niedziela, 30 października 2011

Tournée po piekle - wywiad z Edwardem Lee... oraz konkurs na Halloween

Za kilka godzin Halloween - dzień niezwykle przeze mnie lubiany. Z tej okazji od rana będę poświęcał się mniejszym lub większym durnotom, więc już teraz życzę udanej zabawy i zamieszczam wywiad z królem horroru ekstremalnego, Edwardem Lee, którego powieść "Sukkub" miałem przyjemność tłumaczyć. Poza tym - konkurs błyskawiczny, a do wygrania książka "Bizarro dla początkujących", w której spotykają się tuzy polskiej grozy oraz kilku początkujących piszących (w tym ja). Aby zgarnąć to nieprzeciętne tomiszcze wystarczy napisać w komentarzu pod tekstem swoją propozycję na halloweenowy seans filmowy.


Oczywiście większa wersja obrazka pojawi się po kliknięciu na skan wywiadu - dziękuję "Dziennikowi" za zgodę na przedruk! A poniżej prezentuję okładkę okazałej nagrody:


Konkurs potrwa do czasu opublikowania przeze mnie kolejnego wpisu. Zapraszam także do odwiedzenia oficjalnego profilu Edwarda Lee w serwisie Facebook.

sobota, 29 października 2011

"Elitarni - Ostatnie starcie" i "Epidemia strachu" w kinach

W tym tygodniu kilka ciekawych premier. Sam nadal nadrabiam zaległości, których mi się trochę uzbierało podczas pobytu w Londynie (wczoraj obejrzałem "Dom snów" - niestety, druga połowa filmu to kompletny absurd, który przekreśla całość), ale sequel "Elitarnych" udało mi się obejrzeć na festiwalu już jakiś czas temu, więc mogłem napisać recenzję dla "Dziennika". Poza tym wklejam też tekst okołofilmowy z okazji premiery "Epidemii strachu" Soderbergha.


Już przed kilkoma laty, kiedy "Elitarnych" Padilhi nagrodzono Złotym Niedźwiedziem w Berlinie, można było wykoncypować, że w przyszłości brazylijski reżyser będzie walczył o Oscara. Sequel jego nieprzeciętnego filmu z 2008 r. jest bodaj jednym z najpoważniejszych pretendentów do tytułu najlepszego filmu zagranicznego według amerykańskiej Akademii.

Fabularnie "Elitarni – ostatnie starcie" nie odbiegają znacznie od tego, co widzieliśmy w części pierwszej. Pułkownik Nascimento nadal depcze po piętach skorumpowanym kolegom po fachu i watażkom miejscowych gangów. Nadal efektywnym rozwiązaniem wydaje się kula w środek czoła. Nadal mundur i pistolet rządzą w Rio, choć policja, wbrew swojemu powołaniu, stoi po obu stronach barykady – zresztą angielski podtytuł filmu brzmi "enemy within" (wróg wewnętrzny). Nascimento po wieloletnich zmaganiach z plugastwem toczącym brazylijskie ulice dochodzi do zatrważającego wniosku – jego działania już dawno przejrzeli na wylot kupieni przez kryminalistów zwierzchnicy. Każda jego próba przeciwstawienia się zepsutemu systemowi spełza na niczym, aż wreszcie zostaje odsunięty w cień, posadzony przy biurku.

Dalszy ciąg recenzji na stronie "Dziennika".


Roboczo da się podzielić kino katastroficzne na dwie grupy, zależnie od obszaru rażenia nieszczęścia, które dotyka filmowy świat. Albo płonie budynek ze stali i szkła, a w samolocie wysiadają silniki (zagrożenie lokalne), albo w Ziemię uderzyć ma asteroida, czy też sprzysięgną się przeciw niej żywioły (zagrożenie globalne). Gdyby na kartce papieru zrobić adekwatny wykres, na którego końcach widniałyby wymienione kategorie, pewnie i znalazłoby się miejsce na coś pośrodku.

Dowodzi to jedynie, że Steven Soderbergh wkracza na niepewny grunt, flirtując w „Contagion - Epidemii strachu” z tego typu kinem. Decyzja to ryzykowna, bowiem po wysypie filmów katastroficznych w latach siedemdziesiątych („Płonący wieżowiec”, „Port lotniczy”, „Tragedia Posejdona”) oraz o dwadzieścia lat późniejszej rewolucji, umożliwionej przez coraz doskonalszą technologię, za pomocą której kreuje się widowiskowy spektakl („Góra Dantego”, „Armagedon”, „Tunel”), mniemać wolno, że w temacie nie pozostało do powiedzenia wiele.

Ale oto amerykański reżyser znalazł, jeśli wierzyć napływającym zza zachodniej granicy recenzjom, złoty środek – postawił nie na efekciarstwo, będące swoistym fundamentem popularnego kina katastroficznego spod znaku Rolanda Emmericha, ale na realizm.

Dalszy ciąg w portalufilmowym.pl.

czwartek, 27 października 2011

London Film Festival: podsumowanie

No i przyszła pora na kilka subiektywnych słów na temat tegorocznego London Film Festival.


Dzisiejszym pokazem filmu "The Deep Blue Sea" kończy się 55. BFI London Film Festival. Impreza to interesująca, bo syntetyczna, skupiająca wszystko, czym wcześniej zachwycali się widzowie w Cannes, Wenecji czy Toronto. Ten imponujący różnorodnością repertuaru festiwal festiwali to nie tylko przegląd murowanych hitów, ale także panorama filmu brytyjskiego, odkryć francuskiej kinematografii czy przebojów zza oceanu.

Bezpośrednim powodem powstania London Film Festival była chęć przybliżenia brytyjskim widzom filmów, które nie trafiły na Wyspach do szerokiej dystrybucji, a które zdobyły zasłużone laury na europejskich imprezach. Innymi słowy – w stolicy Anglii pozazdroszczono Francuzom czy Włochom. Pierwotna formuła festiwalu została poniekąd zachowana, co okazało się w rękach organizatorów bronią obosieczną – jasne jeszcze przed rozpoczęciem pokazów było, co jest hitem, a co kitem, więc oblegano tłumnie filmy cieszące się już uznaniem, a mniej znane produkcje zwyczajnie omijano.

