wtorek, 30 sierpnia 2011

"Palacz zwłok" i nasza ciemna strona

Zanim znowu zacznę nadrabiać blockbustery (od tego weekendu, obiecuję...), zamieszczam recenzję filmu "Palacz zwłok", która ukazała się w piątkowym "Dzienniku".


Różnie się mówi dzisiaj o filmie Juraja Herza, zwracając częstokroć uwagę na drzemiący w nim komediowy potencjał. A jednak nawet jeśli widz podczas seansu wyda z siebie nieśmiały chichot, będzie to reakcja nerwowa i niespokojna, bowiem "Palacz zwłok" wywołuje dyskomfort psychiczny. Nawet jeśli odszukamy w nim akcenty humorystyczne, będą one jedynie narzędziem wzmacniającym grozę przenikającą dzieło czeskiego reżysera.

Tytułowym palaczem jest Karl Kopfrkingl, drobnomieszczański konformista opętany myślą o powszechnym wybawieniu ludzkości od ziemskiego bytowania za pomocą krematoryjnego pieca. Czuje się niemal boskim posłańcem, wypełnia zapisaną w Biblii misję, obraca w proch ciało, które się z prochu narodziło. Mimo górnolotnych, dygresyjnych refleksji eschatologicznych, Kopfrkingl twardo stąpa po ziemi, korzystając śmiało z rozkoszy, które zapewnia mu pobliski dom publiczny, a potem nazistowska partia. Jako że palacza zwłok daje się lepić jak ciasto, doskonale wpasowuje się jako jeden z dobrze naoliwionych trybów hitlerowskiej maszyny zagłady. Dramat polega właśnie na łatwości zaimplementowania zbrodniczej ideologii i wcale temu faktowi nie zaprzecza inny – Kopfrkingl jest oczywistym, konsekwentnym psychopatą. Tak jak partia nagina jego, tak on czyni z otaczającą go rzeczywistością – modeluje ją według własnego widzimisię.

Ciąg dalszy recenzji na stronie "Dziennika".

niedziela, 28 sierpnia 2011

Hiszpański weekend (część trzecia) - od "Oczu Julii" do "Skóry, w której żyję"


Ostatnimi laty Hiszpania stała się centrum europejskiego kina niesamowitego, zdobywając sobie szacunek widzów i krytyki dziełami wymykającymi się prostej klasyfikacji gatunkowej, zrealizowanymi z odświeżającą werwą i w eleganckim stylu. Moda na iberyjski film niepokojący nie słabnie – do kin wchodzi „Agnozja”.

I choć obraz w reżyserii Eugenia Miry to film nierówny, niemniej godny jest uwagi. Prowadzona kampania marketingowa może zwieść potencjalnego widza, gdyż usiłuje się wmówić mu, że będzie miał do czynienia z kolejnym horrorem, podczas gdy „Agnozji” bliżej jest do love story, lecz opowiedzianej według zasad dreszczowca. Interesujący jest właśnie sposób, w jaki dochodzi na ekranie do zespolenia różnych elementów na pozór sprzecznych, tym bardziej że „Agnozja” uwodzi barokowym wręcz bogactwem środków. Mira akcję swojego filmu osadził w paradoksalnej futurystycznej przeszłości, nieistniejącej rzeczywistości zbudowanej na gruncie estetyki steampunk łączącej współczesną fascynację naukowymi osiągnięciami wiktoriańskiej rewolucji industrialnej i fantastykę. Mimo tej wartości odrealnionej, świat „Agnozji” rządzi się wszelkimi znanymi nam prawami, co umożliwiło poprowadzenie całkowicie wiarygodnej, acz niepozbawionej pierwiastka niesamowitości, intrygi szpiegowskiej. By nie ujawnić zbyt wiele z zaplątanego scenariusza, zakończmy rozważania stwierdzeniem, iż „Agnozja” jest filmem symptomatycznym dla współczesnego, hiszpańskiego kina niepokojącego, a może nawet tytułem granicznym – czas pokaże. Nieprzypadkowo jednak została wysnuta właśnie taka konkluzja, bowiem, mimo oczywistych zalet, obraz Miry jest dziełem w dużej mierze niezdecydowanym i chaotycznym, oddającym doskonale obecny stan ducha iberyjskiego kina z pogranicza filmu grozy. Bo jeśli spojrzeć na tegoroczne premiery, zauważymy, iż w repertuarach polskich przybytków X muzy znalazły się dwa tytuły zupełnie odmienne, ale znakomicie dowodzące prawdziwości powyższego twierdzenia o kłopotliwej dla hiszpańskich filmowców sytuacji – „Oczy Julii” oraz „Skóra, w której żyję”.

Film „przed” i film „po”

Jeśli, na potrzeby tego tekstu, uznamy „Agnozję” za tytuł graniczny, po obu jej stronach zauważymy produkcje niezwykle charakterystyczne. W marcu tego roku premierę w naszych kinach miał film „Oczy Julii”, obraz poprawny, lecz ze wszech miar wtórny, poniekąd reprezentujący wyświechtaną już konwencję hiszpańskiego horroru, którą kilka lat temu zachłysnęła się światowa publika i którą zdążyła się już do tej pory znudzić. Reżyser Guillem Morales nie podjął wyzwania, najwyraźniej bojąc się ryzyka wynikającego z eksperymentu, i zrealizował dzieło formalnie i treściowo bezpieczne, standardowy straszak z ograniczonymi ambicjami. I choć film zadanie swoje spełnia, a „Oczy Julii” w gruncie rzeczy nie odstają znacznie poziomem od lubianych produktów hiszpańskiego kina nadnaturalnego, rozczarowują właśnie z powodu swojej zachowawczości. Ciekawe jest, iż punkt wyjścia filmu Moralesa wykazuje pewne podobieństwa z „Agnozją”, bowiem i w jednym, i w drugim dziele mamy do czynienia z chorobą zaburzającą widzenie.

