująca komedia, której akcja rozgrywa się w środowisku studenckim; irytująca, zwyczajnie nieśmieszna, zaludniona przez antypatyczne postacie, choć na swój sposób wartościowa, bo osadzona głęboko w amerykańskim kontekście kulturowym. I można powiedzieć, że nawet wtedy, kiedy film nie spełniał pokładanych w nim oczekiwań, to i tak w pewien sposób przybliżał specyfikę bogatej, bo rozciągającej się na znaczną część globu, kultury amerykańskiej. Na przykład "Septien" Michaela Tully'ego, mimo fabularnych niedostatków, mógł zachwycić pejzażem Południa, choć pokazanym w krzywym zwierciadle, w niespotykanym ujęciu. Podobnie "Jack Goes Boating", czyli reżyserski debiut lubianego aktora Philipa Seymoura Hoffmana – choć korzysta z oklepanego schematu fabularnego i w gruncie rzeczy wyważa otwarte drzwi, doskonale wpasowuje się w model lubianego przez twórców niezależnych komediodramatu z outsiderem na pierwszym planie, gdyż Hoffman udanie zabawił się portretem charakterologicznym swojego bohatera. Amerykańską kulturę eksplorują także tamtejsi dokumentaliści – za sprawą świetnego "American Grindhouse" część publiczności zdała sobie sprawę z istnienia kinowego rynsztoka, filmów złych, że aż zgrzytają zęby, nurtu zwanego exploitation (reżyserzy "eksploatowali" kontrowersyjne tematy na rzecz taniej sensacji) będącego nieodłączną częścią amerykańskiej tożsamości.

Dalszy ciąg w portalu Onet.pl. Tam przeczytacie również recenzje filmów "American Grindhouse", "Zeszłej nocy", "Jack Goes Boating", "Septien" oraz kilku innych.

piątek, 18 listopada 2011

American Film Festival na półmetku

Trzy dni imprezy za nami, trzy dni przed nami. W poniedziałek zamieszczę relację z American Film Festival, a tymczasem wklejam fragmenty kilku recenzji festiwalowych filmów. Ponadto możecie się spodziewać tekstów o "Septien", "Jack Goes Boating", "American Grindhouse" i "Zeszłej nocy". Na bieżąco z AFF jestem na fanpage'u bloga w serwisie Facebook.


Blue Valentine

Na amerykańskich plakatach "Blue Valentine" widnieje dopisek "a love story". A jednak po obejrzeniu filmu można pomyśleć, że to jedynie sarkastyczna uwaga, bowiem większość historii miłosnych kończy się słowami "żyli długo i szczęśliwie", a ta dopiero w tym miejscu się zaczyna.

Gdyby jednak rozpatrzeć "Blue Valentine" w kontekście opowieści romantycznej, okaże się, że Derek Cianfrance stawia wcale słuszną, choć na wskroś pesymistyczną tezę, iż miłość to pojęcie wielowymiarowe i złożone, poza bielą mieniące się też i odcieniami szarości, a nawet czerni. Pokazany przez niego po mistrzowsku związek dwojga ludzi to wschód i zmierzch miłości, eksplozja uczuć i zmęczenie nienawiścią, rozkwit pożądania i zobojętnienie. Ten opozycyjny dualizm wyrażony jest także w formie – przeszłość i teraźniejszość stale się przeplatają, tworząc w ten sposób pełny obraz wypalającej się stopniowo miłości.

Dalszy ciąg recenzji w portalu Onet.pl.

Czerwony stan

Kevin Smith, amerykański prześmiewca, jedna z ikon amerykańskiego filmu niezależnego i żywy dowód międzynarodowego sukcesu kina własnej roboty, zdecydował się sięgnąć po konwencję zapewne mu bliską, acz do tej pory przez niego niewykorzystywaną. Smith próbuje przedefiniować siebie jako artystę.