Jeśli hit, to muszą mówić w nim po angielsku

To nie do końca prawda, ale faktem jest, że londyńczykom do gustu najbardziej przypadły produkcje z anglosaskiego kręgu kulturowego. Niekwestionowaną gwiazdą imprezy był George Clooney; pokazano dwa filmy z jego udziałem, w tym jeden przez niego wyreżyserowany. "Idy marcowe", bo o tym obrazie mowa, okazał się wszystkim tym, czym obiecywano, że będzie – trzymającym w napięciu thrillerem, do tego dostatecznie wyabstrahowanym z konkretnego kontekstu politycznego, by być zrozumiałym i dla europejskiego widza, niezaznajomionego z amerykańskim systemem wyborczym. Nie zawiódł też Roman Polański i jego "Rzeź" pokazana w sekcji kina światowego, choć tutaj sprawiedliwość oddać trzeba odtwórcom głównych ról, bo ta ich swoista aktorska etiuda stanowi o wielkości dzieła mówiącego tak wiele o ludzkiej naturze, obnażonej po odrzuceniu społecznych konwenansów. Oba wspomniane filmy zostały oparte na sztukach teatralnych i może się wydawać, że to tendencja obecnie dla kina symptomatyczna, gdyż kilka innych obrazów z sekcji "Galas and Special Screenings" (skupiającej największe przeboje festiwalowe) również bazuje na materiale scenicznym – jak chociażby dyskusyjny "Koriolan" Ralpha Fiennesa, zagrany ze zbytnią egzaltacją, choć przy jednoczesnym kinowym rozmachu; oraz "Niebezpieczna metoda" Davida Cronenberga, rzecz o Carlu Gustawie Jungu, wybitnym psychiatrze uwikłanym w romans z byłą pacjentką. W tym drugim przypadku materiał literacki przysłużył się filmowi bardziej, gdyż dialogi napisane przez Christophera Hamptona to cięte riposty i stymulujące intelektualne dysputy. Nie przekonuje jedynie przyjęty przez Cronenberga styl, aż nazbyt zachowawczy i uładzony, jakby nie pasujący do profilu kanadyjskiego reżysera. Za to z potyczki z materiałem źródłowym, tym razem powieściowym, wyszedł zwycięsko Michael Winterbottom w "Trishnie", odważnej przeróbce dzieła Thomasa Hardy'ego "Tessa d'Urberville", osadzonej we współczesnych Indiach, zastępujących wiktoriańską Anglię. Ale prawdziwą rewelacją, i kto wie, czy nie najciekawszym filmem pokazanym w omawianej sekcji, był "Musimy porozmawiać o Kevinie" z Tildą Swinton i Johnem C. Reillym. To znakomita, pozbawiona niepotrzebnego moralizatorstwa i pretensjonalnej analizy, nakręcona w brawurowy sposób historia nastoletniego psychopaty. Autorka filmu, zresztą także będącego adaptacją literatury, nie podsuwa żadnych prostych odpowiedzi na dziesiątki pytań, które zadaje.
Dalszy ciąg w portalu Onet.pl.

środa, 26 października 2011

Lenartowicz - twórca osobny

We Wrocławiu już od kilku dnia trwa tydzień Stanisława Lenartowicza. Są filmy za darmo, prelekcje i tak dalej, ale to pewnie mało istotne, bo przegląd kończy się jutro. I choć ze spóźnieniem, informuję o tym zacnym wydarzeniu mimo wszystko, gdyż w czwartkowy wieczór będzie miała swoją premierę monografia "Stanisław Lenartowicz - twórca osobny", do której trafił mój esej o "Pigułkach dla Aurelii". W książce znalazły się także teksty autorstwa Adama Kruka, Piotrka Czerkawskiego, Lecha Molińskiego, Przemka Dudzińskiego czy Jana Pelczara, a redakcją zajęli się Andrzej Dębski i Rafał Bubnicki. Za Odrą Film podaję, co jeszcze można znaleźć w środku oraz o czym będzie traktowała wieczorna dyskusja:


27 października odbędzie się specjalny wieczór, podczas którego planujemy – z udziałem znanych filmoznawców – dyskusję panelową na temat oryginalności twórczości Lenartowicza oraz zaprezentujemy zbiorową monografię „Stanisław Lenartowicz – twórca osobny” pod redakcją Andrzeja Dębskiego i Rafała Bubnickiego. Książka, która ma odpowiedzieć na pytanie na czym polega odrębność twórczości Lenartowicza jest wspólnym dziełem kilkunastu filmoznawców, wśród nich grupy młodych wrocławskich autorów, którzy przedstawią spojrzenie na dziesięć filmów Lenartowicza z perspektywy pierwszej dekady XXI wieku. Publikacja będzie zawierała także wybór recenzji o filmach Lenartowicza, Jego teksty o filmie i najciekawsze wywiady, których udzielił mediom. Panel dyskusyjny ma mieć podobny temat (wezmą w nim udział m. in. autorzy książki), ale chcemy aby, podobnie jak książka był także próbą opowiedzenia o Lenartowiczu, jako niezwykłej osobowości – żołnierzu wileńskiej AK,  zesłańcu do Rosji, który jako reżyser filmowy był we Wrocławiu nauczycielem młodych twórców (m. in. Waldemara Krzystka).

Książkę oczywiście polecam.


wtorek, 25 października 2011

London Film Festival: "Trishna"

I już niemal ostatni tekst festiwalowy. W tym tygodniu będzie jeszcze relacja podsumowująca całość i kilka słów o "Niebezpiecznej metodzie".


Michael Winterbottom już po raz trzeci sięga po prozę Thomasa Hardy’ego. Po "Judzie nieznanym" i "Burmistrzu Casterbridge’u" interpretuje "Tessę d’Urberville", przenosząc akcję powieści z dziewiętnastowiecznej Anglii do współczesnych Indii. Nie bez powodu. Brytyjskiemu reżyserowi klasyczna adaptacja w kostiumie wiktoriańskim nie odpowiadała, gdyż, jak sam twierdzi, niosła ze sobą ryzyko powierzchownego odczytania. Michael Winterbottom obawiał się nostalgicznego westchnienia widza wpatrzonego w krajobrazy wiejskiego Wessex. Decyzja osadzenia filmu w Indiach podyktowana była również panującymi tam stosunkami społecznymi, przypominającymi pod wieloma względami te z czasów Hardy’ego, co pozwoliło na wiarygodne zobrazowanie historii kobiety zniszczonej przez miłość i bezlitosne normy kulturowe.