Dalszy ciąg przeczytacie w portalu Zwierciadlo.pl

sobota, 27 sierpnia 2011

Hiszpański weekend (część druga) - Guillermo del Toro

I druga część cyklu - tym razem o Guillermo del Toro (i nie tylko).


Hiszpańska tradycja grozy sięga daleko w przeszłość, lecz wydaje się, że myślenie o tamtejszym horrorze w pełni ukształtowało dopiero minione dziesięć lat, w ciągu których publiczności zaprezentowano obrazy nietuzinkowe. Zaczęło się od "Kręgosłupa diabła", bodajże pierwszego filmu grozy zrealizowanego dla hiszpańskiego studia (do tego finansowanego między innymi przez Pedra Almodóvara) przez meksykańskiego twórcę Guillermo del Toro, dzisiaj uznanego za jednego z wizjonerów współczesnego horroru.

Na ekrany wchodzi amerykański film "Nie bój się ciemności", w którym palce maczał właśnie Guillermo del Toro – jest współautorem scenariusza oraz producentem. Ponoć ma być to bardzo osobiste dzieło, wycieczka do krainy strachów zapamiętanych przez niego jeszcze w dzieciństwie. Wypada więc wspomnieć, że del Toro sięga po koszmary z kołyski nieprzypadkowo, dla niego sama esencja gatunku to przenikanie się racjonalnego świata dorosłych i fantastycznego królestwa wyobraźni, do którego dostęp mają ci, którzy jeszcze dojrzeć nie musieli. A jednak filmy del Toro naznaczone są pewnym tragizmem, bowiem zarówno "Kręgosłup diabła", jak i późniejszy, fenomenalny "Labirynt fauna" przedstawiają wykolejone, wypaczone i podeptane przez rzeczywistość młodzieńcze marzenia i sny.

Del Toro osadził akcje obu filmów w czasach hiszpańskiej wojny domowej, a ich kolejnym wspólnym mianownikiem jest próba ocalenia niewinności przez głównych bohaterów, młodego Carlosa, który trafia do sierocińca i jest świadkiem nadnaturalnej ingerencji; oraz dziewczynki imieniem Ofelia, usiłującej uciec od tragedii wojennej zawieruchy do wyimaginowanej rzeczywistości. Fantastyka u del Toro daleka jest jednak od sielankowej wizji wyniesionej przez wielu z nas z rozmaitych książek i filmów. I właśnie ośrodkiem grozy u Meksykanina staje się zderzenie dziecięcej wrażliwości ze złem świata dorosłych. Filmy nie reżyserowane przez del Toro, lecz te, na które wyłożył pieniądze jako producent i pomógł w realizacji, znajdują się w podobnym kręgu tematycznym. Twórca tłumaczył kiedyś w telewizyjnym wywiadzie jakim kluczem kieruje się podczas wyboru projektów, w których realizację się angażuje: "Myślę, że mam pewien fetysz na punkcie owadów, mechanizmów zegarowych, potworów, ciemnych miejsc i nienarodzonych istot". Dodawał też w innej rozmowie: "Zawsze kochałem różne monstra. Moja fascynacja nimi jest niemal antropologiczna. Badam je, robię istną dysekcję na potrzeby moich filmów: chce wiedzieć, jak działają i co mają w środku".

Nie trudno więc odpowiedzieć na pytanie, dlaczego zdecydował się partycypować przy takich projektach jak "Istota" czy właśnie "Nie bój się ciemności". A wśród planów del Toro na najbliższe miesiące jest między innymi amerykański remake "Sierocińca", jednego z największych międzynarodowych hitów hiszpańskiego kina grozy. Del Toro twierdzi, że nowa wersja filmu będzie jeszcze wierniejsza oryginalnemu scenariuszowi niż obraz autorstwa Juana Antonia Bayony z 2007 roku, dzięki większemu budżetowi oraz lepszym warunkom realizatorskim. Niewykluczone więc, że otrzymamy całkowicie odmienione dzieło. Reżyserem mianowano Marka Pellingtona, znany między innymi z dobrze przyjętej przez widzów "Przepowiedni".

Dalszy ciąg przeczytacie w portalu Onet.pl

piątek, 26 sierpnia 2011

Hiszpański weekend (część pierwsza) - recenzja "Agnozji"

Złożyło się tak, że ostatnimi czasy przyszło mi pisać sporo o hiszpańskim kinie niepokojącym, w związku z czym w ten weekend codziennie serwował będę odpowiednie teksty, które pokazały się tu i ówdzie. Dzisiaj recenzja świeżej premiery - "Agnozji".


