piątek, 30 września 2011

Amerykańskie wampiry w Łodzi

No, może niezupełnie, ale tytuł wpisu nie jest przypadkowy. Dzisiaj rozpoczyna się bowiem XXII Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier w Łodzi, na który wybywam za równą godzinę. Są już tam zapewne Simon Bisley, Brian Azzarello i Grzegorz Rosiński - z nimi trzema będę rozmawiał, a o publikacji wywiadów poinformuję na blogu i zamieszczę fragmenty. Korzystając z okazji, wklejam recenzję komiksu "Amerykański wampir", w którym palce maczał sam Stephen King. Do poczytania w poniedziałek.


Podwórkowa prawda, że made in USA jest lepsze niż made in reszta świata zdaje się przyświecać buńczucznym deklaracjom Scotta Snydera i Stephena Kinga, że wnet pokażą niedowiarkom, co to znaczy prawdziwy wampir. Zdegradowany do roli maskotki popkultury, ten czy inny krwiopijca o tępawych zębach dawno już przestał i straszyć, i choćby interesować miłośników gatunku, dla którego potrzeb się narodził. Te dzieci nocy już dawno ośmieszyło kino i literatura, wbito im kołek, zakopano sześć stóp pod ziemią i splunięto na grób. Kto miał więc sięgnąć po łopatę, zatrzeć ręce i wykopać gnijącego, śmierdzącego już trupa, jak nie dwóch zapaleńców zza oceanu, którzy z horrorem są za pan brat. Snyder, ten mniej znany kolega z duetu, ma już niemałe doświadczenie komiksowe, więc taką, bliską mu formę, zaproponował Kingowi. Tamten, jak wiadomo, mało której okazji przepuści, także na propozycję tchnięcia nowego życia w wampira za pomocą dymków i obrazków przystał entuzjastycznie.

Zapowiedź, że ich wspólny komiks przywróci opowieściom wampirycznym grozę i należytą powagę, należy jednak włożyć między bajki, bo choć „Amerykański wampir” to dzieło istotnie satysfakcjonujące, przeznaczone jest w gruncie rzeczy dla młodzieży. Mimo że autorzy twierdzą inaczej, projekt ten płynie z falą, zamiast iść pod wiatr. Zgoda, próżno na kolejnych stronach szukać wymuskanych młodzieniaszków z wystającymi kłami, którzy bajerują amatorki nocnych i mocnych wrażeń, lecz żywot Skinnera Sweeta to historyjka jakich wiele. Nie oznacza to wcale, że nużąca czy mało dla czytelnika atrakcyjna, wręcz przeciwnie – mknie się przez „Amerykańskiego wampira” szybko i bezboleśnie. I może w tym właśnie tkwi problem komiksu, bowiem nie ma w nim nic, co mogłoby przyciągnąć na dłużej, a szanse przecież były dwie, gdyż i Snyder, i King, w tym estetycznie wydanym tomie zmieścili po jednej fabule. Równolegle biegną więc dwa wątki: jeden dotyczący Sweeta (autorstwa Kinga), bandyty i rabusia działającego pod koniec dziewiętnastego wieku, który w wyniku szczęśliwego przebiegu wypadków zyskuje wampiryczne życie; drugi to historia dziewczyny imieniem Pearl (pióra Snydera), która w Los Angeles lat dwudziestych ubiegłego wieku próbuje wiązać koniec z końcem, a jej życie zmienia się nieodwracalnie, kiedy zostaje wciągnięta w porachunki pomiędzy wiecznie żyjącym Sweetem a jego europejskimi adwersarzami.

King ujawnia swoje fascynacje westernem, choć Dziki Zachód wydaje się w tym przypadku jedynie scenografią, bo prawdziwym tematem jest geneza nowego rodzaju wampira – tego made in USA. Sweet potrafi chociażby chodzić za dnia bez uszczerbku na zdrowiu, góruje sprawnością fizyczną nad jego stwórcami ze Starego Kontynentu, no i jest wybitnie niemiłym gościem, choć potrafi pokazać serce, o czym dowiadujemy się z części napisanej przez Snydera. Sweet pomaga Pearl, podaje jej swoją krew, by ta mogła rozprawić się ze swoimi oprawcami już jako wampir. Podsumowując –  w jednym tomie otrzymujemy wampiryczne rape&revenge oraz klasyczną opowieść o zemście w świecie kowbojów i dyliżansów. Panowie scenarzyści niezbyt się więc wysilili, choć znalazło się w komiksie kilka niezłych zabiegów, jak rama fabularna dla biografii Sweeta, którą jest popularna powieść groszowa, czy wampiryczny biznes filmowy, ale pierwsze wydanie zbiorcze „Amerykańskiego wampira” zdaje się jedynie wprawką przed czymś większym, wstępem do obiecywanej, oby nieco dojrzalszej, epopei. Za to niezmiennie świetny jest Rafael Albuquerque, którego kreska, szczególnie w części pisanej przez Kinga, znakomicie oddaje klimat opowieści – mocne, wyraziste, ze smakiem pokolorowane rysunki.

„Amerykański wampir” pozostawia niedosyt, a raczej ssące uczucie głodu. Przy całym szumie, który wywołała kolaboracja Kinga z komiksiarzami, faktyczna wartość dzieła zeszła na dalszy plan. I mimo tego, że jest ona warta swojej ceny, nie potwierdza deklaracji Snydera i Kinga. Wampir nadal leży w ziemi, jedynie zaczyna nieśmiało podrygiwać.

środa, 28 września 2011

Seans bez powodu: "The Dead"

Ruszam z nowym cyklem o nazwie, którą wymyśliłem przed sekundą - seans bez powodu. Właściwie to i pomysł na jakikolwiek cykl wpadł mi do głowy dokładnie w chwili otwarcia zakładki nowego postu. Lwia część tekstów filmowych zamieszczanych na moim blogu dotyczy bieżącego repertuaru kinowego, a jako że wykonywana przeze mnie praca pozwala mi na pochłanianie filmów w dużych ilościach, chciałbym zarezerwować odrobinę miejsca na spisanie kilku słów o tym, co akurat zrobiło na mnie wrażenie, a jest nieznane szerszej publiczności, bo niedostępne u nas w dystrybucji kinowej czy na płytach. I właśnie w seansie bez powodu będę mówił o rzeczach, które warto sprowadzić sobie zza granicy. Obawiam się, że sporo opisywanych przeze mnie rzeczy przynależeć będzie do gatunku horroru, ale cóż poradzić - przy niczym nie pracuje mi się lepiej. Na pierwszy ogień idzie więc brytyjskie "The Dead", które można już zamawiać w sklepach internetowych, do czego namawiam.


Konwencja zombie-filmu wydaje się być tą najczęściej przez horror eksploatowaną, a co za tym idzie - wyświechtaną do granic możliwości, steraną i kompletnie już dla widza nieatrakcyjną. A jednak "The Dead" jest znakomitym przypadkiem filmu, który poprzez przeniesienie znanej historii w nową scenografię uzyskuje efekt wychodzący naprzeciw oczekiwaniom nawet tego wybrednego miłośnika żywych trupów. Akcję osadzono w Afryce, mamy więc obrazek niespotykany, a przez to z definicji atrakcyjny z uwagi na swoją egzotyczność. Już nie wieżowce ze stali i szkła, a prymitywne lepianki i piaszczyste stepy będą tłem zmagań z zastępami zombie. Sytuacja jest więc diametralnie różna niż w setkach klaustrofobicznych horrorów z umarlakami, wywiedzionych z trupiej tradycji Romero - tutaj przeciwnikiem jest też bezkresna przestrzeń, nie ma gdzie się schronić, kryjówka nie istnieje. Do tego piesza wędrówka nie wchodzi w grę, bowiem piekące słońce i deficyt wody pitnej uniemożliwia marsz. Bohaterowie filmu, skazani na siebie amerykański inżynier i afrykański żołnierz, wsiadają więc w samochód i próbują przedostać się do wojskowej bazy, przez co "The Dead" staje się swoistym filmem drogi - a to skończy im się benzyna, a to padnie chłodnica, co zmusi ich do niejednokrotnego opuszczenia względnie bezpiecznego auta. Na zewnątrz zaś czyhają spragnione mięcha trupy. Jednak wbrew założeniom kina drogi, nie zaobserwujemy u Briana i Daniela wielkiej przemiany wewnętrznej, ci goście po prostu chcą przeżyć. Owszem, jest co nieco o męskiej przyjaźni zawiązanej, by stawić wspólnie czoła przeciwnościom losu, poruszono temat poświęcenia i odpowiedzialności za towarzysza niedoli. Charakterologiczna transformacja nie jest dla zombie-kina wymogiem obowiązkowym, tutaj ważna jest atmosfera osaczenia i bezradności, charakterystyczna dla konwencji. A tutaj "The Dead" egzamin zdaje na ocenę celującą, bowiem reżyserzy, bracia Ford, czerpią i z Romero (podkreślające niepokój częste ujęcia na puste kąty domów czy gałęzie drzew miotane wiatrem), i z Fulciego (szpetne, odrażające trupy, częste sceny gore), tworząc depresyjny klimat beznadziei. Szkoda więc tych kilku ostatnich sekund, gdzie we wszechogarniającą rozpacz wkrada się promyczek nadziei. Nie chciano być może posunąć się do skrajnego nihilizmu, choć łatwo też o wniosek prostszy -  chodziło o uchylenie drzwi dla sequela. Fakt jednak pozostaje faktem - "The Dead" zobaczyć trzeba koniecznie, bo to jeden z najlepszych zombie-filmów ostatnich lat. Na marginesie - ciekaw jestem, czy film posądzony zostanie o akcenty rasistowskie, tudzież kolonialistyczne, wszak biały facet kosi tutaj hordy czarnoskórych zombie.