Zaczyna się jak w romansie – młoda dziewczyna wywodząca się z indyjskiej biedoty poznaje bogatego turystę; Brytyjczyka, ale pochodzenia hinduskiego. Uczucie przychodzi szybko i żarliwie, podkreślane przez subtelne, sensualne kadry, fizyczne pożądanie współistnieje z czysto duchową fascynacją. Trishna jedzie za ukochanym do miasta, pracować w hotelu, którym mężczyzna zarządza. Nie sposób jednak uciec od społecznej presji i panującej w kraju hierarchii, młodych dzieli zbyt wielka różnica statusu majątkowego. Zdaje się, że znajdą upragnione szczęście w Bombaju, gdzie postępująca industrializacja poluźniła już nieco zakorzenione w tamtejszej tradycji więzy krępujące stosunki damsko-męskie, ale to love story nie znajduje szczęśliwego zakończenia.

Dalszy ciąg w portalu Onet.pl.

niedziela, 23 października 2011

Robot też człowiek

Chwilowy odpoczynek do londyńskiego festiwalu. Nie wiem, czy już wszyscy wiedzą, ale ruszył nowy portal filmowy pod szyldem... portalfilmowy.pl. Prosta nazwa kryje treści mające być poważną alternatywą dla dwóch dominujących w naszej sieci serwisów. Z radością oznajmiam, że i moje recenzje i artykuły będą się pojawiały na łamach Portalu Filmowego. Debiutuję krótkim tekstem napisanym z okazji premiery "Gigantów ze stali". A tych, którzy już zdążyli zatęsknić za Anglią, informuję, że nadchodzą jeszcze recenzje "Trishny" oraz "Niebezpiecznej metody". 


Dynamiczny rozwój coraz bardziej zaawansowanych technologii pozwala myśleć, że wkrótce science zacznie wypierać fiction. Rzecz jasna nie przeszkadza to kinu nieprzerwanie snuć bajek o robotach. R2D2, Jox, RoboCop, Transformersy, Mechagodzilla, Wall-e i Terminator – a to jedynie niewielki wycinek niekończącej się listy słynnych stalowych maszyn  –  oraz ich pobratymcy zostali wchłonięci przez popkulturę i dzisiaj pojawiają się równie chętnie w science-fiction, co w komedii i horrorze. Android czy cyborgi już jakiś czas temu przestały być kojarzone ze statkami kosmicznymi i odległą przyszłością; wykorzystywane wcześniej niemalże wyłącznie przez fabuły fantastycznonaukowe, dzisiaj są nieodłącznym elementem nie tylko letnich blockbusterów, ale i szeregowych produkcji z każdego gatunku. Hybrydą wydaje się być goszczący obecnie na ekranach film „Giganci ze stali”, będący mieszanką filmu familijnego, science-fiction i dramatu sportowego. Człowiek boksuje tam ramię w ramię z robotem, co wcale nie jest udziwnieniem w kinie niespotykanym. Podobna symbioza, zespolenie człowieka z maszyną, to pomysł wcale nie nowy, eksploatowany przez filmowców nagminnie.

Dalszy ciąg w portalufilmowym.pl.

piątek, 21 października 2011

London Film Festival: "Idy marcowe"

A oto i kolejna recenzja z Londynu.



W "Idach marcowych" polityczna gra jest z definicji nieczysta, bo oparta na kompromisach – często niewygodnych i uwłaczających, lecz koniecznych. Zdaje się liczyć jedynie wyborcze zwycięstwo, o moralności można przypomnieć sobie już po ogłoszeniu wyników, na czas kampanii zawieszone zostają wszelkie zasady.

Ale gubernator stanu Pensylwania, kandydat demokratów, wydaje się być zupełnie inny niż jego oponent, trzyma się z dala od grzebania w brudach i wycieczek osobistych. Z rozbrajającą szczerością i z uśmiechem na ustach podkreśla przy okazji debat i wieców swoją niezależność i bezkompromisowość. Dlatego w Mike’a Morrisa wierzy młody Stephen Meyers, jedna z kluczowych figur w sztabie gubernatora. Do polityki przyszedł właśnie dla takich ludzi, dla ideałów, wierzy, że jego kandydat faktycznie jest w stanie przeprowadzić kluczowe dla kraju, liberalne reformy. Stara się nie pamiętać przy tym o podstawowej zasadzie politycznych roszad, wyrażonej już w tytule filmu – za każdymi plecami czeka ktoś gotowy, by wbić w nie nóż. Nawet on sam dzierży jeden w rękach, choć dopiero ma się o tym dowiedzieć.

Film Clooneya abstrahuje od konkretnych, prawdziwych wydarzeń politycznych, jest raczej nośnikiem pewnego przekonania, skądinąd trafnego i przecież wcale nie odkrywczego – dla osiągnięcia celu trzeba przejść po trupach i uścisnąć niechciane dłonie, nie ma innej drogi, pozostałe opcje są niewymiernie mniej korzystne.

Dalszy ciąg recenzji w portalu Onet.pl.

środa, 19 października 2011

London Film Festival: "Rzeź"

Oto kolejny tekst spisany na gorąco z Londynu. Następne w kolejce są „Idy marcowe” Clooneya.



Zwyczajna sytuacja, jakich pełno na podwórkach, boiskach i placach zabaw – w wyniku kłótni jedenastoletni chłopiec uderza kolegę kijem w twarz. Pech chce, że obrażenie jest na tyle poważne, iż nieodzowna okazuje się interwencja medyczna, a ze zdarzenia trzeba spisać raport dla ubezpieczalni. Rodzice dzieciaków spotykają się więc w mieszkaniu poszkodowanego z zamiarem załatwienia formalności. Powiedzieć, że po chwili sprawy wymykają się spod kontroli, to za mało.