Próbuje się sprzedać ten film jako mroczny dreszczowiec, kolejne epigońskie dzieło hiszpańskiego kina – tego niepokojącego, wyrastającego na gruncie „Sierocińca” i „Labiryntu Fauna”. I choć „Agnozja” rzeczywiście jest spowinowacona z thrillerem, reżyser wznosi jednak rusztowanie składające się z przeróżnych chwytów gatunkowych po to, by służyły za swoistą podporę prawdziwemu tematowi – historii miłosnego trójkąta. W istocie bowiem jest to złożone, melancholijne love story. Do sedna tej opowieści przebijać się trzeba przez kolejne rozpraszające uwagę oglądającego warstwy fabularne. Nie to, żeby cała retrofuturystyczna otoczka i zalążek szpiegowskiej intrygi były zbędne, ale zmuszanie widza do stałej podzielności uwagi jest tylko środkiem wiodącym do celu. Na zestawieniu kontrastów stylistycznych i nagromadzeniu bogactwa środków wyrazu reżyser przewrotnie eksponuje główny, romansowy wątek.

Rzecz dzieje się w dziewiętnastowiecznej Hiszpanii, a bohaterką jest Joana Prats, cierpiąca na rzadką, uciążliwą, wręcz uniemożliwiającą samodzielną egzystencję chorobę neurologiczną, tytułową agnozję. Mówiąc precyzyjniej – mózg dziewczyny nie jest w stanie odbierać wizualnych i werbalnych bodźców z otoczenia, wypacza je, wyolbrzymia i zniekształca. Joana jest córką znanego naukowca, który opracował pierwszy na świecie projekt lunety snajperskiej. Znając możliwości nowo opracowanej soczewki, doktor Prats nie chce wprowadzić wynalazku do masowej produkcji, wiedząc, że zbyt łatwo stanie się narzędziem mordu. Po jego śmierci na formułę matematyczną pozwalającą wytworzyć lunetę czyhają ludzie, którzy posuną się do wszystkiego, by ją zdobyć. Na domiar złego wierzą, że wzór zna Joana i chcąc wydobyć od niej cenne informacje, wykorzystują chorobę młodej kobiety dla realizacji pokrętnego planu.

Lecz zdeprawowani przedsiębiorcy nie znają potęgi uczucia, które połączy wysłanego przez nich figuranta, podającego się za przyszłego męża dziewczyny, i Joanę. Dość szybko film zrywa z ułudą sensacyjnego widowiska, a reżyser odkrywa karty – interesuje go sensualność, namiętność, cielesność miłosnego aktu. Oczywiście pierwiastek thrillera nadal jest obecny, bowiem dziewczyna przebywa, pod pozorem terapii, w dźwiękoszczelnym, zaciemnionym pokoju przypominającym kokon, a przez ekran przemykają tajemnicze, zamaskowane postacie. Kamera pokazuje też, niestety zbyt rzadko i raczej niechętnie, świat z fascynującej perspektywy Joany. Przed widzem rysuje się wtedy zupełnie nowa, przerażająca rzeczywistość, widziana jakby przez soczewkę powiększającą.

Dalszy ciąg recenzji przeczytacie na stronie miesięcznika "Kino".

środa, 24 sierpnia 2011

Kino z plastiku

Nieco spóźniona informacja - jeszcze przed premierą "Smerfów" posłałem do redakcji portalu Zwierciadło tekst o aktorskich adaptacjach kreskówek, dziecięcych komiksów i przygód plastikowych zabawek. Poniżej zamieszczam więc fragment artykułu i odnośnik do całości.

 

Kino familijne, przeznaczone dla najmłodszych, rzadko kiedy broni się samo, bez wsparcia marketingowego, bez ton produktów z filmem związanych, bez zabawek, komiksów i gadżetów. Dlatego też lwia część producentów wybiera rozwiązanie bezpieczne, kupując atrakcyjną licencję i bazując na popularności gotowej już, wypromowanej wcześniej marki.

Rzecz jasna jest to strategia stosowana nie tylko przez studia zajmujące się produkcją filmów rodzinnych, wszak rozrywkowe kino dla dorosłych również w dużej mierze opiera się na głośnych tytułach literackich czy komiksowych, lecz dzieci do lat dwunastu są targetem dla marketingowców łatwiejszym. Dlatego też niektóre filmy o miernej wartości artystycznej sukces zawdzięczają skojarzeniu ze znaną marką, bowiem młodzi widzowie rozpoczynający dopiero swoją przygodę z kinem podatni są na sugestię działającą na następującej zasadzie – skoro ulubiona zabawka jest fajna, to i film będzie fajny. W większości przypadków nie jest to prawda, lecz fakt ten zdaje się być przez młodziutkich odbiorców ignorowany, gdyż stosunkowo nietrudno nimi manipulować. Sprawa ma się inaczej z rodzicem, ale z drugiej strony ten i tak ugnie się pod prośbą swojej latorośli i zabierze je do kina na aktorską ekranizację przygód bohatera faworyzowanej kreskówki. Tym samym wpływy z biletów podwójne. Rzadko więc dba się także o przyjemność rodzica z oglądania filmu familijnego, dzisiaj najczęściej nastawionego na pusty efekt i żerowanie na gorącej licencji. I choć „Smerfy” nie weszły jeszcze do kin i nie powinno oceniać się książki po okładce, a raczej filmu po zwiastunie, nietrudno przewidzieć, że pełnometrażowe przygody niebieskich stworków nie będą miały wiele wspólnego z eleganckim humorem animowanego oryginału.



poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Your Movie Sucks! Rozmawiamy o "Conanie barbarzyńcy"

Po wakacyjnej przerwie powracamy z Piotrkiem Plucińskim – krytykiem filmowym i autorem bloga  Off the Record – do naszego wspólnego cyklu „Your Movie Sucks/Rocks”. W dzisiejszej odsłonie rozmawiamy o nowej wersji przygód „Conana”. Film od piątku można oglądać w kinach.