poniedziałek, 26 września 2011

Film na koniec lata

Gdybym wcześniej nie słyszał i nie czytał ani słowa o filmie Popogrebsky'ego, patrząc na pierwsze ujęcia, uwierzyłbym, że to postapokaliptyczny thriller. Dwóch facetów siedzi w odrapanej chacie na końcu świata, obok stoi wydzielające radioaktywne promieniowanie ustrojstwo, a jeden ostrzega drugiego, by nie wychodził na zewnątrz bez strzelby. Ostatni ludzie na Ziemi z pewnością nie mają łatwo.


Faktycznie Paweł i Siergiej stacjonują w arktycznej placówce gdzieś na rubieżach Rosji, codziennie wykonując żmudne pomiary meteorologiczne. Wydaje się, że niezachwiana rutyna niezbędna jest, by nie zwariować – wie to Siergiej, weteran, który aż za dobrze zna tutejsze życie. Paweł jest świeżo upieczonym absolwentem wyższej uczelni, odbywa tutaj staż, doskwiera mu nuda. Obopólna antypatia doprowadza do ciągłej eskalacji napięcia, ale dopiero zbyt długo ukrywana przez Pawła wiadomość o tragicznym wypadku rodziny Siergieja doprowadza do przekroczenia granicy. Tłumiona frustracja, katalizowana bólem straty, wyzwala agresję.

Wydawało się, że w pewnym momencie zrozumienie jest blisko – Siergiej przyjmuje wreszcie na siebie rolę mentora, wyciąga ku Pawłowi rękę. Ale to pozorne i tymczasowe, bo my wiemy i wie to Paweł, że kiedy Siergiejowa rutyna zostanie zaburzona, to, co dzieje się na arktycznej stacji, zmieni swój bieg. I tak jest w istocie. Pisałem wcześniej o thrillerze – gdy puszczają hamulce, walą się bariery i rozpoczyna polowanie człowieka na człowieka, obaj mężczyźni stają się tacy, jak otaczająca ich dzicz. Zimni, wyrachowani, wręcz nieludzcy. A może właśnie jednak skrajnie ludzcy, bo sterowani impulsami i emocjami, do tego, w pewnym sensie, zrozumiałymi. Trudno wymierzyć granice człowieczeństwa. Opamiętanie przychodzi, kiedy z jednej strony jest już za późno, bo dokonała się krzywda, ale, zdaje się mówić Popogrebsky, na przebaczenie zawsze jest czas. Szkoda jedynie, że lato już się skończyło. Bezpowrotnie.

sobota, 24 września 2011

"Inkarnacja" czyli jak nie udało się nakręcić horroru

Premiery tego tygodnia nie zachęcają do wyjścia z domu i obrania kierunku na kino. Lepiej zainteresować się tytułami, które na ekrany weszły w ubiegły piątek - "Drive" i "Skóra, w której żyję" warte są uwagi widza, w przeciwieństwie do "Porwania" (o którym jeszcze na blogu napiszę) czy "Inkarnacji". Poniżej znajdziecie recenzję tego ostatniego filmu.

Julianne Moore wciela się w owdowiałą specjalistkę od zaburzeń osobowości. Podobnie jak jej ojciec psychiatra żyje pracą i kiedy na horyzoncie pojawia się zadziwiający pacjent, kobieta nie ma problemu w odłożeniu rodzinnych spraw na później. A dla specjalistki takiej jak Cara jest to interesujący przypadek. Wygląda na to, że mężczyzna leczony przez doktora Hardinga cierpi na multiplifikację osobowości, jego jaźń rozszczepiona jest pomiędzy Davidem i Adamem, dwiema kompletnie różnymi osobami. Cara podejmuje się leczenia mężczyzny, przez co wpada na trop morderstwa sprzed lat, do rozwiązania którego może dotrzeć tylko z pomocą tajemniczego pacjenta.

Brzmi więc niepokojąco i obiecująco, a jednak jest inaczej – "Inkarnacja" może i zaczyna się jako rasowa fabuła grozy, ale im więcej minut mija, tym bardziej zbliża się do nonsensownego bełkotu. Historia rozłazi się, kiedy pierwsze elementy układanki wskakują na swoje miejsce, a do głosu dochodzą wątki nadprzyrodzone, czarnoksięstwo i satanizm. Trochę szkoda, bo pochodzący ze Szwecji reżyserzy, Mons Morlind i Björn Stein, twórcy niezłego "Sztormu", w pierwszej połowie filmu udanie budują napięcie.

Dalszy ciąg recenzji na stronie "Dziennika".

piątek, 23 września 2011

Kill All Movies na Facebooku - konkurs!

Mój blog zadebiutował na Facebooku. Znajdziecie go pod tym adresem. Będę tam informował nie tylko o nowych wpisach, ale i zamieszczał różnoraki, związany z filmami spam. Z okazji narodzin oficjalnego fanpage Kill All Movies mam dla Was konkurs. Do wygrania jednak nie płyty DVD ani bilety do kina, lecz książki.


Witajcie w Lockwood, spokojnej i cichej mieścinie... gdzie sukuby wychodzą na żer, kiedy zapada zmrok. Wyuzdany seks, bezkompromisowa przemoc i niepokojąca, stara przepowiednia, która wypełni się w tym nadprzyrodzonym horrorze, pokochanym przez wojujące feministki!

Seksowna prawniczka Ann Slavik wraca do  rodzinnego miasteczka w poszukiwaniu swoich korzeni... ale znajdzie tam coś zgoła innego: śmierć, rozpustę, kanibalizm, diaboliczne tajemnice, strach, strach i jeszcze WIĘCEJ strachu! A dwóch zwariowanych, podążających za nią psychopatów to małe piwo w porównaniu do tego, co czeka na nią w Lockwood.

Sam Kaligula uklęknąłby z szacunkiem przed perwersjami, których będziecie świadkiem.

Przeczytaliście właśnie zajawkę powieści "Sukkub" Edwarda Lee, horroru absolutnego, który miałem przyjemność tłumaczyć. Zasady konkursu są proste, choć musiałem nieco je zmienić, by nie łamać regulaminu Facebooka - wystarczy więc... czytać mojego bloga oraz fanpage, a być może jeden z trzech egzemplarzy książki trafi do Ciebie. I tyle.

Konkurs trwa do końca września, zwycięzców powiadomię poprzez Facebook.

Książki ufundowało wydawnictwo Replika. Dziękuję!

czwartek, 22 września 2011

Your Movie Rocks! Rozmawiamy o "Drive"

Bez zbędnych wstępów - z Piotrkiem Plucińskim, dziennikarzem i krytykiem filmowym, autorem bloga Off the Record, dyskutuję o jednej z najważniejszych premier tego roku.