Polański robi w "Rzezi" to, co zwykł robić już wielokrotnie – ogranicza drastycznie przestrzeń, jego postaci uwięzione są w czterech ścianach, a powieszone w przedpokoju lustro, w którym bohaterowie wydają się szukać schronienia, i otwarte na miejski zgiełk okno dają jedynie pozorny komfort. Podobnie jak w "Aniele zagłady" Bunuela, opuszczenie mieszkania jest, z różnych przyczyn, niemożliwe, a konfrontacja nieunikniona. Im bardziej czworo ludzi próbuje się porozumieć, tym gorsze są tego skutki; wypływają na powierzchnię problemy i kwestie niemające absolutnie nic wspólnego z punktem wyjściowym dyskusji. Eskalacja agresji jest stopniowa, powoli wychodzą na jaw skrywane przez małżonków pretensje. Polański nie każe widzowi opowiadać się po żadnej ze stron, w "Rzezi" nie ma dwóch wrogich obozów, jak sugerować może początek filmu – są cztery. Nie ma mowy o jakiejkolwiek lojalności odbiorcy względem którejś z postaci, dramat Penelope, Nancy, Alana i Michaela polega na tym, że żadne z nich nie ma racji, a zresztą niemal od razu jest jasne, iż nikomu nawet nie chodzi o udowodnienie czegokolwiek, ale o zdjęcie maski, wykrzyczenie żalów, to psychotyczna manifestacja patologicznej szczerości, wiążącej się z zarzuceniem społecznie akceptowalnych zachowań.

Dalszy ciąg recenzji w portalu Onet.pl.

poniedziałek, 17 października 2011

London Film Festival: "Coriolanus"

Pierwsza z serii krótkich recenzji wybranych filmów, które zaprezentowano podczas tegorocznego London Film Festival. Na pierwszy ogień reżyserski debiut Ralpha Fiennesa.



Ralph Fiennes adaptuje jedną z mniej znanych sztuk Szekspira. Nie jest to dla niego grunt zupełnie obcy, bowiem przed ponad dekadą na teatralnych deskach odgrywał już rolę Koriolana. Ale aktor po raz pierwszy siada na stołku reżysera i to, jeśli wierzyć jego własnym, ironicznym słowom, z powodu prozaicznego, gdyż nikt inny nie chciał tego filmu zrobić.

Mimo że zamiast w miotanym zamieszkami starożytnym Rzymie, "Coriolanus" osadzony jest w Rzymie uniwersalnym, wszędzie i nigdzie, a na dodatek w nieokreślonym czasie (można jednak domniemywać, że współcześnie), konceptualnie film Fiennesa nie jest tak znowu daleki od dzieła brytyjskiego dramaturga. To w dalszym ciągu opowieść o targanym namiętnościami autokracie, niepozbawionym jednak pierwiastka szlachetności; z jednej strony dążącego do władzy, za nic mającego sobie prosty lud, z drugiej brzydzącego się politycznymi gierkami i… kreowaniem wizerunku. Może dziwić podobna, charakterystyczna dla dzisiejszej retoryki medialnej, nomenklatura w odniesieniu do adaptacji dramatu Szekspira, ale Fiennes nie bez powodu przeniósł akcję w dwudziesty pierwszy wiek. Akcję "Coriolanusa" spajają przebitki z telewizyjnych transmisji, a wypędzenie niedoszłego konsula z "Rzymu" odbywa się w studiu, przed kamerami.

Dalszy ciąg w portalu Onet.pl.

piątek, 14 października 2011

London Film Festival na Kill All Movies

No i jestem w Londynie. Od niedzieli będę relacjonował dla Onetu tutejszy festiwal filmowy, napiszę na pewno o "Rzezi" Polańskiego, "Coriolanusie" Fiennesa czy "Idach marcowych" Clooneya. Oczywiście recenzje będą pojawiały się także na moim blogu, a na fanpage'u spodziewajcie się krótkich notatek o filmach, dla których na Onecie nie znajdzie się miejsce. A tymczasem zapraszam do lektury festiwalowej zapowiedzi. Skan pochodzi z wtorkowego wydania dziennika "Metro" (kliknij, aby powiększyć).

środa, 12 października 2011

Spadająca gwiazda - Marilyn Monroe


Gdy wejść na fora internetowe i poczytać przypadkowe wpisy, nietrudno zauważyć, że dyskusja o tym, czy Marilyn Monroe była jedynie głupią blondyneczką, której niebywale się poszczęściło, czy może raczej znakomitą aktorką, toczy się nieprzerwanie. Istotne jest jednak to, że prawdopodobnie kwestia ta nigdy nie zostanie rozstrzygnięta, a platynowy skarb Hollywoodu tak czy inaczej zachowa swoje miejsce na afiszach popkultury. Zresztą, jak trafnie mówi Zbigniew Kasprzak w wywiadzie dołączonym do omawianego tutaj albumu – zmarła gwiazda, narodził się mit. W istocie tak właśnie było, a jedną z podstawowych cech mitu jest niejednoznaczność, pewna dowolność w jego modelowaniu i stosunkowa łatwość, z jaką poddaje się przeróbkom. Wszak o Marilyn kręci się filmy, śpiewa piosenki i rysuje komiksy, a z każdego z tych dzieł wyłania się inna wizja tej nietuzinkowej postaci, tym samym, w pewnym sensie, zacierając pierwotny jej obraz. Ale nie działa w tym przypadku zasada palimpsestu – każdy utwór wzbogaca na swój sposób istniejącą już mitologię, nawet jeśli pomyślany jest jako rzecz rewizjonistyczna. Problem z komiksem „Spadająca gwiazda” jest taki, że album ten jedynie powtarza, odtwarza i przetwarza – nie tworzy. Po przewróceniu ostatniej strony można zadać sobie pytanie, po co był cały ten trud, skoro nie powiedziano nic nowego, nic swojego, a nawet i stare fakty przerobiono w nieczytelną mozaikę. Dzieło polsko-belgijskiej ekipy przedstawia epizody z życia tej ultymatywnej gwiazdy ekranu poukładane achronologicznie – punktem wyjścia jest śmierć Monroe, potem następuje seria przypadkowych retrospektyw, jak chociażby wizyta na planie „Skłóconych z życiem” czy urodziny Kennedy'ego. Niefortunne rozwiązanie formalne staje się powodem narracyjnego chaosu, całość jest niespójna i mało przejrzysta. Trudno nawet mówić o jakiejkolwiek fabule albo próbie rozpisania komiksowej biografii Marilyn, bowiem powyrywane z życiorysu aktorki obrazy, zapewne według autorów dla Monroe kluczowych i formatywnych, są niczym zatrzymane w stopklatce kadry. Za taki stan rzeczy winić należy przede wszystkim scenariusz, zrealizowany na archaiczną, teatralną modłę. Dialogi wsadzone w usta postaci pojawiających się na kartach komiksu są nienaturalne i siermiężne, a niektóre z, bądź co bądź fotograficznie precyzyjnych, nierzadko pięknych, kadrów Kasprzaka namalowano ze zbytnią emfazą. „Spadająca gwiazda” to komiks niewart zainteresowania czytelnika, może co najwyżej przejrzenia kilku naprawdę świetnych ilustracji, z okładką na czele. Lepiej byłoby chyba po prostu wydać album z nieprzeciętnej urody malunkami Kasprzaka, nieskalany kiepskim scenariuszem. Historię Marilyn każdy dopisałby przecież po swojemu.