PP: Zaczytywałeś się przygodami Conana jako nastolatek?

BC: Powiem Ci szczerze, że tak. I choć nurt heroic fantasy jako taki znużył mnie dość szybko, chętnie wracałem do tekstów o Conanie. Do dzisiaj na półce stoją u mnie i dzieła Howarda, i późniejsze „apokryfy”. Lubiłem te opowieści z prostego powodu – barbarzyńca z Cymerii stał się mitem popkultury, zupełnie jak monstrum Frankensteina. Nie istnieje jedna, słuszna wersja jego przygód i to daje niesamowite pole do popisu – pomimo przejrzystej konwencji, nigdy nie wiedziałem czego się spodziewać otwierając kolejną książkę. A czy Ty często wybierałeś się w podróż do czasów hyboryjskich?

PP: Nigdy nie przepadałem za literaturą fantasy, toteż twórczość Howarda jest mi zupełnie obca. Swoje zrobiły zresztą ekranizacje „Conana” ze Schwarzeneggerem, które na zmianę z „Rambo” puszczał swego czasu Polsat. To przeważyło szalę – nie chciałem wierzyć, że za tym prymitywnym (ale w kategoriach w filmowego kiczu – urokliwym) teatrzykiem grozy kryje się jakaś ciekawa literatura. Pamiętasz tamte adaptacje?

BC: Może nieco na przekór, ale w ogóle pozwolę sobie  zanegować kanoniczność książek Howarda – dla mnie Conan jest tworem zbiorowym, zrodzonym tak samo z literatury, jak i komiksów, gier czy właśnie filmów. Dzieckiem popkultury. A tamte filmy oczywiście pamiętam, przypomniałem je sobie nawet przed pójściem do kina na nowego Conana.

PP: Ja powtórzyłem sobie tylko „Barbarzyńcę”. Czas obszedł się z filmem Johna Milliusa dość brutalnie, ale jednocześnie nie sposób odmówić mu pewnej bezpretensjonalnej, niezamierzonej wadliwości, której wycyzelowanej wersji Nispela już brakuje.

BC: Nie chciałbym podejmować się porównania obydwu filmów, lecz u Nispela zdecydowanie brakuje mi klimatu wielkiej przygody, który był jedną z głównych zalet starego „Conana”. Pamiętam ten ogrom przedstawionego świata, dzięki któremu można było poczuć gorączkę podróży.

Dalszy ciąg dyskusji przeczytacie na blogu Piotrka.

Autor bloga dziękuje kinu Helios za zaproszenie na seans.

 

sobota, 20 sierpnia 2011

Ekshibicjonizm ducha – "Ostatnie tango w Paryżu" czterdzieści lat później

Zanim z Piotrkiem Plucińskim pogadamy sobie o "Conanie barbarzyńcy" i opublikujemy naszą rozmowę, zapraszam do lektury recenzji innej premiery tego tygodnia, która ukazała się we wczorajszym "Dzienniku".


Można dyskutować nad powodami, przez które przed czterdziestoma laty młodziutka Jeanne, której ślub majaczył już na horyzoncie, wdała się w romans z dwukrotnie od siebie starszym wdowcem. Można próbować rozłożyć ich związek na czynniki pierwsze. Można prowadzić niekończące się dysputy na jego temat. Można, ale nie trzeba, bowiem przekornie film Bertolucciego nie wymaga od widza chłodnego, analitycznego spojrzenia, ale wręcz rzuca wyzwanie naturalnej potrzebie racjonalizacji. "Ostatnie tango w Paryżu" to istny ekshibicjonizm ducha, choć wydawać by się mogło, że trudno o film bliższy tematowi cielesności. Owszem, seks jest tutaj istotny, ale nie stanowi celu, lecz środek, staje się narzędziem, za pomocą którego czterdziestoczteroletni Paul usiłuje zalepić zionącą w jego życiu dziurę powstałą po samobójstwie żony.

Poznaną przypadkowo Jeanne traktuje instrumentalnie, a dziewczyna podporządkowuje się mężczyźnie bez mrugnięcia okiem, chcąc uciec choćby na chwilę od swojego narzeczonego, opętanego kompulsywną potrzebą rejestrowania rzeczywistości za pomocą kamery – zresztą w sekwencjach z jego udziałem Bertolucci zwrócił ostrze swojej satyry w kierunku przedstawicieli francuskiej nowej fali. Zasada potajemnych spotkań w pustym mieszkaniu w jednej z paryskich kamienic jest prosta – żadnych imion, żadnych historii, żadnych zwierzeń. I żadnych uczuć. Kiedy ostatni punkt niepisanego regulaminu zostanie złamany, iluzja pryśnie. Obcy sobie ludzie, perfekcyjni nieznajomi, nie będą już dla siebie Mężczyzną i Kobietą, a Paulem i Jeanne.

Dalszy ciąg recenzji na stronie "Dziennika".