BC: Od razu po seansie uznałeś "Drive" za film roku, a przecież to ponoć pełne pretensji widowisko, bazujące jedynie na tym, co już gdzieś kiedyś zostało zrobione, niewiele więcej niż stylistyczne ćwiczenie, pusta wydmuszka...

PP: Dziwią mnie takie opinie, na szczęście bardzo sporadyczne. Trzeba być naprawdę ślepym i głuchym na kino, by nie dostrzec odrębności "Drive". Ja nie mogłem spokojnie usiedzieć w fotelu.

BC: U mnie podobnie, opuściłem kino zachwycony. Już w pierwszej scenie, jeszcze przed napisami początkowymi, wiedziałem, że obcuję z czymś niezwykłym. Przecież ta nieśpieszna ucieczka przed policją to istny majstersztyk suspensu.

PP: No właśnie. Refn może i przetwarza to, co już gdzieś widzieliśmy, ale... robi to po mistrzowsku, ba - robi to po swojemu. Zupełnie nie oglądając się na innych. To jego pierwszy film w Hollywood, a nie ma w nim właściwie żadnych lokalnych naleciałości - banalnego pastiszu, post-tarantinowskiego naśladownictwa...

BC: Siła filmu polega na bezbłędnym odtworzeniu i jednoczesnym przetworzeniu znajomego schematu fabularnego oraz specyficznej atmosfery dawnego kina sensacji - do tego bez żadnej ironii, ze śmiertelną wręcz powagą. Nareszcie nie ma "zabawy w kino", jest... prawdziwe kino.

PP: Każdy aspekt "Drive" jest muskularny, mocno przemyślany, a jednocześnie zaimplementowany tak, by nie kolidować z pozostałymi. Specjalistów od "zabawy..." mamy w Hollywood całe mnóstwo. Refn tymczasem pokazał, że nie tylko wybitnie zna się na filmowej materii, ale też potrafi za jej pomocą wyrazić konkretne emocje. To surowe, a jednak bardzo delikatne kino.

BC: I w całej swojej oszczędności wysublimowane. Przyjęte przez Refna rozwiązania formalne wcale przecież nie należą do specjalnie nowatorskich, ale jednak ich połączenie daje efekt w kinie dawno już niespotykany. Podoba mi się również to, że "Drive" to film w gruncie rzeczy głęboko osadzony w gatunkowej tradycji, nareszcie nie zachodzi potrzeba, by w recenzję wciskać przymiotnik "postmodernistyczny", co często oznacza "nie wiadomo jaki". Refn zrobił film bardzo przejrzysty i prosty w odbiorze.

PP: Co nie znaczy, że łatwy. "Drive" mimo wszystko wymaga zaangażowania i swego rodzaju otwartości na odważne rozwiązania formalne. Przykładowo, nie brakuje tu mocnej, bezkompromisowej przemocy, zintegrowanej z postacią głównego bohatera. Refn rysuje jego portret bardzo sugestywnymi obrazami. Tego, co czuje, częściej dowiadujemy się z kolejnych zbliżeń jego twarzy, rysujących się na niej emocji. Rzadko - z dialogów. Odkrywać tę postać, ten film, w taki sposób, to prawdziwa przyjemność!

BC: Ten konwersacyjny minimalizm jest perfekcyjny, słowa w scenariuszu chyba jakoś odmierzono, wyliczono według matematycznego wzorca. Bo i po co tutaj jakieś niekończące się dyskusje czy monologi? Refn mistrzowsko opowiada film właśnie obrazem.

PP: Nie jestem pewien, czy wpychanie "Drive" na matematyczną tablicę ma w ogóle sens. Bo, choć sam film jest zwarty, przemyślany do ostatniego kadru, nie ma w tym wyrachowania, nie ma tu wymuszonej precyzji. Refn ma lekką rękę, co w kinie hollywoodzkim jest dziś bardzo rzadko spotykane.

BC: Owszem, ma lekką rękę, lecz według mnie w "Drive" mało przypadkowości, a sporo wykalkulowania, ten film jest kokieteryjny. Zaznaczam jednak, że słowo "kalkulacja" nie ma w tym przypadku wydźwięku pejoratywnego!

PP: Kalkulacja ma zawsze wydźwięk pejoratywny! Mnie się po prostu wydaje, że Duńczyk wie, co robi. Czuje kino, uwodzi nas nim, a jednocześnie (czego dowodzą wywiady) nie czuje potrzeby, by głaskać go za to po głowie.

BC: Nie zgodzę się z Tobą - wykalkulowany znaczy tutaj starannie zaplanowany. "Drive" to kino zbyt perfekcyjne, by po prostu ot tak sobie mogło zostać nakręcone, to nie żywioł, a świadomie narzucona sobie dyscyplina decyduje o jego wielkości.

PP: Na pewno? Zgodzę się, że perfekcyjne są tu poszczególne elementy - zdjęcia, muzyka, feeling lat 80. Ale na wiele rzeczy Refn nie miał wpływu. Przykładowo, Ryan Gosling. Film zdaje się nie istnieć bez niego, choć początkowo jego rolę miał zagrać Hugh Jackman. Nie potrafię sobie tego wyobrazić. Na moje oko, matematyka idzie tu w parze pewną przypadkowością. Parę razy odniosłem wrażenie, że "Drive" się zaraz wykolei, wpadnie w niewłaściwą nutę. Ale to się nigdy nie stało. Za to chyba lubię ten film najbardziej.

BC: Zdaję sobie sprawę, że wszystkiego nie dało rady spisać i rozpisać, że proces twórczy z definicji pełen jest czynników od autora niezależnych i sęk w tym, na ile uda mu się je oswoić i dostosować do własnej wizji. Powiedziałbym, że "Drive" jest filmem na krawędzi, Refna niby dzieli tylko krok od przepaści, a przecież stąpa pewnie i mocno. Dlatego mówiłem o pewnej kokieterii, ten film uwodzi, ale nie nachalnie, on nie każe nam się lubić. Może idę w złym kierunku, ale wydaje mi się, że to widz musi być skrojony pod "Drive", a nie "Drive" pod widza.

PP: Widz musi być przede wszystkim skrojony pod kino. Niekoniecznie to amerykańskie, gatunkowe, to z lat 80. Jego znajomość na pewno nie zaszkodzi, ale przecież "Drive" to także wysmakowany, pisany zakrzepłą (filmową!) krwią romans. Jeśli lubi się intensywność na ekranie, emocje, bezceremonialny power, trudno go nie poczuć. W przeciwnym wypadku... Cóż, tu wracamy do początku naszej rozmowy.

BC: A jednak to, o czym mówisz, nie jest wcale takie oczywiste, bowiem często kino aż nazbyt pochyla się nad widzem, wręcz pada przed nim na kolana, prosząc o uwagę. "Drive" przywraca wiarę w film, który nie wskakuje nikomu do łóżka.

PP: A zatem, film roku?

BC: Asekurancko odpowiem, że poczekam jeszcze do grudnia.


Jeśli powyższa dyskusja przypadła Wam do gustu, zapraszam do lektury tekstu mojego autorstwa na temat charyzmatycznych kierowców, który ukazał się w portalu Onet.pl.

poniedziałek, 19 września 2011

Z buciorami w trzeci wymiar

O obiecanym "Drive" jeszcze będzie, i to wcale niemało (tak, tak, jeden z pretendentów do miana filmu roku), ale tymczasem przypomnieć chciałem, że wrześniowe "Kino" jeszcze do kupienia. Prócz recenzji "Agnozji", w numerze znalazło się miejsce na mój artykuł na temat kina trójwymiarowego.