"Czerwony stan" zaczyna się bowiem niczym rasowy horror – trzech spragnionych seksu nastolatków jedzie za miasto na zaplanowaną za pośrednictwem Internetu randkę w ciemno. Oczekiwana przez nich z wytęsknieniem wielbicielka mocnych wrażeń okazuje się jednak członkinią fundamentalistycznego ugrupowania religijnego pod wodzą psychopatycznego kaznodziei Coopera. Chłopcy zostają uprowadzeni i zamknięci. A więc punkt wyjścia przypomina ten z wielu obrazów grozy spod znaku torture porn – atmosferę budują dosłowne sceny przemocy, kiedy trzódka opętanego, samozwańczego kapłana znęca się i zabija pojmanego wcześniej homoseksualistę.

Kevin Smith świetnie prowadzi narrację, "Czerwony stan" nie gubi tempa nawet podczas długiej, trwającej bodajże kwadrans, sceny monologu Coopera, który przed dokonanym mordem wygłasza przesiąknięte nienawiścią kazanie. I to właśnie Michael Parks, który wcielił się w szalonego guru, wykreował jedną z nielicznych, naprawdę przekonujących w filmie ról.

Dalszy ciąg recenzji w portalu Onet.pl.

Opowieści z bezsennych nocy

Jonas Mekas, ojciec chrzestny amerykańskiej awangardy filmowej, mimo leciwego już wieku z energią i humorem młodzieniaszka podczas bezsennych nocy rejestruje swoje wypady z mieszkania na Brooklynie.

Dziennik wideo prowadzony przez Mekasa to zapis zwyczajnych czynności i rozmów z napotkanymi przez niego ludźmi. Kiedy po raz pierwszy reżyser włącza trzymaną przez siebie ręczną kamerę, jest sam wśród mnóstwa stojących wokół niego kartonów, w których kryje się jego dobytek – to ślad niedawnej, kolejnej już przeprowadzki. Najpierw kieruje kamerę na siebie, lecz po chwili staje się jasne, że chętnych do opowiedzenia swojej historii przed szklanym obiektywem nie brakuje. Dlatego też Mekas może swoje dzieło śmiało określać mianem współczesnej wersji „Opowieści tysiąca i jednej nocy” – każdy człowiek to osobna, oryginalna, żywa i nieodmiennie fascynująca historia. A przynajmniej w teorii.

Dalszy ciąg recenzji w portalu Onet.pl.

wtorek, 15 listopada 2011

Poszukiwany - scenariusz filmowy

Dziś wieczorem, wraz z pokazem "Czarnego konia" Todda Solondza, rusza druga edycja American Film Festival. Imprezę będę relacjonował dla portalu Onet.pl, a  linki do recenzji pojawią się na fanpage'u bloga. A tymczasem zamieszczam tekst o scenariuszach filmowych, który niedawno pokazał się w tymże medium.

Kard z filmu "Memento" (reż. Christopher Nolan)
Poszukiwany - scenariusz filmowy

Ponoć najbardziej lubimy piosenki, które już dobrze znamy. Wydaje się, że podobna formuła ma swoje zastosowanie również w stosunku do kina, wszak popularność odświeżonych wersji niegdysiejszych hitów wcale nie maleje. Tłumy walą do multipleksów na ciągi dalsze czy wcześniejsze losy popularnych bohaterów tasiemcowych serii. Mówi się często w tym kontekście o zjawisku kulturowego recyklingu, przedstawionym jako tendencja skrajnie szkodliwa, bo zabijająca wszelką kreatywność już w zarodku. No bo po cóż się trudzić, skoro można odkurzyć jakiś stary segregator czy papierową teczkę i z niej wygrzebać jakąś sprawdzoną historyjkę. Czyżby więc nakręcono już wszystko, co było do nakręcenia, a publiczność już po wsze czasy zabawiana będzie kolejnymi wariacjami tych samych opowieści?

Oczywiście w przypadku, nazwijmy to umownie, kina artystycznego, uświadczymy, i to nierzadko, przypadki scenariusza oryginalnego i odkrywczego, prezentującego wyższy poziom filmowej wrażliwości, niż standardowy scenariusz kojarzony z określonym gatunkiem jak horror, kryminał czy science-fiction. Nie oznacza to tym samym, że kino czysto rozrywkowe skazane jest na swoistą pętlę czasową, w której każe się widzowi przeżywać raz po raz te same emocje, czego dowodem są prace Christophera Nolana czy Quentina Tarantino, wykraczające poza przyzwyczajenia wielu odbiorców sztuki masowej.