środa, 17 sierpnia 2011

Translatorski ekshibicjonizm (część trzecia)

Kilka newsów literackich. Nie mogę jeszcze zdradzić wszystkich moich planów translatorskich na ten rok, gdyż obowiązuje mnie tajemnica zawodowa, ale z całą odpowiedzialnością stwierdzam, że miłośnicy grozy pisanej będą mieli co robić. A więc...

1. 15 Blizn (wyd. Replika)


Okładka jeszcze niedostępna, więc posiłkuję się fotografią autorów, których prozę lubię i cenię: Jacka Ketchuma (z lewej) i Edwarda Lee (z  prawej). Opowiadania obu panów trafiły do nowej antologii przygotowywanej przez Replikę i oba miałem szczęście tłumaczyć. Ketchum podpisał swoim nazwiskiem kawałek "Opowieść z Owczej Łąki", do którego napisałem także krótki wstęp. Z opowiadań nadesłanych przez Lee wybraliśmy "Matkę". Na tym mój udział w projekcie się nie kończy, gdyż pośredniczyłem przy zakupie trzeciego z przetłumaczonych przeze mnie opowiadań, którego autorem jest Joe Hill, syn słynnego Stephena Kinga. Niekonwencjonalny (w formie i treści) utwór tego pisarza, który znalazł się w "15 Bliznach" to "Twitterowanie z Cyrku Umarłych". Poza tym w antologii przeczytacie straszne historie pióra Stefana Dardy, Kazimierza Kyrcza, Paula F. Wilsona, Pawła Palińskiego, Dawida Kaina, Ramseya Campbella (również miałem swój udział w wyborze utworu tego znakomitego pisarza), Aleksandry Zielińskiej, Morta Castle'a, Jacka Rostockiego, Łukasza Śmigla, Roberta Cichowlasa i Grahama Mastertona.

Premiera: połowa września.

2. Bizarro dla początkujących (wyd. Grabarz Polski)


A tutaj znalazły się dwa krótkie opowiadania mojego autorstwa. Posłużę się opisem wydawcy: 

Bizarro fiction to nowy gatunek literacki, popularny szczególnie za Oceanem, łączący w sobie elementy absurdu, groteski, satyry i popkulturowych kalek, całymi garściami czerpiący z horroru, fantasy, westernu, s-f, czy literatury eksperymentalnej. Treści utworów bizarro są często wywrotowe i bezkompromisowe, przypominające wręcz majaki szaleńca.

Antologia ta jest pierwszą poważną próbą zaszczepienia gatunku na polskim gruncie. W „Bizarro dla początkujących” znajdziemy opowiadania takich twórców, jak: Rafał Kuleta, Kazek Kyrcz, Bartek Czartoryski, Dawid Kain, Ola Zielińska, Adrian Miśtak, Krzysztof Maciejewski, Krzysztof Dąbrowski.

Książkę już niedługo będzie można nabyć za pośrednictwem internetu. Mój blog jest patronem medialnym publikacji, więc w dniu premiery zawiśnie u mnie odpowiedni banner.

Premiera: sierpień.

3. City 2. Antologia polskich opowiadań grozy (wyd. Forma)


Publikacja ta wisi w powietrzu już od niemal dwóch lat, a znalazło się w niej miejsce dla jednego z pierwszych opowiadań, które w życiu napisałem. Pełny spis treści znajdziecie na stronie wydawcy.

Premiera: zima.

4. Jest legendą (wyd. SQN)


Pisałem już o tej publikacji w tym miejscu. Czas na okładkę i datę premiery: połowa września.

5. Sukkub (wyd. Replika)


O książce tej informowałem już tutaj, dzisiaj prezentuję okładkę i ujawniam datę premiery: 29 sierpnia. 

Do tego stale tłumaczę dla "Nowej Fantastyki", ale o tym następnym razem.


niedziela, 14 sierpnia 2011

Już za chwilę, za chwileczkę... - "Avengers" coraz bliżej kin

Stało się - już tylko jeden krok, zaledwie kilka miesięcy dzieli nas od premiery "Avengers", filmu totalnego, spektaklu wyjątkowego, widowiska ultymatywnego. Przyznam, że jestem widzem świadomie ulegającym szałowi związanemu z ekranizacjami komiksów, z którymi dorastałem, więc już teraz mogę zapewnić, iż będę jednym z pierwszych, którzy w maju 2012 roku  stawią się pod drzwiami kina. No cóż, dla obecnych trzydziestolatków amerykańskie lata osiemdziesiąte przypadły na polskie dziewięćdziesiąte, a ja byłem jednym z tych, którzy bez skrępowania chłonęli zachodnią popkulturę, otwierając dla niej drzwi swojego domu i przyjmując z otwartymi ramionami. Zostało mi to zresztą do dziś, stąd moja słabość do komiksów, kina rozrywkowego sprzed dwudziestu paru lat, gier komputerowych i T-shirtów z dużymi nadrukami.