Zainteresowanych tematem zapraszam do lektury mojego poprzedniego wpisu o Marilyn.


poniedziałek, 10 października 2011

Remake dziki, remake zły

Ostatnio sporo mówi się o kryzysie w Hollywood - że nie ma już nowych pomysłów, że filmy wtórne, że coś tam. No i sam David Cronenberg zapowiedział realizację nowej wersji swojej "Muchy". A więc dzisiaj o remake'ach.


Remake to zło. Wie o tym każdy przedszkolak, sprzedawczyni z pobliskiego sklepu, brodaty pan spod budki z piwem i profesor na uniwersytecie. Remake to skok na kasę, gwałt na intelekcie widza, lepka łapa spoconego producenta filmowego chwytająca nasze portfele. Remake to spersonifikowany grzech lenistwa, koszmar kinomana, niszczyciel celuloidowych legend. Remake to pożeracz światów, deprawator nieletnich, uwodziciel dziewic.

Torsje, odruchy wymiotne, zimne poty i kompulsywne obgryzanie paznokci - oto reakcja sporej części kinomaniaków na wieść o kolejnej przeróbce ich ukochanego, lubianego, a nawet znienawidzonego dzieła. Na pierwszy rzut oka nic w tym dziwnego, w końcu odbiorem sztuki filmowej rządzi w dużej mierze sentyment, więc seans pamiętany z dzieciństwa, studenckich imprez, tudzież romantycznych wieczorów broni się wściekle przed przewartościowaniem. Oczywiście nie można zrzucić remake'owej traumy tylko i wyłącznie na karb bagażu miłych wspomnień, byłoby to i nieprawdziwe, i bezzasadne. Przecież wśród filmowej braci znajdzie się wielu takich, którzy już wychodząc z kina wiedzą, że zetknęli się z dziełem totalnym jak holenderski futbol, czują jakby reżysera znali od lat, jakby ostatnie dwie czy trzy godziny spędzili z nim przy wspólnym stole, jeszcze szron na półlitrówce nie stopniał. Oni także nie chcą widzieć tego epokowego dzieła sprofanowanego, oplutego, zdeptanego przez amerykański biznes z ostatniego kręgu piekła zwanego Hollywood. Pewnie, nie tylko nasi wierni sojusznicy w boju remake'i kręcą, ale to na nich spada najwięcej gromów. Za nimi więc trzeba nam się ująć, to oni są maluczcy i pokrzywdzeni w tej bezkrwawej bitwie o dusze, o nich mówi się "lenie", "złodzieje", "malwersanci", "masoni"! Kto gotów więc naciąć wiernym kozikiem, harcerską finką czy nożem z babcinej zastawy swój serdeczny palec i własną krwią wypisać na ścianie słowa: "remake jest dobry", "remake jest potrzebny"? Auć, troszkę bolało.

Remake czyli va banque

Ponoć pierwsza zasada stojąca za remakem brzmi: robimy to dla kasy. I trudno właściwie polemizować, wszak żadna wytwórnia nie jest instytucją charytatywną, nie da reżyserowi grubych milionów na gębę i nie poklepie współczująco po plecach, gdy film okaże się finansową klapą. Sęk w tym, że lwia część tytułów pokazywanych w multipleksach kieruje się właśnie chęcią zysku, nic dziwnego i zdrożnego, prawa wolnego rynku, ot co. Nie fair jest wobec tego wystosowywanie zarzutu, jakoby to tylko remake był maszynką do robienia pieniędzy, za której korbę kręcimy my, naiwniacy, dający się nabrać i kupujący bilety. Decydując się na jakikolwiek seans, przelewamy kilka złotych na konto mitycznego pana Smitha, który zasiada za mahoniowym biurkiem w Kalifornii. Można zapewne oddać się bezowocnej dyskusji, kto jest bardziej łasy na nasze ciężko zarobione złocisze, a kto mniej; który film niesie ze sobą życiowe wartości i ponadczasowe morały, i wart jest naszej krwawicy, a który tylko żeruje jak sęp na tym, co zostało na dnie porośniętej pajęczyną portmonetki. Nie ma to i tak najmniejszego znaczenia z co najmniej jednego powodu - sami wybieramy nasze filmy. Nikt nas wołami na remake nie ciągnie. Specsłużby nie zapukają w środku nocy z pytaniem, czy widzieliśmy ostatni wyczyn Fabryki Snów. Co nie oznacza, iż powinniśmy zamilknąć i godzić się na wszystko, co serwują nam kina, choćby to był taki chłam, że aż zęby trzeszczą. Dobrze, że nie przystajemy na remake, jeśli czujemy, że nie to nam w duszy gra i przeciwni jesteśmy takiej praktyce. Szkoda jedynie, że często krzywdzące opinie na temat całego fenomenu wygłaszane są zanim delikwent zapozna się ze zjawiskiem jako takim i jego zdanie bazuje jedynie na kilku przypadkowo obejrzanych tytułach. Teraz następuje apel treści następującej: dajmy remake'owi szansę.