Tarantino, podobnie jak braci Coen czy jego bliskiego kolegę, Roberta Rodrigueza, nazywa się częstokroć filmowymi postmodernistami, lecz nie będziemy tutaj dywagować nas słusznością obranego terminu. Rozkładając jednak to hasło na czynniki pierwsze, dotrzemy do jego rdzenia: tak zwane kino ponowoczesne polega na dekonstrukcji pewnych elementów filmowej narracji, pozbawieniu ich podstawowego kontekstu i osadzeniu w nowym otoczeniu. Innymi słowy, można takowy zabieg porównać do konstruowania budowli z dziecięcych klocków, w skład której wejdą elementy wzięte z kilku różnych pudełek. A więc, przenosząc się z powrotem na grunt filmu, na końcowy produkt złożą się w gruncie rzeczy kawałki już widzowi znane, ale przedstawione z innej perspektywy. Wzorcowego zabiegu tego rodzaju dokonał Tarantino choćby w osławionym "Pulp Fiction", w którym rzucił nowe światło na schematy fabularne kina gangsterskiego, a ostatnio w "Death Proof" i "Bękartach wojny". Pierwszy z tych filmów był częścią projektu realizowanego wraz z Robertem Rodriguezem, pomyślanego jako hołd dla kina eksploatacji, które królowało w jednosalowych kinach amerykańskich w latach siedemdziesiątych, będąc integralną częścią kultury grindhouse.

Dalszy ciąg w portalu Onet.pl.

niedziela, 13 listopada 2011

Koniec, który nigdy nie nadejdzie - o "Żywych trupach"

Nie jestem ani specjalistą od „Żywych trupów”, ani entuzjastą komiksu czy serialu. Szczerze mówiąc, drugi sezon sztandarowej produkcji stacji AMC nudzi mnie niemiłosiernie, a lekturę dzieła Kirkmana zakończyłem kilka lat temu na którymś tam tomie i pewnie nie wróciłbym do niej prędko, gdyby nie zmusiły mnie do tego pewne okoliczności. To, co w życiu robię, nie pozwala mi na wygodnickie przymykanie oczu na bieżące wydarzenia popkulturowe, więc kiedy nastał szał związany z telewizyjną adaptacją „Żywych trupów”, a ja dowiedziałem się, że trafić ma do mnie książka osadzona w świecie „The Walking Dead”, nadrobiłem czym prędzej zaległości. I wsiąkłem.


Zafascynowała mnie ta opowiadana już bodajże od ośmiu lat historia Ricka Grimesa, a „Narodziny Gubernatora” potraktowałem, zresztą myślę, że całkiem słusznie, jako pełnoprawne rozwinięcie trupiego uniwersum i wzbogacenie go o nowe konteksty. Rzecz jasna trudno mi ocenić czy też zrecenzować tłumaczoną przeze mnie powieść przez wzgląd na mój specyficzny względem niej stosunek emocjonalny. Lektura i przekład „Narodzin...” nie były dla mnie kolejnym szeregowym zleceniem, bowiem dostrzegłem fakt, że przykładam rękę do spopularyzowania globalnego już fenomenu i zacząłem zastanawiać się, czemu udało się akurat Kirkmanowi, wszak opowieści o zombie nigdy nie cieszyły się wyjątkową estymą wśród publiczności w horrorze niewyspecjalizowanej. No, może poza filmami Romero, ale od dnia premiery „Nocy żywych trupów” konwencja zatoczyła koło, czego dowodem jest właśnie „The Walking Dead”.

Paradoksalnie sukces "Żywych trupów" polega właśnie na ich konwencjonalności i stereotypizacji. Seria ta, czy to w wydaniu komiksowym, czy telewizyjnym, to niemalże powtórka niezliczonych pełnometrażówek o zombie, ale rozciągnięta do rozmiarów telenowelowych. O ile dobrze pamiętam z posłowia czy też wstępu Kirkmana do jednego z tomów, dokładnie taki był jego inicjalny zamiar – stworzenie niekończącej się historii o żywych trupach. Pomysł to genialny w swojej prostocie, bowiem chyba każdego z nas zastanawiało, co dzieje się z bohaterami, kiedy już zapadnie kurtyna, a w „The Walking Dead” jest ona nieustannie w górze. Ricka i jego towarzyszy nie uratuje napis THE END, apokalipsa trwa nadal, a on zmuszony jest świadkować końcowi świata.