Powiedzenie jednak, że ostatnie adaptacje popularnych hitów ze stajni Marvel i DC żerują na sentymencie byłoby srogim przekłamaniem. Pamiętajmy, że w Stanach Zjednoczonych sztuka komiksu nadal trzyma się mocno, poszczególne tytuły mutują, asymilują się, przystosowują do obecnie panujących mód, gonią za trendami, nie tracąc jednak unikalnego charakteru. Nieprzypadkowo przecież powstają rebooty, czyli istne restarty słynnych serii, nowe wersje starych mitów popkultury dostosowane do wymagań nowoczesnego czytelnika. Niczym innym są imprinty typu Marvel Ultimate, mój osobisty faworyt Marvel Max (znani bohaterowie w opowieściach dozwolonych od lat osiemnastu, napakowanych przemocą, seksem i poruszających tematykę nienadającą się dla nastolatków) czy dziwactwa w rodzaju Marvel Noir (akcję Spider-Mana, X-Menów czy Punishera przeniesiono do lat trzydziestych, pozbawiając superbohaterów ich mocy, co dało interesujące skutki - na przykład ekipa Charlesa Xaviera to banda szaleńców wierzących, że psychopatia jest kolejnym, wyższym stadium rozwoju ludzkiego). Dla widzów w Polsce filmowy produkt firmowany logiem Marvel to nadal często tylko kolejny blockbuster, bowiem komiksowa mitologia staje się nieaktualna i trudna do odszyfrowania dla tych z nas, którzy nie śledzą amerykańskiego rynku. Nie oznacza to oczywiście, że są to rzeczy hermetyczne, nic bardziej mylnego, ponieważ w przypadku "Iron Mana", "Thora" czy "Kapitana Ameryki" licencja pełni jedynie funkcję pomocniczą, a film sam sobą prezentuje satysfakcjonujący poziom pod względem rozrywkowym i artystycznym, przy okazji będąc nie lada gratką dla fanów papierowego pierwowzoru. Obecnie kino rozrywkowe z komiksem w tle również przechodzi dynamiczną  i gruntowną metamorfozę - bo musi prężnie dostosowywać się do szerokiego grona odbiorców. Co, jak widać, udaje się, wszak "Iron Man" zachwycił i oddanych fanów komiksu, i sporą część krytyki, i widzów nie dbających o licencję, spragnionych jedynie dobrego kina popcornowego. Nie inaczej jest też z "Kapitanem Ameryką", choć ośmielę się powiedzieć, że Joe Johnston zagrał odważnie. W jego filmie otoczka retro nie jest jedynie kostiumem, momentami z ekranu bije naiwność  i tandeta charakterystyczna dla wczesnych adaptacji komiksowych - i chwała mu za to. Nie wszyscy kupią taką stylistykę, lecz ci z nas, zakochani w tak bardzo przecież niedoskonałych filmach przygody i akcji z lat osiemdziesiątych, archaicznych komiksach TM-Semic i kreskówkach o superbohaterach emitowanych przez zagraniczne stacje, z których nie rozumiało się ani jednego słowa, z pewnością docenią ten ukłon w swoją stronę. A "Avengers"? To będzie zupełnie inna bajka, i trudno mi dumać, co tam napakują, choć zjem pierwsze polskie wydanie "Spider-Mana", jeśli nie zostanie tam umieszczona scena, w której Tony Stark stroi sobie żarty z odmrożonego Steve'a Rogersa, dziwiącego się technologicznie zaawansowanemu światu, w którym przyszło mu się zbudzić, co pozwala mi sądzić, iż poznałem już dobrze tego czy tamtego przebierańca. I dzięki tej myśli czuję się trochę bezpieczniej i bardziej komfortowo, bo wiem, że za te kilkadziesiąt tygodni spotka mnie coś nowego, ale jednak znajomego, niczym wizyta u dawno niewidzianych przyjaciół.

Film "Captain America: Pierwsze Starcie" obejrzałem dzięki uprzejmości kina Helios.


piątek, 12 sierpnia 2011

Zabójczy żart przeznaczenia

Tak szybko, krótko i zwięźle, na rozgrzewkę przez tekstem o "Kapitanie Ameryce", kilka spostrzeżeń na temat cyklu "Oszukać przeznaczenie", którego piąta część weszła dzisiaj do kin.


Gdy chce się zabłysnąć w towarzystwie, często wypada wypalić z tekstu, że taki a taki horror (najlepiej niezatapialny klasyk) nas rozśmieszył. Bo jak ma straszyć, skoro nie straszy, flaki plastikowe, krew za rzadka i w dodatku widać, że rzekomy trup jeszcze dycha, bo mu się klata unosi i opada. Kicz i szmira, tanizna i cekiny. A siedzącemu obok maniakowi filmów grozy aż nóż się w kieszeni otwiera, bo ktoś szkaluje jego ulubiony gatunek. Nie ma się co śmiać, myśli taki, wszak entuzjaści strasznych filmów nie gęsi i swoje komedie mają. Patrząc z boku na serię "Oszukać przeznaczenie", nietrudno doszukać się korzeni sukcesu makabrycznego cyklu - wiara ginie na ekranie na różnorakie wymyślne sposoby, a widzowi aż się gęba cieszy, że może sobie rzeźnię pooglądać bez wyrzutów sumienia. Nie będę bawił się w psychologa i snuł teorii o atawistycznej potrzebie zaspokajania drzemiących w nas morderczych instynktów za pomocą kina, bowiem chciałem zwrócić uwagę na coś innego - z każdej odsłony tego tasiemca wychodzi się z uśmiechem na ustach, to pokręcone feel good movies. Przecież "Oszukać przeznaczenie" wykorzystuje od pierwszej części formułę slapsticku i to w sposób oczywisty. Tyle że tutaj każdy kopniak w tyłek i rzut tortem w czyjś łeb zakończy się widowiskową śmiercią delikwenta. Mówi się trudno, prawda? W sumie to nawet jeszcze lepiej, bo od nadepnięcia na grabie i guza na głowie lepsze jest jedynie nadepnięcie na grabie, do których trzonka ktoś nieopatrznie wbił wcześniej gwóźdź. Strach przed śmiercią, którym operują ludzie stojący za serią, jest narzędziem zbyt silnym, by wykorzystać je w całej dosłowności. Wzięty na poważnie, temat ten nie przyciągnąłby do kin tłumów. Stąd ten dystans. Boki zrywać. Dosłownie.