Trójwymiar w kinie nie jest zjawiskiem ani rewolucyjnym, ani nowym, aczkolwiek o innowacyjności i wadze rzeczonej technologii dyskutuje się dzisiaj sporo. Skrajni entuzjaści, by podeprzeć swoją argumentację, przywołują przykłady wprowadzenia do filmu dźwięku albo koloru, a sceptycy narzekają, że odwieczną bitwę pomiędzy treścią i formą zaczyna wygrywać ta druga. Dla producentów liczą się jednak zyski, a te nadal są wysokie, dlatego większość kinowych hitów albo kręcona jest w 3D, albo przerabiana w postprodukcji. Wynikiem tego widzowie zaczynają traktować trójwymiar jako standard, a nie wyjątek, więc efekt jako taki stracił wiele ze swojej świeżości, co, paradoksalnie, działa na korzyść odbiorców, bowiem trójwymiar sam w sobie nie przyciągnie już potencjalnej publiki. Wynikałoby z tego, że film musi obronić się również pod kątem treści, czemu zadają z kolei kłam ostatnie przeboje multipleksów, „Transformers 3” czy też „Piraci z Karaibów: Na nieznanych wodach” to filmy słabe, nieudane. Nie zapominajmy jednak, że odniosłyby one sukces nawet jeśli nakręcone zostałyby w technice tradycyjnej, dwuwymiarowej, gdyż zadziałała tutaj machina promocyjna, a nie atrakcyjność efektu. Przypomnijmy, że na ostatnim festiwalu Nowe Horyzonty we Wrocławiu „Pina” ściągnęła tłumy, a bilety rozeszły się błyskawicznie, choć oczywiście trzeba wziąć poprawkę, że film skierowano do publiczności wyspecjalizowanej, nie wiadomo, jak film Wendersa poradziłby sobie w multipleksach. Ale to przykłady skrajne, z efekciarską wydmuszką Michaela Baya na jednym biegunie i głośnym dziełem kina artystycznego na drugim. Technika 3D, jak już zostało powiedziane, staje się standardem, traci rangę ciekawostki, wtapia w kinową rzeczywistość, przez co stawiane jej wymagania stale rosną.

Quo Vadis, 3D?

Spekulacje odnośnie dalszych losów technologii trójwymiarowej zahaczają nawet o scenariusze rodem z filmów science-fiction, nieśmiało mówi się o hologramach, powstają sale kinowe przystosowane nie tylko do 3D, ale i 5D, gdzie operuje się, poza obrazem i dźwiękiem, także dotykiem i zapachem. Obecnie jednak specjaliści od trzeciego wymiaru koncentrują się na poprawieniu jakości odbioru filmów zrealizowanych w tej technice, nadal przecież dalekiej od doskonałości. Zresztą nie wszyscy są zadowoleni z nagłej ekspansji trójwymiarowości w kinach, nawet sam James Cameron przestrzega przed nadmiernym korzystaniem z efektu i piętnuje przerabianie płaskich filmów na 3D, twierdząc, zresztą nie bez słuszności, iż widzom dostarcza się w ten sposób półprodukt, który wypacza istotę efektu.

Dalszy ciąg w miesięczniku "Kino".

sobota, 17 września 2011

Kolejne premiery - "Ki" i "Skóra, w której żyję"

Można już zgarnąć nowy numer magazynu kulturalnego "Hiro"! Znajdziecie go także w sieci, zupełnie za darmo. A w świeżym, jeszcze ciepłym wydaniu przeczytacie dwie moje recenzje - filmów "Skóra, w której żyję" oraz "Ki".


Zapraszam do lektury nowego "Hiro" - wystarczy kliknąć o tutaj.

piątek, 16 września 2011

Życie w świecie wirtualnym

Dzisiaj sporo ważnych premier. O "Skórze, w której żyję" pisałem już w tym miejscu, na temat "Drive" podyskutuję z Piotrkiem Plucińskim już w poniedziałek, a dzisiaj zamieszczam recenzję filmu "Jesteś tam?", którą opublikował "Dziennik".


Z pewnością po premierze filmu Davida Verbeeka pojawią się porównania z "Salą samobójców" Jana Komasy. Obie produkcje dotykają podobnej problematyki – ciężaru wirtualnego świata, który zdaje się przygniatać naszą rzeczywistość. Ale bohater "Jesteś tam?" nie tyle zachłystuje się wiedzionym w sieci życiem, ile faktycznie potrzebuje go do zwyczajnej egzystencji. Jitze jest bowiem profesjonalnym graczem, startuje w turniejach przeznaczonych dla wielbicieli elektronicznej rozrywki i w ten sposób zarabia na utrzymanie. Poznajemy go na Tajwanie, gdzie po pełnym przemocy spektaklu, w którym uczestniczy, jest świadkiem okropnego wypadku. Wydarzenie to pozwoli mu zastanowić się nad kruchością własnego istnienia. Jitze postara się ugasić trawiący go ogień bliską znajomością z przypadkowo poznaną w windzie Min Min.

Młody chłopak nie potrafi jednak odseparować duchowości od materializmu – za towarzystwo starszej od siebie kobiety płaci gotówką, a przebicie dzielącej ich bariery wydaje się możliwe jedynie w świecie wirtualnym. Tam Min Min jest faktycznie zaaferowana Jintzem, choć obcuje jedynie z nierzeczywistym przecież awatarem.


środa, 14 września 2011

Wampirologia stosowana

Niedawno było o "Postrachu nocy", a dzisiaj prezentuję artykuł napisany dla portalu Onet.pl, traktujący w nieco szerszym kontekście o kinie wampirycznym.


Jerry Dandrige z "Postrachu nocy" to wampir nowoczesny, choć naprawdę narodził się jeszcze w latach osiemdziesiątych. Wtedy to uzbrojeni w kły krwiopijcy przeszli niezliczone metamorfozy, konieczne, by dotrzymać kroku bohaterom przebojowych slasherów i wysokobudżetowych filmów przygodowych. 
 
Wcześniej, pod koniec lat sześćdziesiątych, kiedy dokonała się w kinie grozy swoista rewolucja, a ekrany spłynęły krwią, poczciwy potwór Frankensteina i stary Dracula nie potrafili już nikogo porządnie przestraszyć. Horror musiał więc przejść lifting, przekroczyć kolejne granice, zasymilować się i dostosować do ówcześnie panujących trendów. Mimo to, filmowcy zapatrzeni w straszne opowieści nie zapomnieli o gotyckich korzeniach gatunku, dlatego popkulturowy wampir ma niejedno oblicze. Nim jednak Jerry Dandrige szturmem wziął amerykański box office, przez ekrany przewinęły się tysiące jego braci i sióstr. Sięgnijmy więc do korzeni...

Dracula czyli Nosferatu

Obowiązkowym truizmem rozpoczynającym rozważania na temat wampiryzmu wydaje się być stwierdzenie, iż wydana pod koniec dziewiętnastego wieku powieść "Dracula" Brama Stokera odcisnęła na kulturze popularnej niezatarte piętno. Oczywiście jeszcze przed publikacją książki irlandzkiego pisarza istniały popularne historie wampiryczne, które ukazały się drukiem, jak epatujący brutalnością "Wampir Varney, albo uczta krwi" czy też słynna "Carmilla", ale to właśnie fascynujące dzieło Stokera stanowi po dziś dzień pożywkę dla kina. Nikogo, kto książkę czytał, nie powinno dziwić, że wielki niemiecki reżyser epoki kina niemego, Friedrich Wilhelm Murnau, mimo iż nie posiadał praw do ekranizacji "Draculi", i tak zdecydował się rozpocząć zdjęcia. Decyzję swoją okupił co prawda procesem sądowym wytoczonym mu przez spadkobierców Stokera, ale najpierw dał widzom pierwszego klasycznego wampira w dziejach kina – grafa Orloka. Aktor odgrywający tę rolę, Max Schreck, posiadał aparycję tak odrażającą, że film obrósł legendą, mówiło się, iż mężczyzna ten jest istotnie prawdziwym krwiopijcą (na tym pomyśle oparto choćby scenariusz "Cienia wampira" z 2000 roku). Dziewięć lat później wampir już nie tylko straszył, ale i uwodził – podobno kobiety mdlały, kiedy Béla Lugosi wychodził na teatralne deski. Kiedy węgierski imigrant swoją sztandarową rolę hrabiego Draculi odtworzył przed kamerą Toda Browninga w 1931 roku, narodził się zupełnie nowy image wampira – przystojnego szlachcica, który przez okno, niczym romantyczny kochanek, wkradał się do sypialni swoich ofiar, przed ugryzieniem okrywając je płaszczem. Mimo swojego niezaprzeczalnego okrucieństwa wampir był symbolem tego, co minione i niewyjaśnione, obce, co należało do sfery baśni i legend, które odzierano powoli z tajemnicy za pomocą naukowych teorii, by w końcu przebić je kołkiem.