Na tapczanie siedzi leń, rimejkuje cały dzień

Remake często służy jako pryzmat, przez który wystawiana jest cenzurka amerykańskiej kinematografii w ogóle. Bo przecież ci otyli, tępi mcdonaldyści tak przyzwyczaili się do wygód wszelakich, że nie chce już im się nawet scenariuszy wymyślać, cudzy przecież łatwiej wyrwać z korzeniami i zasadzić u siebie. Zdajemy się jednak pomijać fakt, że remake stanowi jedynie odsetek produkcji filmowej w Stanach Zjednoczonych, a na zachodniej półkuli nadal powstaje mnóstwo tytułów świeżych i nietuzinkowych. Nie oznacza to tym samym, że remake musi świecić światłem odbitym od obrazów, na bazie których został stworzony, albo kryć się w cieniu pozycji zrodzonych ze scenariusza oryginalnego. Remake nie musi, choć może, być synonimem słowa "kalka", lecz wiele przeróbek zachwyca nakładem włożonej w nie, przyzwoitej roboty. I nawet jeśli odświeżona wersja starego hitu nie dorasta oryginałowi do pięt, nie jest to tożsame z tym, że nie warto remake'u oglądać - nadal może przecież okazać się on po prostu dobrym filmem. Nie ma też co panikować, jeśli tak się nie stanie i drzeć wniebogłosy, że dwóch takich z Holiłudu zszargało legendę i opluło nagrobek jakiegoś przerażającego horroru z lat osiemdziesiątych czy największego dramatu społecznego ostatnich lat. Zawsze można przecież o seansie zapomnieć i sięgnąć po starą, lubianą wersję. Remake nie działa jak nowe systemy operacyjne Microsoftu - jeśli nie zmienisz Windowsa, zostaniesz w tyle. Remake nie zastępuje wysłużonego pudełka z kasetą VHS czy płytą DVD, on stara się być godnym partnerem dla naszego faworyta. Remake może dać nową perspektywę percepcyjną, rzucić nowe światło na podejmowany temat, dostosowując go do mentalności widza współczesnego, czy też, wreszcie - zapewnić znakomitą rozrywkę.

Z ziemi japońskiej, szwedzkiej, francuskiej... do amerykańskiej

Pomijając kwestie finansowe, istnieje całe mnóstwo powodów, dla których remake jest kręcony. Być może sam reżyser jest fanem wcześniejszej wersji i chciałby zmierzyć się z jej materią. Może warto wprowadzić unikalny świat wielkiego dokonania kinematografii w nową dekadę. A może pomysł jest na tyle nośny, że warto przeszczepić go na grunt innej kultury i mentalności. Słysząc "nowy amerykański remake", często przed oczyma wyobraźni staje kolejna azjatycka demona czy europejska stwora w zmienionym makijażu. Faktycznie, horror w szczególności upodobał sobie te filmowe pożyczki, lecz wynika to bardziej ze specyfiki gatunku, niźli samego zjawiska remake'owania. Choć spora część tych filmów zatraca swoją tożsamość w naprędce zrealizowanym przez Hollywood projekcie, który przynieść ma szybki zysk często korzystając z tego, że zagraniczna wersja danego filmu nie była grana w tamtejszych kinach (jak to było choćby w przypadku hiszpańskiego "[REC]") dla widza amerykańskiego może być interesującym (i inspirującym) doświadczeniem, zetknięciem z wcale niezgorszą fabułą. A i dla tych spośród nas, którzy znają oryginalną wersję, obejrzenie remake'u może przynieść ciekawą refleksję na temat kultury amerykańskiej i jej fenomenalnej wręcz umiejętności adaptacji. Remake nie jest przecież zjawiskiem nowym, które zrodziło się w ostatniej dekadzie, wytwórnie importują interesujące i intrygujące scenariusze od lat, nierzadko obalając kulturowe bariery. Można się spierać, zresztą nie bez słuszności, że "Siedmiu wspaniałych"  nie dorównuje "Siedmiu samurajom" , "Bracia"  Jima Sheridana nie poruszają jak oryginał Susanne Bier, a "Dark Water"  nie ma w sobie grozy pierwowzoru. Koniecznie trzeba wziąć więc poprawkę na coś, w co nam, przeświadczonym o intelektualnej wyższości nad ludem zza oceanu, trudno uwierzyć - dla przeciętnego Amerykanina europejskie czy azjatyckie realia są nieodmiennie odlegle, trudno więc zarobić nawet na komercyjnym kinie obcego pochodzenia, remake się po prostu opłaca.

Rererererereimaginacja

Remake działa też, a może nawet i częściej, jako zjawisko wewnątrzkulturowe. Amerykanie, bardzo zresztą przywiązani do swojego dziedzictwa, chętnie eksploatują pomysły wcześniej wykorzystane przez swoich rodaków, wracają do dawnych hitów, przerabiają nieudane produkcje - do tego z całkiem niezłym skutkiem. W szczególności wielbiciele różnorakich maszkar i stworów z innych galaktyk mogą mieć powód do radości - i to nie przypadkowo. Nieustający rozwój technologiczny sprawia, że popyt na widowiskowe spektakle nie maleje i zarówno klasyki, jak i tandeciarskie produkcje kina rozrywkowego spod znaku horroru znajdują kolejnych amatorów chętnych na ożywienie celuloidowego trupa i wystawienie go w miejskim kinie czy domu kultury. Co ważniejsze, istnieje jeszcze większa rzesza tych, którzy chętnie zapłacą i pójdą takie pokolorowane wykopalisko obejrzeć, nawet jeśli chodzi tylko o dowiedzenie słuszności postawy typu "a nie mówiłem" i przekonaniu się, że zakpiono z jakiegoś legendarnego utworu. Miłośnicy grozy to grupa specyficzna - wyjątkowo nieprzejednana, przywiązana mocną nicią sentymentu do wielbionych filmów i tasiemcowych serii, i być może to właśnie dla nich stworzono pojęcie reboot, za którym, jeśli wierzyć producentom, nie kryje się zwyczajny remake, ale reinterpretacja. Przewartościowując horrorowy mit, reżyserzy usiłują dostosować cykl do potrzeb młodej widowni, której zwyczajnie nie chce się odgrzebywać staroci, gdzie króluje plastik i guma, a ich pomysłem na spędzenie wolnego czasu jest wizyta w multipleksie. A starzy wyjadacze film i tak obejrzą, choćby z obowiązku.