„Żywe trupy” charakteryzuje skrajny fatalizm, bo przecież nie da się wygrać ze śmiercią, personifikowaną tutaj przez rozkładające się, kroczące po ulicach truchła; nie można przed nią uciec, jedynie schować się do jakiejś głębokiej dziury i trwać, ale owe trwanie nigdy nie zostanie podniesione do rangi prawdziwego życia. Tak naprawdę Kirkmanowe postacie dawno już umarły, ale jeszcze o tym nie wiedzą, a może nie chcą tego prostego faktu zaakceptować. „Żywe trupy” to opowieść o powolnej śmierci. O dziwo, przy całym tym plugastwie i niegodziwości, udało się autorowi uniknąć ostentacyjnego nihilizmu, pozostawiono ludziom prawo do człowieczeństwa, co może być naczelnym dowodem na to, iż się w swoich rozważaniach mylę. A chciałbym tego bardzo.

Tekst ukazał się pierwotnie na Invincible, blogu poświęconym twórczości Roberta Kirkmana.

piątek, 11 listopada 2011

W kinach - "Immortals" i "Chłopiec na rowerze"

Co prawda "Immortals" jeszcze nie widziałem, do kina wybieram się jutro (update: obejrzałem - spektakl chały i tandety, choć momentami niezła choreografia walk. Dam w "Filmie" 2/5), ale z okazji premiery napisałem krótki tekst o filmach bazujących na europejskich mitologiach. Poza tym zachęcam do kupna biletu na "Chłopca na rowerze", znakomite dzieło braci Dardenne, którego recenzję wklejam poniżej.


O jednolitą definicję mitu pokusić się nie sposób, choć chyba każdy podręcznik szkolny do języka polskiego takową podaje. Fascynujących hipotez i teorii, nad którymi głowiły się przez setki lat tęgie umysły, nie brakuje i trudno sięgnąć po tę jedną jedyną formułkę, wyjaśniającą znaczenie terminu. Szczególnie, że w erze popkultury wydaje się ona coraz mniej potrzebna, gdyż literatura, kino czy komiks, korzystając z "elastyczności" mitu, tworzą własną sferę mitologiczną.

Taki argument nie wszystkich jednak przekonuje i purystom zaczytanym w tradycyjnych greckich czy nordyckich opowieści o bogach, herosach i monstrach nadal trudno przełknąć dania z Hollywood. Zanim jednak rzuci się kamieniem w stronę kina wyświetlającego akurat "Starcie tytanów" czy "Thora", wyróżnić trzeba kategorię mitu współczesnego, zrodzonego za sprawą nowoczesnych mediów i za ich pomocą rozpowszechnionego. Rzeczoną rangę uzyskały historie Frankensteina i Drakuli, które bez wsparcia filmowców nigdy nie zyskałyby należytej popularności i nie zostałby obwołane popkulturowymi mitami. Pokazywane obecnie w kinach przygody bohaterów znanych z antycznych opowieści to nic innego, jak ich kolejne wcielenia i interpretacje.

Jedna z bardziej liberalnych teorii głosi, że mit może pozostać mitem tylko, jeśli zostanie poddany odpowiedniej "obróbce" przez inne sztuki, jeśli będzie stale przetwarzany, przerabiany i adaptowany. A jednak nie wszystkie chwyty są dozwolone, bowiem każdy mit ma swój rdzeń, który musi pozostać nienaruszony, aby snuta opowieść zachowała swoją odrębność – Jazon musi wyruszyć po odpowiednik Złotego Runa, a Herkules dysponować nadludzką siłą. Przy całej swojej tolerancji, mit posiada więc pewną nietykalną sferę. Zanim przekonamy się, co też przygotowali dla widzów twórcy filmu "Immortals. Bogowie i herosi", będącego kolejną próbą wykorzystania fabuły wyniesionej z mitologii greckiej, przypomnijmy sobie, jak w ostatnich latach traktowano mitologiczną spuściznę Hellady.



Konstrukcji fabularnej "Chłopcu na rowerze", według słów braci-reżyserów, użyczyła tradycyjna formuła baśniowa, ale oglądając nowe dzieło Belgów, rzec można, iż inspiracja ta sięga głębiej, przenika i formę, i treść.