Kłujące lata sześćdziesiąte

Popularne brytyjskie horrory o Draculi, produkowane w legendarnej wytwórni Hammer, bazowały w gruncie rzeczy na wizerunku wampira stworzonym w filmie Browninga. Z zasadniczą różnicą – wołoski hospodar w angielskim wydaniu (w tej roli Christopher Lee) szedł z duchem czasu, gonił nowoczesność. Dbał o styl i maniery, nie przesiadywał w zrujnowanym zamczysku, lecz w imponujących posiadłościach, a na wyposażeniu miał nawet białą, podróżną trumnę. Przyjął też do serca idee seksualnej rewolucji, otaczał się powabnymi, roznegliżowanymi wampirzycami, a raz nawet dał się uwieść potędze kapitalizmu, stając na czele korporacji. Hammer korzystał jak mógł z mody na wampiry, nie ograniczając się do postaci Draculi. Słynna seria o rodzinie Karsteinów, wyrosła również z brytyjskiej tradycji literackiej, eksploatowała tematy lesbijskie, podporządkowując w dużym stopniu wampiryczną mitologię obyczajowej swobodzie. Wampiryzm już wcześniej utożsamiany był z erotyką i seksualną energią, lecz Hammer, jak na owe czasy, pozwalał sobie na prawdziwe spektakle golizny i przemocy. I nawet dzisiaj, choć może nie tak ostentacyjnie, reżyserzy filmowi poruszają się w podobnym, atrakcyjnym marketingowo kręgu skojarzeniowym.

Dalszy ciąg przeczytacie w portalu Onet.pl.




poniedziałek, 12 września 2011

Zwierzęta atakują! - kilka słów o animal attack + Your Movie Sucks! Rozmawiamy o "Nocy Rekinów 3D"

"Noc rekinów 3D" już w kinach. Obejrzeć niestety nie warto, bo dziełko to słabowite bardzo (w "Filmie" oceniłem na 2/6, a notę swoją usprawiedliwiam w rozmowie z Piotrkiem Plucińskim), lecz może zainspiruje kogoś do rzucenia okiem na kilka innych filmów reprezentujących nurt animal attack. Z okazji tej premiery napisałem tekst dla portalu Filmweb traktujący o krokodylach, rekinach, aligatorach, tygrysach i innych ludojadach.


Dzisiaj na ekrany wchodzi "Noc rekinów 3D" – próba powtórzenia sukcesu trójwymiarowej "Piranii" sprzed roku. Recenzje nie są przychylne, ale przecież krytyka nigdy nie zwykła klękać przed kinem spod znaku animal attack. Tak czy inaczej, nowa technologia wydaje się stworzona dla horrorów, w których aligatory co rusz obnażają przed kamerą zęby, ptaki wydziobują ludziom oczy, a niedźwiedzie szlachtują małe dzieci pazurami.

Podobno dla planie "Nocy rekinów 3D" wylano litry czerwonej farby, a zwiastuny filmu każą nam nauczyć się pływać we krwi. Reklamom zazwyczaj nie ma co ufać i choć nie warto skreślać filmu już teraz, można bezpiecznie założyć, że "Szczękom" nie dorówna. Bo dzieło Stevena Spielberga było (i jest!) znaczące nie tylko z powodu swojej wartości jako filmu grozy, ale i z powodu szczególnego miejsca, jakie zajmuje w historii światowego kina. Rok 1975, kiedy weszła na ekrany ta zjawiskowa ekranizacja książki Petera Benchleya, uważa się za początek nowej ery – ery letnich blockbusterów. Dzisiaj pojęcie to zdewaluowało się zupełnie za sprawą wysokobudżetowej tandety zalewającej multipleksy, lecz wówczas tłumy drzwiami i oknami waliły na "Omen", "Gwiezdne wojny" czy właśnie "Szczęki", dziś uznawane za klasyki kina popularnego. Interesujący jest fakt, że swoją powieść Benchley oparł luźno na wydarzeniach prawdziwych – zapiskach o serii rekinich ataków na letników wypoczywających na plażach New Jersey w 1916 roku. Fakty posłużyły też za kanwę innego filmu z rekinami, "Ocean strachu". Tam z kolei opowiedziano dramatyczną historię pary pozostawionej przez nieuważną załogę łodzi na otwartych wodach, zainspirowaną dramatem małżeństwa Lonerganów, które zaginęło w 1998 roku nieopodal Wielkiej Rafy Koralowej. Dowodów na atak zwierzęcia nie było, więc nie ma co wierzyć w dokumentalną wartość filmu, ale chodziło przecież o sensacyjność spektaklu.

Pod powierzchnią

Wydaje się, że w ostatnich latach specjalistami od animal attack stali się Australijczycy. Prócz świetnego filmu Grega McLeana "Zabójca", traktującego o zmaganiach grupki uwięzionych na wysepce turystów z ogromnym krokodylem (dla którego modelem był faktycznie żyjący, słynący w latach siedemdziesiątych z notorycznych ataków na łodzie, australijski gigant o ksywce Sweetheart), w Polsce dystrybuowane były "Martwa rzeka" i "Rafa", pod którymi podpisał się Andrew Traucki. Pierwszy z filmów, również zainspirowany prawdziwymi wydarzeniami, ma bliźniaczo podobny punkt wyjścia, co wspomniane dzieło McLeana, i choć nakręcony został za mniejsze pieniądze, wcale mu nie ustępuje. Obu reżyserom udało się zrealizować widowisko nietuzinkowe, grające na napiętych jak postronki nerwach widza.

Dalszy ciąg tekstu w portalu Filmweb.

A na zachętę fragment wspomnianej dyskusji.

PP: Dystrybutor reklamuje „Noc rekinów” jako powtórkę z zeszłorocznej „Piranii”. To chyba niezbyt trafne porównanie…

BC: Niezbyt trafne, bo zabrakło tego, co stanowiło o sukcesie filmu Aji – humoru, hektolitrów krwi i golizny.

PP: No właśnie, David Ellis nakręcił strasznie poważny film, choć do dyspozycji miał cały alfabet wakacyjnego campu – nastolatki w bikini, rekiny w jeziorze (!), wybuchające łodzie i groteskową fabułę… Jak to mogło się nie udać?!

BC: Nie mam pojęcia, bo z tych składników każdy hollywoodzki wyrobnik skleciłby coś bardziej sensownego. A „Noc rekinów” nie jest nawet filmem poprawnym, lecz bardzo złym. Panny jakieś mało urodziwe, rekinów jak na lekarstwo, no i wyjątkowo głupie rozwiązania fabularne. O ile czegoś nie przespałem, to chodziło tam chyba o realizację filmu snuff…

PP: Tak, trójka prowincjonalnych obwiesiów wpuszcza do jeziora zgraję wygłodniałych rekinów z przymocowanymi kamerami, by powstały z tego materiał sprzedać do… telewizji. Ale jeśli na taśmach zarejestrowali tyle, co ja podczas seansu, to… Nie mam więcej pytań. Fabuła jest tu równie absurdalna, co patenty realizatorskie – przecież 3D, jak wiadomo, zaciemnia obraz, a większość filmu rozgrywa się w nocy.

BC: To prawda, przez większość czasu absolutnie nic nie widać. Dodając do tego, że spora część zdjęć to ujęcia podwodne, faktycznie można się poczuć jak podczas nurkowania w mulistym stawie. Zresztą nawet jakby rzecz działa się za dnia, to i tak film nie miałby wiele do zaoferowania, bo ataki rekinów, mające chyba stanowić gwóźdź programu, można zliczyć na palcach jednej ręki.

CZYTAJ CAŁOŚĆ


sobota, 10 września 2011

Dla dzieci, młodzieży i dorosłych...

Prócz "Nocy rekinów 3D", o której napiszę o weekendzie, na ekrany kin w tym tygodniu weszły dwa zrecenzowane przeze mnie filmy: "Monte Carlo" oraz "Heca w zoo", oba przeznaczone dla młodszej widowni. A więc przechodzę od słów do czynów i prezentuję pokrótce owe teksty.