Reboot jest swoistym restartem, przeniesieniem znanej z danego tytułu rzeczywistości w XXI wiek (co praktykuje się od dawna choćby w świecie komiksu), lecz nie jest jedynym sposobem na zremake'owanie samego remake'a. Ba, istnieje ich niezliczenie wiele. Można go nakręcić, kopiując film niemal klatka po klatce, można połączyć kilka tytułów w jeden, można jedynie zapożyczyć tytuł. Wszystkie chwyty dozwolone. Żadna metoda nie skreśla jednak ani nowo powstających remake'ów, ani całego zjawiska. Bo remake zły nie jest. Może i szczerzy kły, często gryzie po rękach, drapie meble i załatwia się do butów. Ale koniec końców, wszyscy czekamy, aż położy się wygodnie w nogach naszej kanapy i da się pogłaskać.

Tekst ukazał się przed rokiem na Stopklatce.

P.S. Na Onecie możecie też przejrzeć opracowane przeze mnie zestawienie nadchodzących remake'ów - w formie jednolitego tekstu albo z bajerami.


piątek, 7 października 2011

"Kat shoguna" - recenzja i konkurs!

Może dziwić, że dzisiaj do kin wchodzi doskonałe "Rozstanie", a ja piszę o niedawnej premierze DVD. Uspokajam - o filmie Farhadiego jeszcze będzie, a tymczasem zapraszam do lektury recenzji "Kata shoguna" oraz wzięcia udziału w konkursie.


Macha mieczem i pozbawia swoje ofiary głów!!! – tak mniej więcej brzmiał oryginalny tagline „Kata shoguna”, a co złośliwsi twierdzą, że proces montowania filmu przebiegał podobnie; ktoś machnął ręką, coś tam wyciął, coś przykleił i mamy grindhouse'owy hit, koszmar cenzorów z BBFC. Oparty na słynnym, publikowanym także i u nas, komiksie duetu Koike/Kojima „Samotny wilk i szczenię”, który w rodzimej Japonii doczekał się aż sześciu filmowych adaptacji, zasłynął swojego czasu jako jeden z szeregu filmów zakazanych w Wielkiej Brytanii. Do powstania tego dziwacznego dzieła doszło, kiedy Robby Houston wraz z kumplem, Davidem Weismanem, kupili prawa do dwóch obrazów z serii, wyciągnęli kilkanaście minut z pierwszego, resztę z drugiego, poszatkowali, zdubbingowali, rozpisali nową fabułę i odwalili kawał celuloidowego recyclingu.

Kiedyś, gdy jeszcze domowy internet był jedynie mrzonką, słyszało się opinie, że „Kat shoguna” to jedynie zlepek scen gore, przypadkowo powyciąganych z japońskich oryginałów, nie stanowiący spójnej całości, lecz prawda jest nieco inna. Faktycznie, nie brakuje chlastania kataną, krew sika groteskowo, a ogolone, samurajskie głowy pod naporem ostrza pękają jak arbuzy, lecz fabuła jest istotnie obecna, choć zdawkowa. No cóż, trudno jest utrzymać jakąkolwiek dyscyplinę reżyserską, kiedy tworzy się film z gotowych półproduktów. Ciekawym zabiegiem jest więc narracja z offu, która ma za zadanie nadać nieco sensu temu, co widać na ekranie – spoza kadru dopowiada i komentuje syn głównego bohatera, Daigoro. I tak wykluczony z klanu wojownik przemierza japońskie góry i lasy, po drodze chlastając przeciwników niemiłosiernie. Zaskakujący, kreskówkowy klimat przemieszany jest z rozumianą po cormanowskiemu poetyką Kraju Kwitnącej Wiśni i przerysowaną brutalnością. Tym samym „Kat shoguna” staje się widowiskiem niespotykanym, które zobaczyć po prostu trzeba. To esencja jidaigeki klasy B, do tego posiadająca, z uwagi na swój pozafilmowy kontekst, dla wielu zapewne wątpliwy, walor kina eksploatacyjnego.

Warto dodać, że wydana u nas na DVD wersja filmu jest nieocenzurowana i zremasterowana. Dzięki uprzejmości dystrybutora 9th Plan, płytka z "Katem shoguna" może trafić do Ciebie - wystarczy napisać do mnie maila (adres widoczny w boksie po prawej) i w maksymalnie stu słowach opowiedzieć o swoim ulubionym filmie samurajskim. Konkurs trwa do 13.10.2011. Wyniki zamieszczę na fanpage'u bloga na Facebooku.

środa, 5 października 2011

Batman to wariat! - rozmowa z Brianem Azzarello

Na XXII MFGiK udało mi się porozmawiać z Brianem Azzarello, twórcą komiksów "100 naboi", "Joker", "Loveless" i "Batman: Rozbite miasto". Poniższa rozmowa ukazała się w dzienniku "Metro".


Bartosz Czartoryski: Dopiero co miał polską premierę twój komiks „Joker”. Po jego przeczytaniu ktoś mógłby powiedzieć, że bardziej interesują cię złoczyńcy niż superbohaterowie.

Brian Azzarello: Myślę, że czarne charaktery są o wiele bardziej zajmujące dla artysty. Szczerze mówiąc, często nie rozumiem motywacji superbohaterów. Może zabrzmi to dziwnie, ale łatwiej mi utożsamić się z komiksowymi łotrami.

Dlatego nawet twój Batman z „Rozbitego miasta” przypomina postać z czarnego kryminału?

„Rozbite miasto” to w rzeczy samej kryminał noir, z drobną różnicą – detektyw nosi pelerynę, a nie prochowiec i kapelusz. Nie mogę jednak powiedzieć, że Batman jako taki jest w tej historii nieistotny. Sądzę, że udało mi się powiedzieć wiele na temat tej postaci, w pewien sposób skomentować to, co się dzieje w głowie Człowieka Nietoperza. W szczególności widać to w końcówce, kiedy Batman zaczyna wierzyć w to, że jego niekończącą się wojnę z przestępczością da się wreszcie wygrać. A jednak czytelnicy wiedzą, że jest inaczej, że to niemożliwe. On nie może zwyciężyć. Tak naprawdę myślę, że Batman jest...