A jednak Jean-Pierre i Luc Dardenne nie uciekają do łzawego sentymentalizmu, tak przecież kuszącego w kontekście przyjętej konwencji. Okazała się ona na tyle chłonna, że mogła zostać odpowiednio przez filmowców zaadaptowana, bo omawiany obraz wcale nie odbiega tematycznie i stylistycznie od wcześniejszych dokonań reżyserów.

Trudno utrzymać podobną dyscyplinę formalną, nie dać się ponieść emocjom, kiedy kręci się dzieło tak głęboko przeniknięte szczerym humanizmem. I dlatego właśnie ze względu na pozorny chłód tej niby obojętnej obserwacji przypadków jedenastoletniego Cyrila, całość nabiera rangi baśniowej. Rodzi się bowiem istny paradoks polegający na kontrastowym zestawieniu – w szarości ulic i kamienic przesiąkniętych wzajemną nieufnością, zdarza się coś na kształt cudu i młody chłopak z domu dziecka znajduje bezinteresowną pomoc. Rolę dobrej wróżki przyjmuje fryzjerka Samantha, która po przypadkowym spotkaniu zgadza się, by Cyril odwiedzał ją w weekendy.

Dalszy ciąg w portalu Onet.pl.

środa, 9 listopada 2011

Rodzina Addamsów w "Nowej Fantastyce"

Jubileuszowa "Nowa Fantastyka" już od jakiegoś czasu na półkach, więc pora najwyższa, by i u mnie pojawiło się coś na temat zawartości tego wyjątkowego numeru. W magazynie znalazł się mój tekst na temat "Rodziny Addamsów", którego obszerny fragment możecie przeczytać po kliknięciu na tę jakże okazałą, miniaturową wersję strony (potem wystarczy kliknąć prawym przyciskiem myszy na skan i wybrać opcję "pokaż obrazek").


Co jeszcze w numerze? Sprawdźcie na stronie "Nowej Fantastyki".

poniedziałek, 7 listopada 2011

Po prostu recenzje - "Służące", "Ilu miałaś facetów?", "Siostra Mozarta"

Pisałem o "Niebezpiecznej metodzie", pisałem o "Przygodach Tin Tina", więc teraz czas na pozostałe premiery tygodnia.


Kolejna, po "Druhnach" i "Złej kobiecie", romantyczna komedia dla dorosłych, czyli zamiast miłosnych uniesień i subtelnych gagów mamy eksplozję nasączonych erotyzmem dowcipów. Nic oczywiście w tym zdrożnego, gdyż "Ilu miałaś facetów?" to znów konserwatywna rozprawka na temat wyższości małżeństwa nad panieństwem i nawet te odważniejsze żarty wydają się ugładzone przez spodziewany finał.

Ally Darling pozuje na kobietę wyzwoloną i chodzi do łóżka z kim chce. Jednak w głębi ducha, choć nie zdaje sobie jeszcze z tego sprawy, marzy o tym jedynym. Jako wierna czytelniczka modnych pism dla pań wierzy ślepo w zamieszczane w nich statystyczne dane mówiące, iż mało która dama z dwudziestoma kochankami na koncie znajduje sobie męża. Przerażająca konstatacja i perspektywa wiecznego budzenia się co rano obok innego faceta skłania Ally do działania – by nie przekroczyć magicznej liczby, wybranka szuka wśród swoich byłych chłopaków. A pomóc ma jej w tym sąsiad przystojniak z naprzeciwka Colin.



"Siostra Mozarta" to luźny zapis koncertowej trasy rodziny genialnego kompozytora. Bo kto wie, czy gdyby nie menedżerskie zdolności jego ojca młody pianista kiedykolwiek miałby okazję zagrać na królewskim dworze.