Moja recenzja "Oszukać przeznaczenie 5" ukaże się we wrześniowym numerze "Filmu". Oceniłem na trzy plusy.


Dziękuję kinu Helios za zaproszenie na seans.


środa, 10 sierpnia 2011

Bunt w małpim gaju

Byłem, widziałem, a teraz będę skrobał kilka słów na temat "Genezy Planety Małp". Aha, tekst zdradza ważne elementy fabuły, choć starałem się unikać ewidentnych spoilerów psujących przyjemność z seansu.


Nie kryję zaskoczenia faktem, iż film odniósł taki sukces finansowy. Sądziłem, że wartość marketingowa Planety Małp dawno już się zdewaluowała, że mało kogo jest w stanie przyciągnąć do kin stadko komputerowo wygenerowanych człekokształtnych naparzających się z policją. A jednak! Po zwiastunach myślałem, że małpy w "Genezie..." będą pełniły podobną rolę, co zombie-stwory z dowolnego filmu o apokalipsie i będę świadkował globalnej rozpierdusze, a tymczasem akcenty gatunkowe rozłożone są zupełnie inaczej, niż się tego spodziewałem. Przez pierwszą połowę oglądamy w gruncie rzeczy ciepły, rodzinny film o młodym naukowcu, który przygarnia do domu szympansa, uczy go rachować i mówić, a w wolnych chwilach leczy ojca z Alzheimera. Lecz zza sielankowej fotografii wygląda zgnilizna, bowiem małpka jest efektem laboratoryjnego eksperymentu (znowu ukłony dla pani Shelley, która dostarczyła kinematografii niewyczerpalne zasoby pomysłów), a żądna zysku korporacja farmaceutyczna knuje i spiskuje. Do tragedii musi więc dojść. I właśnie ta niemożność uniknięcia końca znanego nam świata jest ogromnym atutem "Genezy...". Doskonale wiemy, do czego to wszystko dąży, że człowiek wreszcie ugnie się pod mocarną łapą goryla, ważne staje się nie czy, ale jak. A odpowiedź serwuje się nam stosunkowo bezpieczną, sprawdzoną, opartą na kliszach. Gdy Cezar (rzeczony szympans domowy) trafia do schroniska, otrzymujemy standardową historię więziennego buntu, przebiegającą według wypróbowanego schematu. Jest walka o przywództwo w stadzie, ustalenie nowej hierarchii, wybadanie słabostek strażników, ułożenie planu, wielka ucieczka. Ba, w pewnym momencie małpy zaczynają nawet grypsować. Na dodatek widz kibicuje owłosionym kuzynom (mimo tego, że to oni doprowadzą ludzkość do zguby), bo schroniskowi nadzorcy to wyjątkowe kanalie. Gdy już udaje się szympansom, gorylom i orangutanom zerwać kajdany i połamać bat, "Geneza..." finiszuje dynamiczną bijatyką z oddziałami policji i małą demolką na mieście. Sekwencja akcji jest udana, bowiem stosuje strategię rodem z horroru - umieszcza w danej rzeczywistości element do niej nieprzystający, czyli małpy miast szaleć w buszu, bujają się na ogrodowych drzewkach, jeżdżą tramwajami i nie wahają się przed wjazdem do czyjeś sypialni. A może przesadzam z tym zachwytem, wszak podobnie było i w "Jumanji".

Problem z "Genezą Planety Małp" polega na tym, że kończy się ona w najciekawszym momencie. Zdaję sobie sprawę, że gdzieś tam na horyzoncie majaczy sequel, lecz póki nie zobaczę, mogę sobie pogadać. Bom ciekaw niezmiernie, jakim cudem małpy opanowały całą Ziemię, nawet biorąc pod uwagę tę morderczą mieszankę nieprzeciętnego intelektu i niesamowitych możliwości fizycznych. Rozumiem, że [SPOILER] wirusowi udało się wybić sporą część populacji [SPOILER], lecz nie wyjaśnia to innych kwestii - jak garstka małp oparła się zmasowanemu atakowi militarnemu, który zapewne nastąpił niezwłocznie po finałowej bitwie na moście? W jaki sposób Cezarowi udało się pozyskać wystarczającą ilość magicznego specyfiku, by "zarazić" tysiące małp? I tak dalej, i tak dalej. Nie będę jednak brnął w podobne rozważania, licząc, że kontynuacja rozwieje wszelkie wątpliwości.

Zainteresowanych odsyłam do moich poprzednich wpisów o małpach i... o małpach.

Film obejrzałem dzięki uprzejmości kina Helios.


niedziela, 7 sierpnia 2011

Komiksowa Ameryka

Nie, recenzja "Kapitana Ameryki" jeszcze nie teraz, ale serwuję przystawkę - artykuł o nieco mniej znanych ekranizacjach kultowych komiksów, który ukazał się w portalu Onet.pl.