Szalony?

Dokładnie. Ma nie po kolei w głowie.

Tak jak Joker?

Nie, ponieważ Joker nie ma żadnego celu, żadnych ideałów. Nie wierzy w nic.

Nawet w swoją własną wojnę?

Joker sam nie ma pojęcia do czego dąży, więc nie jestem pewien, czy można w ogóle mówić w jego przypadku o jakiejkolwiek wojnie. Często zestawia się te dwie postacie, Batmana i Jokera, ale zasadniczy kontrast pomiędzy nimi polega na tym, że ten pierwszy ma ściśle określony kodeks moralny, potrafi odróżnić dobro od zła. Jest to facet, który głęboko wierzy, że pewne rzeczy można zrobić tylko w jeden słuszny sposób, bez żadnych odstępstw od z góry narzuconych samemu sobie reguł. Każdy z nas zna podobnie myślących ludzi. W przypadku Jokera nigdy nie można być pewnym, co przyjdzie mu do głowy, co zrobi. Wojna wymaga świadomych działań, do których on nie jest zdolny. Kieruje się tylko agresją.

Można spotkać się z porównaniami twojego komiksu do filmów Christophera Nolana.

Zapewne istnieją pewne podobieństwa, lecz tym miejscu muszę powiedzieć, że byłem pierwszy. Mój komiks ukazał się na rynku amerykańskim jeszcze przed premierą obu filmów. Dodam jednak, iż trudno mi z kolei powiedzieć, czy Nolan inspirował się moją pracą. Na pewno wiedział o istnieniu komiksu, ale czy go czytał? Nie potrafię stwierdzić. Uczestniczyłem jednak w pracach nad innym filmem o Batmanie, był to jeden z segmentów animowanego projektu „Batman: Rycerz Gotham”. Rozmawiałem wtedy ze scenarzystą „Mrocznego rycerza”, Jonathanem Nolanem, i wiem, że on czytał moje komiksy, znał chociażby „Rozbite miasto”. No i oczywiście „Jokera”.

Może się mylę, ale kiedy czytam twoje komiksy, czuję się, jakbym obcował z historiami głęboko zakorzenionymi w amerykańskiej kinematografii. „Rozbite miasto” jest, jak już mówiliśmy, kryminałem noir, a inny twój komiks, ,„Loveless”, to western...

Nie powiedziałbym jednak, by kino odgrywało dużą rolę w kształtowaniu moich scenariuszy. W poszukiwaniu inspiracji częściej sięgam po nagłówki gazet niż po filmy, lecz jeśli miałbym wskazać coś, co popchnęło mnie do napisania „Loveless”, powiedziałbym, że były to włoskie westerny, a nie amerykańskie.

Spaghetti westerny?

Tak, dokładnie. Oczywiście lubię amerykańskie kino, ale nawet w przypadku „Rozbitego miasta” prędzej powołałbym się na francuskie noir, które odważyło się przekroczyć granice gatunku.

A „100 naboi”?

W tym przypadku mieliśmy większy plan. Wiedzieliśmy, że historia musi rozwijać się stopniowo, bowiem to, co sobie wykoncypowaliśmy – a co, sądząc po przyjęciu komiksu przez czytelników, sprawdziło się w stu procentach – nie mogło zwalić się ludziom na głowę, trzeba było dozować tę opowieść. Czasem staraliśmy się flirtować z odbiorcą, sugerować, ale tylko sugerować, że za tym w gruncie rzeczy prosty pomysłem, kryje się głębsza, złożona intryga. I kiedy udało nam się już zainteresować czytelnika, wtedy waliliśmy z całej siły. W sumie takie nasze podchody trwały rok, wszystko toczyło się w miarę spokojne i nagle bum, odpaliliśmy bombę. Tym sposobem zaskoczyliśmy wszystkich dwukrotnie – początkowym pomysłem i jego niespodziewanym rozwinięciem.

Możesz zdradzić nad czym obecnie pracujesz?

Za miesiąc wychodzi moja nowa seria, „Spaceman” i obecnie ślęczę właśnie nad nią. Powiedziałbym, że jest to mieszanka noir i science-fiction. Akcja dzieje się w naszym świecie, na Ziemi dotkniętej kryzysem ekonomicznym, katastrofami ekologicznymi i tak dalej. To komiks o świecie na krawędzi zagłady.


poniedziałek, 3 października 2011

"Sanktuarium 3D" - gniot roku?

Dzisiaj krótko, bo nadal dochodzę do siebie po łódzkim festiwalu, z którego pierwsze zbiory zaprezentuję już w środę - wtedy to w "Metrze" ukaże się mój wywiad z Brianem Azzarello. Poniżej zamieszczam fragment recenzji w zamierzeniu mającej być ostrzeżeniem, bowiem 28.10.2011 w polskich kinach zagości film "Sanktuarium 3D", jedna z największych szmir tego roku. Tekst ukazał się w ostatnim numerze "Filmu".


Sanktuarium 3D (1/6 - jeśli byłaby taka możliwość, dałbym 0/6)

Brian Karter po śmierci matki dziedziczy nietypowy spadek – ogromnych rozmiarów ośrodek badawczy, w którym niegdyś starsza pani przeprowadzała niekonwencjonalne eksperymenty medyczne. (...) „Sanktuarium” jest doskonałym przykładem realizatorskiej bezradności. Ekipa stojąca za tym tanim spektaklem nie ma nawet odrobiny wiary w swój projekt, co przekłada się nie tylko na marną jakość wykonania, ale i mizerię treści. Film ten wygląda jak sklecona w kilka dni produkcja, nakręcona na potrzeby pośledniej stacji telewizyjnej, z aktorami z łapanki, scenarzystą analfabetą i reżyserem cierpiącym na narkolepsję. (...)

I jeszcze coś - nie idźcie na ten film.
 

Archiwum bloga