Film nie miał jednak traktować o Wolfgangu Amadeuszu, a na pewno nie bezpośrednio, choć w trakcie seansu usłyszeć można kilka jego młodzieńczych utworów. O ile więc wybitność Mozarta nie podlega dyskusji, niewiele wiemy na temat twórczości jego siostry, Marii Anny zwanej Nannerl. Reżyser René Féret stawia ją niemal na równi z bratem, sugerując, że gdyby nie autorytarny, acz kochający ojciec oraz panujące wówczas uwarunkowania społeczne, dzisiaj słuchalibyśmy muzyki Nannerl z równym zaangażowaniem. I być może w teorii tej jest wiele prawdy, wszak sam mistrz w listach zachwycał się utworami swojej siostry. Nigdy jednak nie będzie nam dane zweryfikować prawdziwości tych twierdzeń – w filmie pozbawiona złudzeń Nannerl pali zapisane nutami karty.

Kuszące jest wpisanie "Siostry Mozarta" w nurt współczesnego kina feministycznego, tyle że w kostiumie. Jednak problem obrazu Féreta polega na jego anachroniczności, zarówno formalnej, jak i treściowej. Nie mówi on absolutnie nic, czego byśmy już o dysproporcji życiowych szans ze względu na płeć nie wiedzieli.



Przepisy segregacyjne, zwane prawami Jima Crowa, wprowadzane lokalnie w Stanach Zjednoczonych w ciągu niemal stu lat od zakończenia wojny secesyjnej, miały przedzielić amerykańskie społeczeństwo grubą krechą, wartościując obywateli według koloru skóry. Działania te w rzeczywistości przyczyniły się do stworzenia wielkiej bigoteryjnej iluzji, bo choć podobny podział faktycznie istniał, rasistowski filtr nie zdołał oddzielić Afroamerykanów od białych. Powstał w ten sposób rodzaj pasożytniczego współżycia. O specyficznych stosunkach społecznych, które panowały w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych w stanie Missisippi, opowiada film „Służące”, będący adaptacją wydanej także i u nas powieści Kathryn Stockett. Specyficznych, bo z dzisiejszego punktu widzenia absurdalnych – jedna z kwestii spornych pokazanych na ekranie dotyczy wydzielenia osobnych łazienek dla czarnoskórych w domach, w których są zatrudnieni; jednocześnie każe im się przygotowywać posiłki czy opiekować białymi dziećmi i nie budzi to żadnych kontrowersji higienicznych.

Nad sensownością podobnych regulacji zastanawia się Skeeter Phelan (w tej roli pełna młodzieńczej energii Emma Stone), świeżo upieczona absolwentka wyższej uczelni, która powraca do rodzinnego miasteczka Jackson. Dostrzega obłudę dawnych koleżanek, będących idealnymi kopiami swoich konserwatywnych matek. Dni mijają im na ploteczkach i szykanowaniu służących, którym notabene wiele zawdzięczają. Jedna z tez filmu Tate’a Taylora głosi, że bez pomocy tej taniej siły roboczej amerykańska klasa średnia z południa Stanów nigdy nie byłaby w stanie wychować kolejnych pokoleń. I choć jest w tym pewna przesada, na ekranie służy konkretnemu celowi – budowie nieco przerysowanej, uproszczonej wizji Ameryki sprzed pół wieku. To bufor bezpieczeństwa, by móc mówić o trudnym temacie za pomocą łatwych słów, nie wdając się w niewygodne debaty. Bo „Służącym” bliżej do „feel-good movie” niż dramatu społecznego, historia opowiedziana jest lekko i radośnie dąży do antycypowanego przez widza finału, który niesie znaną truistyczną refleksję: w złych czasach także żyli dobrzy ludzie.

sobota, 5 listopada 2011

Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda

Króciutko o "Przygodach Tintina". Czemu nie długo? Bo na swoim blogu Piotrek Pluciński napisał to, co sam myślę, i nie widzę powodu dla kserowania tego, co zostało już powiedziane. Czemu więc w ogóle? Gdyż to film znakomity i aż mnie świerzbi, by te kilka zdań w klawiaturę jednak wklepać.