"Monte Carlo" to niczym niezmącona fantazja czternastolatki wychowanej na pełnometrażowych filmach Disneya dla młodzieży. Zapewne nieprzebrane pokłady niewinnej naiwności zostaną przez publiczność docelową niezauważone, ale mamy do czynienia z kinem mocno przeciętnym. Film opiera się na starym pomyśle zamiany miejsc, a raczej mylnie zidentyfikowanej tożsamości bohaterki. Nastoletnia Grace podczas wyjazdu do Francji, z powodu fizycznego podobieństwa, zostaje wzięta za brytyjską dziedziczkę ogromnej fortuny. Wraz z siostrą oraz przyjaciółką korzystają z owej pomyłki ile wlezie. A miłość i tak przyjdzie do nich sama, nieproszona.


We wrześniowym numerze "Filmu" pisałem te z o ostatniej odsłonie serii "Oszukać przeznaczenie" (odsyłam do wpisu poświęconego cyklowi), a "Hecy w zoo" wystawiłem notę 2/6, argumentując tak:

Kolejny film, który niesie ze sobą prostą prawdę – miłość czeka na nas tuż za rogiem i wystarczy jedynie wyciągnąć po nią rękę. Jednak by zdobyć się na ten z pozoru łatwy gest, trzeba przezwyciężyć własną nieśmiałość i niezaradność. Przed takim zadaniem staje bohater filmu „Heca w zoo”, korpulentny opiekun zwierząt Griffin Keyes. (...) Mieszanka żartów żywcem wziętych z „Doktora Dollitle”, „Zwierzaka” i kilku innych komedyjek może i rozbawi zabrane do kina latorośle, lecz rodzice w tej opowiastce nie doczekają się wrażeń porównywalnych z powszechnie lubianą i w gruncie rzeczy zbliżoną tematycznie, „Nocą w muzeum”.

Pozostałą część recenzji znajdziecie w nowym "Filmie".


piątek, 9 września 2011

Rocky Balboa vs. Tomasz Adamek

Wczoraj miałem okazję skorzystać z zaproszenia dystrybutora filmu dokumentalnego "Bracia Kliczko", pójść na specjalny pokaz i poznać mistrza Wladimira we własnej osobie. Jutro walka jego brata, Witalija, z Tomaszem Adamkiem, a dzisiaj w portalu Onet.pl ukazał się mój tekst o kinie bokserskim. Można więc potraktować go jako rozgrzewkę przed sobotnim spektaklem, do czego serdecznie zapraszam.


Let's get ready to rumble! - od trzydziestu lat tą frazą rozgrzewa przed walką miłośników boksu w Stanach Zjednoczonych legendarny spiker Michael Buffer. W wolnym tłumaczeniu słowa te oznaczają "przygotujcie się na łomot!". I co tu dużo mówić, mają charakter proroczy, bowiem rzadko kiedy ring nie pokrywa się krwią, łzami i potem.

Powszechna opinia głosi, że zawody bokserskie są dla współczesnego widza tym, czym niegdyś były dla antycznych Rzymian walki gladiatorów. Nie da się ukryć, że tkwi w nas pewna fascynacja przemocą, a zmagania na ringu dwóch rosłych facetów walących się po głowach dają nam bezkarnie popatrzeć na zalegitymizowane mordobicie. A jednak sprowadzenie boksu do prostego, atawistycznego spektaklu byłoby sporym nadużyciem. Kino pomaga zrozumieć czemu, bowiem u podstawy całej rzeszy filmów, które dotykają omawianego tematu, leży nie bezrozumna żądza krwi, ale zmagania człowieka z własnym życiem. Historie bokserskie opowiadane za pośrednictwem dużego ekranu mówią najczęściej o sile hartu ducha, o zwyczajnych, codziennych porażkach i zwycięstwach, wytrwałości i, jakkolwiek mało oryginalnie to zabrzmi, pogoni za własnymi marzeniami.

Od zera do bohatera

Najsłynniejszy film bokserski w dziejach kina, wzruszająca historia o wielkim tryumfie ducha i początek długiej przygody jednej z ikon ekranu – chyba nie da się powiedzieć o "Rockym" nic ponadto, co zostało już powiedziane. Pierwszy kamień milowy w karierze Sylvestra Stallone, dzieło, które nigdy nie powstałoby w takiej formie gdyby nie iście sportowy upór nieznanego wtedy aktora i początkującego scenarzysty. "Rocky" określił formułę, według której rozpisanych zostanie wiele późniejszych filmów, nie tylko tych traktujących o bokserach. Widzom przedstawiono typowego underdoga, czyli człowieka stawianego na z góry przegranej pozycji, który stopniowo, dzięki swojej niezłomności, sięga po zwycięskie laury. Zadziwiająco, ta podtrzymująca na duchu historia nie była przesycona młodzieńczą naiwnością, a okazała się dojrzałą paralelą z prawdziwą biografią Stallone, który po premierze "Rocky'ego" stał się gwiazdą pierwszego formatu. Schemat fabularny powielano potem w niezliczonych filmach, również bokserskich, jak choćby "Zbuntowana" z Michelle Rodriguez, gdzie w zdominowanym przez mężczyzn świecie sportu, młoda dziewczyna toruje sobie drogę do mistrzowskiego pasa, wbrew wszelkim przeciwnościom. Mimo że film bezczelnie wykorzystywał populistyczny feminizm, w pewien sposób antycypował nadejście "Za wszelką cenę" Clinta Eastwooda, dzieła o zupełnie innym ciężarze gatunkowym. Tam z pozoru prosta opowieść o realizacji własnych marzeń w połowie ustępuje miejsca wstrząsającemu dramatowi, czyniąc z tego obrazu nie tylko jeden z najlepszych filmów osadzonych na ringu i sali gimnastycznej, ale i jeden z najchętniej nagradzanych. Istne mistrzostwo świata wszechwag.

Dalszy ciąg w portalu Onet.pl.

środa, 7 września 2011

Niezniszczalni Stallone, Schwarzenegger, Van Damme, Norris, Lundgren...

Sylvester Stallone, Jason Statham, Arnold Schwarzenegger, Bruce Willis, Jet Li, Chuck Norris, Jean Claude Van Damme, Dolph Lundgren, Terry Crews, Randy Couture i Scott Adkins - póki co taki skład widnieje na stronie internetowej studia Millenium Films. Na mnie to działa i już teraz mam ochotę zgarnąć śpiwór, do plecaka zapakować kilka konserw i koczować pod kinem. Premiera "Niezniszczalnych 2" co prawda dopiero za rok (albo i lepiej), lecz wszystkie wiadomości z nią związane niezmiennie mnie elektryzują. Korzystając z okazji chciałbym przypomnieć moją recenzję pierwszej części filmu, którą pozwoliłem sobie ozdobić fotografiami z londyńskiej premiery, gdzie wytrwale, przez kilka godzin, czekałem na swoich idoli z czasów VHS.


Rozmowa z Dolphem Lundgrenem, zamieszczona niedawno w jednym z angielskich dzienników, przesycona była ledwo kamuflowaną nostalgią. Bo kino akcji już nie to. Bo prawdziwych herosów zastąpił komputer. Bo byle chuderlak z trójką z wuefu może zostać Jasonem Bournem albo Ethanem Huntem. Naznaczone żalem słowa nie dziwią, wszak Lundgren musiał czekać kilkanaście lat, miotając się między niskobudżetowymi produkcjami, zanim powrócił na wielki ekran. Wypowiedzi aktora nie można tłumaczyć jedynie chronicznym brakiem angażu w Hollywood – kino akcji faktycznie się zmieniło i wydaje się, że brakuje w nim miejsca na zwalistych mięśniaków jedną ręką potrafiących przetrącić karki zastępom wroga. Niby nie ma też siły zdolnej pokonać Bourne'a, Hunta i, ostatnio, Evelyn Salt, ale brak im czegoś nieuchwytnego, czegoś, co posiedli Matrix, Rambo i McClane. Przed wpakowaniem wrogowi kuli w głowę nie zakrzykną „yupikayey” i nie zetną krzaków róż serią z automatu. Kino akcji odeszło do lamusa, a fizyczną sprawność zastąpiono specami od CGI. Definitywnie. Koniec i kropka.


I wątpliwe jest, czy sukces Niezniszczalnych wpłynie na nagłe odkurzenie zmurszałego gatunku i zainteresowanie nim wytwórni na masową skalę. Sztuczka autorstwa Sylvestra Stallone polegająca na namówieniu do udziału w jednym filmie najbardziej rozpoznawalnych aktorów kina akcji nie uda się po raz kolejny – chyba że w wypadku sequela. Z tego też powodu część widowni patrzy na nowe dzieło kultowej już osobowości kina jak na ciekawostkę, iście cyrkową atrakcję, a nie pełnoprawnego spadkobiercę popularnych akcyjniaków z lat osiemdziesiątych. Niesłusznie. Bowiem Niezniszczalni to niemal książkowa definicja kina akcji, esencja zapomnianego przez świat gatunku, którą kupuje się z całym inwentarzem, wybacza fabularne absurdy, przymyka oko  i na setki trupów zabijanych z uśmiechem na ustach bez żadnych konsekwencji moralnych, i na sztywne aktorstwo. Albo nie ogląda się wcale.


Od momentu, kiedy w sieci pojawiły się pierwsze informacje na temat „Niezniszczalnych”, oczy potencjalnego widza zwrócone były nie na karty scenariusza, lecz na nazwiska mających wystąpić w filmie aktorów. Zamiast historii o samotnej wysepce rządzonej twardą ręką dyktatora działającego pod dyktando renegata z CIA, Stallone mógłby nakręcić obraz traktujący o turnieju szachowym, a i to nie zmieniłoby w żaden sposób postrzegania jego dzieła. Materiały promocyjne nie kryły, że Niezniszczalni będą sentymentalnym hołdem z wybuchami w tle, hołdem dla stojących na pierwszym planie wykonawców głównych ról. A przy okazji ukłonem w stronę widza, składanym na chwilę przed opadnięciem kurtyny.


Bo są Niezniszczalni pewnym rozliczeniem z gatunkiem, swoistą manifestacją jego sił i słabostek, filmem wyjętym z zakurzonego kartonu z kasetami VHS, który przeszedł operację dokładnego remasteringu. Chociażby wtórna, pretekstowa, eksploatowana przez chyba każde medium po stokroć fabuła nie mogła być niczym innym, jak wybornym żartem, który miał na celu wywołanie uśmiechu nostalgii na twarzach miłośników kina akcji. Pokazana przez Stallone w nieco innym świetle, w niemal parodystycznym ujęciu, stanowi jedynie arenę, na której herosi z karabinami i nożami mogą pokazać, na co stać ich arsenał. Przecież Niezniszczalni mieli opowiadać właśnie o tych twardzielach, całej reszcie składającej się na dzieło filmowe nadano tym samym marginalnego znaczenia. I tak każdy z ekipy najemników ma do odegrania swoją rólkę, otrzymuje te kilka minut czasu ekranowego, w efekcie czego oglądamy serię krótkometrażowych miniaturek, tylko Stallone i Statham występują przed szereg i są praktycznie nieustannie obecni przed kamerą. Formuła przyjęta przez Stallone sprawdza się wybornie, udało się bowiem zamknąć w kadrze multum naładowanych akcją scen, a w każdej z nich pierwsze skrzypce gra inny niezniszczalny.


Nie sposób odrzeć Niezniszczalnych z sentymentu, bo i na sentymencie ten film zbudowano. Koronnym dowodem jest scena w kościele, z udziałem Stallone, Willisa i Schwarzeneggera, pełna aluzji i nawiązań do aktorskich (i politycznych!) dokonań trzech panów. Dlatego też fani kina akcji, rozpamiętujący, podobnie jak Dolph Lundgren, dawne filmy i dawnych wyczynowców, tęskniący za fizycznością w kinie, będą powtarzać zapamiętane w trakcie seansu one-linery jeszcze przez długie lata. A pozostali widzowie? Niech zamkną oczy, bo to nie dla nich ten film nakręcono.

wtorek, 6 września 2011

Odrażające, brudne, złe

A więc dzisiaj kilka słów o książce nietuzinkowej, która wyszła spod klawiatury Piotra Sawickiego. W prasie ukazało się już parę ciekawych recenzji, więc na takową nie będę się silił, bo wiele nowego do powiedzenia na temat tej publikacji nie mam, w pochwałach uprzedzili mnie koledzy. Dodam jedynie, że leksykon "Odrażające, brudne, złe. 100 filmów gore" zasłużył na każdy komplement, jakim go obdarzono. Piotrek w swojej książce dokonuje dysekcji fenomenu krwawego kina, jakiego nikt przed nim w polskiej literaturze filmowej nie zrobił. Niech potencjalnego czytelnika nie zwiedzie zdradzona w tytule forma - "Odrażające, brudne, złe. 100 filmów gore" to nie zbiorek z setką streszczeń filmowych fabuł, ale istne kompendium wiedzy. Umieszczając wybrane przez siebie obrazy (tytuły dobrane są inteligentnie, autor nie pomija produkcji mniej udanych, lecz z jakiegoś powodu dla gore istotnych) w odpowiednim kontekście społecznym i historycznym, Sawicki rozkłada na czynniki pierwsze to, co w kinie odrażające, brudne i złe.


Książkę można nabyć za pośrednictwem strony internetowej wydawnictwa Yohei.

niedziela, 4 września 2011

Your Movie Rocks... and Sucks! - rozmawiamy o "Postrachu nocy"

Dzisiaj kolejny odcinek moich rozmów z Piotrem Plucińskim, krytykiem filmowym i dziennikarzem, autorem  znakomitego bloga Off the Record. Tym razem dyskutujemy o kinie wampirycznym, geekach i nowej wersji "Postrachu nocy", którą można oglądać na dużym ekranie od zeszłego piątku.


BC: Z twojej recenzji filmu wywnioskować nietrudno, że nowy "Postrach nocy" cię rozczarował...

PP: Nie, wręcz przeciwnie. By poczuć się rozczarowanym, musiałbym czegoś po nim oczekiwać. Tymczasem oryginał z 1985 nie jest jakoś specjalnie bliski mojemu sercu i na remake czekałem bez wypieków. Ty, zdaje się, lubisz film Hollanda bardziej?

BC: A i owszem, jest to wręcz jeden z moich ulubionych filmów z lat osiemdziesiątych.

PP: Czym cię uwiódł?

BC: Mogłem łatwo zidentyfikować się z bohaterem, lubiłem wyobrażać sobie, co zrobiłbym w sytuacji, jeśli i moim sąsiadem byłby wampir. Takie rojenia nastoletniego wielbiciela horrorów.

PP: Rzeczywiście, stary "Postrach nocy" to przecież mokry sen każdego nastoletniego geeka. Holland udowodnił, że nie ma się czego wstydzić - do inicjacji z prawdziwego zdarzenia potrzebna jest... znajomość popkultury. Tymczasem bohater remake'u początkowo odcina się od niedojdowatego kolegi, z którym jeszcze niedawno bawił się w ogrodzie w najeźdźców z kosmosu. Plastikowi herosi wyszli z mody?

BC: Nigdy nie czułem się źle z moimi popkulturowymi fascynacjami, więc film Hollanda nie był dla mnie potwierdzeniem tezy, o której mówisz, nie potrzebowałem takiego poklepania po plecach. "Postrach nocy" rozpatrywał po prostu pewną hipotetyczną sytuację z perspektywy nastolatka, a nie dorosłego faceta, podobnie "Straceni chłopcy". To były filmy z serii "o mnie i o tobie", tyle że z wampirami. Zasadniczo jednak przyznaję ci rację - znajomość popkultury ratuje naszego bohatera i w nowej wersji filmu, choć dzisiaj przecież komiksy i gry komputerowe to żaden obciach.

PP: A jednak nasz bohater stosunkowo długo nie dopuszcza do siebie myśli, że jego sąsiad jest ponurym krwiopijcą. Charley woli raczej przytulanki ze swoją dziewczyną, a tytułowy "Postrach nocy" nie jest tu, jak w oryginale, jego ulubionym programem telewizyjnym. Właściwą emanacją Charleya jest tu zepchnięty na drugi plan, niepoważny Ed. W dobie popularności Michaela Cery, Jessego Eisenberga czy Shii LaBeoufa jest to pewne zaskoczenie.

BC: Ed Lee jest geekiem starej daty, pierdołowatym i aspołecznym, w gruncie rzeczy musiał szybko zniknąć z ekranu. Na takich nie ma już miejsca w nowoczesnym filmie.

PP: Sporo jest za to miejsca dla staroświeckich wampirów.