Film Spielberga to w żadnym wypadku Kino Nowszej Przygody (sic!) albo jakiś inny gatunkowy wygibas czy stylistyczy fikołek. To tradycyjne w formie i treści kino awanturnicze dające mnóstwo chłopięcej frajdy - nie jest to bynajmniej żaden seksistowski przytyk, po prostu wydaje mi się, że "Przygody Tintina" to projekcja typowo męskiego fantazmatu wielkiej, epickiej przygody. Bo przedstawiony w filmie świat to swoisty przekrój ekstatycznych marzeń o podróży w nieznane - są tutaj przecież piraci, kryminalna intryga, podniebne perypetie w samolocie lecącym na oparach paliwa, pustynna wędrówka. A także świetna, finałowa walka na... dźwigi, przypominająca pojedynek dwóch robotów rodem z filmu science-fiction. No i dawno nie oglądałem tak wielu sympatycznych postaci na jednym ekranie - Tintin, bohaterski reporter, wespół z inteligentnym psem Milusiem i niepoprawnym opojem kapitanem Baryłką to kompania na schwał. Świetne kino, porywająca przygoda.

piątek, 4 listopada 2011

Bezpiecznie o niebezpiecznym

Powróciłem z Warszawy, prosto z dworca poszedłem na "Przygody Tin Tina" (polecam gorąco, jeden z najbardziej udanych filmów przygodowych ostatnich lat!), a teraz siadam i szybko skrobię kilka słów o jednej z dzisiejszych premier - "Niebezpiecznej metodzie" Davida Cronenberga.


Christopher Hampton przekonał się boleśnie, że w Hollywood nie jest łatwo pozyskać fundusze na realizację filmu opartego na dialogu. „Niebezpieczna metoda” zaczęła bowiem jako scenariusz, lecz nabywcy brytyjski dramaturg nie znalazł, przerobił więc skrypt na sztukę teatralną, a tę z powrotem zaadaptował na potrzeby kina, kiedy tekstem zainteresował się David Cronenberg. Interpretacja materiału scenicznego przez ekstrawaganckiego reżysera może zaskoczyć formalną powściągliwością. A jednak konceptualnie „Niebezpieczna metoda” jest logicznym i naturalnym przedłużeniem myśli, która Cronenberga fascynuje nieprzerwanie, czyli – posługując się językiem psychoanalitycznym – konflikt pomiędzy Erosem a Tanatosem. Osią fabuły czyni romans Junga z pacjentką, społecznie nieakceptowalny i etycznie naganny, podsycany mefistofelowymi podszeptami Otto Grossa, hedonistycznego psychiatry skierowanego do szwajcarskiego doktora na obserwację. Tłem dla miłosnego trójkąta mąż-żona-kochanka jest mentorsko-uczniowska relacja pomiędzy Freudem a Jungiem. Mimo niezaprzeczalnej, wzajemnej fascynacji (Freud potrafił ponoć zemdleć na widok wchodzącego do pokoju Junga), młody adept metody psychoanalitycznej pragnie wyzwolić się spod wpływu autorytarnego, ekspansywnego lekarza. Paradoks chce, że Jung, brnąc w beznadziejny romans, staje się jakoby żywym potwierdzeniem freudowskich teorii, od których pragnie uciec. Cronenberg zestawia więc ściśniętą gorsetem, purytańską obyczajowość z rodzącą się świadomością seksualną. Rozczarowujące, iż nie szuka przy tym oryginalnych środków artystycznego wyrazu, przez co film jest może aż nazbyt wyważony i, jak na Kanadyjczyka, w warstwie formalnej konserwatywny (choć nie wykluczam, że to może być jego własna niebezpieczna metoda). Niedostatki te w dużym stopniu rekompensuje znakomity scenariusz – Hampton rozpisał żywe postaci, a w usta włożył im naturalne, intelektualnie stymulujące dialogi. „Niebezpieczna metoda” to także znakomite kreacje dwóch odtwórców ról męskich – Michaela Fassbendera i Viggo Mortensena. Szkoda, że pomiędzy nimi a szarżującą Keirą Knightley istnieje wyraźna dysproporcja umiejętności aktorskich.

wtorek, 1 listopada 2011

Graham Masterton w Polsce

Kolejny wpis literacki, ale bez obaw, bo krótki. Zapraszam do Warszawy na spotkanie z Grahamem Mastertonem, które będę miał przyjemność poprowadzić na zaproszenie wydawnictwa Albatros. Brytyjskiemu mistrzowi horroru towarzyszyć będą autorzy jego biografii, Robert Cichowlas i Piotr Pocztarek. Miejsce i czas na plakacie poniżej. A więc do zobaczenia.


Archiwum bloga