BC: Czy aby na pewno staroświeckich?

PP: Cóż, krwiopijstwo samo w sobie jest dziś trochę passe. "Zmierzch" i "Czysta krew" rozwodniły filmowy wizerunek wampira - nieokrzesanie zastąpiły zbędnym romantycznym sznytem. Tymczasem bohater "Postrachu..." jest prymitywnym tandeciarzem, jakich pamiętamy choćby ze "Straconych chłopców". Gustuje w nierozgarniętych blondynkach, ochoczo wsiada na wypasiony motocykl, a w samotności pewnie słucha obciachowego rocka.

BC: I pije Budweisera. No cóż - powrót do starych zamczysk, błyskawic i pajęczyn nie jest już chyba możliwy. Kino grozy konsekwentnie zrywa z gotycyzmem na rzecz redefinicji swoich mitów, wampiry wyłażą z trumien i pomieszkują na przedmieściach. To naturalna kolej rzeczy. "Straceni chłopcy", "Martin", "Blisko ciemności" czy właśnie "Postrach nocy" to według mnie jedne z najlepszych filmów wampirycznych. A przecież w każdym z nich przedstawiony jest krwiopijca... postmodernistyczny. Pomijam oczywiście filmy przefiltrowane przez nastoletnią prozę.

PP: Tylko widzisz, mnie gotyk nie w głowie. Universal, Bela Lugosi, Bram Stoker... To bardzo zawężona czasoprzestrzeń, która dzisiaj nie znajduje już zastosowania. Podobnie zresztą wspomniana przez Ciebie postmoderna sprzed dwóch dekad. Ta płaszczyzna się zużyła i jako taka funkcjonować może tylko, jak w nowym "Postrachu...", na zasadzie świadomego pastiszu. A ja wolałbym chyba, żeby Hollywood poszło dalej, porzuciło lata 80., przeskoczyło wzorce Stephenie Meyer i dojrzało wreszcie do wizerunku wampira-mordercy. W ostatnich latach widziałem to bodajże raz - w średnio udanych "30 dniach mroku" Davida Slade'a.

BC: Ano właśnie, byłem ciekaw czy zauważysz, że wszystkie wymienione przeze mnie filmy powstały przed dwudziestoma, trzydziestoma latami. Zrobiłem to z premedytacją, gdyż chciałem zobrazować pewną brutalną prawdę - kino nie ma już nic do powiedzenia w zakresie wampirologii. W filmach takich jak "Blade" czy "Underworld" facet i babka z kłami noszą pistolety, a z drugiej strony mamy jaroszy ze "Zmierzchu". Znajdujemy się w martwym punkcie, przy ścianie, której na razie nie da się obejść ani przeskoczyć. Argento szaleje już co prawda na planie trójwymiarowego "Draculi", lecz nie wiążę z tym filmem wielkich nadziei.

PP: Czas pokaże. Western umierał już kilka razy, nurt gore również. A jednak kino cały czas znajduje dla nich nowe zastosowanie. Wierzę, że i wampiry powrócą w należnej im glorii.

Autor bloga dziękuje kinu Helios za zaproszenie na film.

piątek, 2 września 2011

"Kocha, lubi, szanuje" czyli I love you Ryan Gosling

Trochę się dzisiaj wydarzyło - zobaczyłem nowy "Postrach nocy" (w weekend opublikuję rozmowę na temat filmu z Piotrkiem Plucińskim) i wreszcie nadrobiłem "Nie bój się ciemności" (całkiem przyzwoite kino), a moja recenzja innej premiery - "Kocha, lubi, szanuje" (czyli "Crazy, Stupid, Love") - pojawiła się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika". I tak, ja też oszalałem na punkcie Ryana Goslinga i czekam na "Drive" przebierając nogami.


Okazuje się, że nie tylko dreszczowiec może się rozpocząć od trzęsienia ziemi, a później jeszcze podkręcić napięcie. Także nowa komedia twórców "I Love You Phillip Morris" już od pierwszej sceny wrzuca widza na głęboką wodę, by w dalszej części jeszcze bardziej zaplątać sytuację.

Żona głównego bohatera, nieco fajtłapowatego gryzipiórka Cala, na deser zamiast lodów czy ciasta prosi go o... rozwód. Tym samym wprawia w ruch machinę zbiegów okoliczności prowadzących do przypadkowych spotkań, dzięki którym wszystkim uczestnikom miłosnej gry uda się wrócić na prostą. Podobnie bowiem, jak w lubianym brytyjskim hicie "To właśnie miłość", fabularna siatka "Kocha, lubi, szanuje" upleciona jest z wielu wątków dotyczących różnych postaci, których drogi przetną się dopiero w finale. I choć obu wspomnianym filmom przyświeca jedna idea – nieustawanie w próbach odnalezienia jedynej i prawdziwej, upragnionej miłości – w odróżnieniu od bożonarodzeniowej, pełnej ciepła, wyciszonej atmosfery romantycznego dzieła Richarda Curtisa, reżyserzy Ficarra i Requa folgują sobie w duchu nowoczesnej komedii amerykańskiej. Sporo tutaj sytuacyjnych, nasączonych seksualnymi odniesieniami żartów, popkulturowych aluzji oraz komediowej werwy.

Dalszy ciąg recenzji na stronie "Dziennika".

czwartek, 1 września 2011

Conan i jego bracia

Krótka informacja - wrześniowy numer "Nowej Fantastyki" już do nabycia, a w nim mój artykuł o Conanie i jego popkulturowej rodzinie. Zapraszam do lektury fragmentu.

     
Barbarzyńca - persona non grata w cywilizowanym świecie, symbolizująca niegdyś jedynie dzikość i zawziętość - dzięki literaturze fantastycznej stał się żywym mitem popkultury. Pejoratywny wydźwięk tego słowa zdaje się już niemal zapomniany. Dzisiaj służy ono niemal wyłącznie do opisu rosłego, nieustraszonego wojownika, który niczym kowboj czy samuraj samotnie przemierza rozległe krainy, za towarzysza mając jedynie wysłużony miecz. Cechuje go niespotykana fizyczna sprawność i szermierczy talent, może ściąć kilka głów jednym ruchem. Żre mięcho, trzymając w ręce gnat, mocarnymi szczękami odrywając połacie pieczystego. Zdolny jest wypić kilkanaście kufli pieniącego się piwa i poprawić dzbanem wina, a potem, tak samo pewnym krokiem, jak przed przystąpieniem do biesiady, skierować się do łoża, zgarniając pod drodze karczemną dziewkę. Kierowany zwierzęcą chucią niczym magnes przyciąga do siebie kobiety. Siedzi w nim trochę Słowianina, trochę Celta i trochę Germanina. I chyba dla wszystkich ma twarz bezkompromisowego Conana, brutalnego wojownika z górzystej Cymerii, którego tułacza wędrówka w poszukiwaniu przygód wydaje się nie mieć kresu.
       
Conan o wielu twarzach
   
Od dziesiątek lat, nieprzerwanie, kruczowłosy barbarzyńca przekracza granice coraz to nowych mediów, nieustannie rozbudowując świat stworzony niegdyś na łamach groszowych magazynów przez Roberta E. Howarda. Dawno już Conan wyzwolił się od swojego twórcy, stając się wspólną własnością fanów na całym świecie. Opowieści o nim przerabiano na potrzeby literatury, komiksu, kina i gier komputerowych. Lecz mimo zaburzenia percepcyjnego, wynikającego z natłoku informacji, nietrudno dotrzeć do sedna, do esencji tego, co składa się na Conana. Zdefiniowanie rosłego rębajły jest nader proste, tak jak nieskomplikowany jest charakter i natura barbarzyńcy. Patrząc na zwiastuny nowej, kinowej wersji przygód Cymeryjczyka, wydaje się, że konstrukcja postaci Conana nie będzie odbiegała od tej, do której przyzwyczaiły widza i czytelnika poprzednie przygody najsłynniejszego z barbarzyńców, czy to drukowane, czy sfilmowane. Bowiem Conan ze schematu wyrwać się nie może, gdyż aby mit mógł istnieć, muszą zostać zachowane jego podstawy.

Dalszy ciąg w "Nowej Fantastyce" (09/2011) oraz portalu Wirtualna Polska.

Archiwum bloga