Komiksy z poubieranymi w fikuśne kostiumy herosami nie są przecież fenomenem nowym, Superman czy Batman liczą sobie po siedemdziesiąt parę wiosen. Lecz zdaje się, że dopiero od niedawna techniczne możliwości kina pozwalają na stworzenie widowiska atrakcyjnego wizualnie na tyle, by zaabsorbować miłośników komiksów przyzwyczajonych do śledzenia opowieści nie z tej ziemi, w których dzieją się cuda i dziwy trudne do przełożenia na język ekranu. Nie oznacza to oczywiście, że przed epoką trójwymiaru i zapierających dech w piersi efektów specjalnych nie próbowano sięgać po popularne komiksy. Przyjrzyjmy się więc kilku mniej znanym adaptacjom słynnych przygód superbohaterskich, których nowsze wersje lata później podbiły kina.

Kapitan rewolwer

Działające w latach czterdziestych i pięćdziesiątych amerykańskie studio Republic Pictures zrealizowało, pośród kilku innych historii opartych na komiksach, serial o Kapitanie Ameryce składający się z piętnastu odcinków. Była to największa i najdroższa produkcja sygnowana logiem Republic; inwestycja obliczona na sukces – który zresztą odniosła, choć nie bez kontrowersji. Niektórzy historycy filmu podejrzewają, że scenariusz serialu miał początkowo traktować o zupełnie innym bohaterze i dopiero po nabyciu licencji zezwalającej na wykorzystanie wizerunku Kapitana Ameryki skrypt nieznacznie tylko przepisano. Taka wersja zdarzeń jest wielce prawdopodobna, gdyż dzieło spod znaku Republic dość luźno potraktowało komiksową mitologię. Postać Kapitana przeszła poważną metamorfozę – pomijając pewne różnice w elementach stroju, odebrano mu ikoniczny atrybut w postaci tarczy, zastępując ją rewolwerem. Zmieniono też tożsamość amerykańskiego herosa. W serialu nie jest on żołnierzem, Stevem Rogersem, ale prokuratorem okręgowym Grantem Gardnerem, a jego adwersarzami nie są, jak w oryginalnym komiksie, naziści, lecz Scarab, złoczyńca próbujący wykraść specjalny sprzęt górniczy i przerobić go na śmiercionośną broń. Odtwórca roli Kapitana Ameryki, Dick Purcell, nie doczekał premiery serialu, zmarł z przemęczenia kilka tygodni po zakończeniu intensywnych zdjęć.

Produkcja Republic Pictures nie była jedyną z Kapitanem Ameryką w roli głównej. W latach 1989-1990 zrealizowano pełnometrażowy film z Mattem Salingerem, trzymający się nieco bliżej komiksowej historii. W filmie tym, wyreżyserowanym przez Alberta Pyuna, Steve Rogers musiał stawić czoło swojemu odwiecznemu wrogowi, Czerwonej Czaszce. "Kapitan Ameryka" okazał się dziełem zaangażowanym politycznie (w napisach końcowych pojawia się nawet odezwa do widzów, by wsparli nową ustawę o ochronie środowiska), realizacyjnie słabym i dramaturgicznie miernym, na domiar złego wykorzystującym popularny wówczas zabieg przeniesienia akcji do czasów współczesnych za pomocą prostego triku scenariuszowego. Tutaj Kapitan zostaje zahibernowany w latach czterdziestych i odmrożony w 1990 roku. Owa sztuczka pozwoliła oczywiście zredukować budżet, nie było trzeba bowiem martwić się o specjalne kostiumy czy scenografię. Po wielu perypetiach filmu wreszcie nie wprowadzono do kin. Dopiero w 1992 roku trafił do ofert telewizji kablowych i na kasety VHS.


Dalszy ciąg tekstu przeczytacie w portalu Onet.pl, a do tego w dwóch różnych wersjach: jako tekst ciągły albo obrazkowy przekładaniec.

sobota, 6 sierpnia 2011

Misja niemożliwa?

Bywalcy multipleksów żyją obecnie "Genezą Planety Małp" i "Kapitanem Ameryką" (o których napiszę w tygodniu, gdyż od poniedziałku nadrabiam kolejne zaległości spowodowane Nowymi Horyzontami oraz wyjazdem wakacyjnym), a ja zrecenzowałem "Misję kadrowego".


U Erana Riklisa wszyscy pląsają niby w chocholim tańcu, a zmrożony zimowym lodem i śniegiem zaskorupiały świat trwa w wygodnej stagnacji. Obojętność wydaje się cechą nadrzędną, dzięki której silniejsze jednostki przetrwają darwinowską wojnę, bowiem współczucie, uczucie i altruizm człowiekowi nie przystoją. "Misja kadrowego" prowadzi widza przez wyludnione, posowieckie plenery, gdzie nad drzewami górują opuszczone reaktory atomowe, a zwykły ludzki odruch stoi na przegranej pozycji, zderzony z nadmiarem biurokratycznych procedur. Przez pierwsze kilkadziesiąt minut filmu można odnieść wrażenie, że obcuje się z kinem defetyzmu, choć materiały promocyjne obiecują komedię. I faktycznie – komizm jest, lecz nierozerwalnie spleciony z tragedią i, niestety, nader uproszczoną przemianą charakterologiczną głównego bohatera.

Ponurą wizję roztoczoną przez Riklisa rozświetla zwyczajna wiara w dobroć, pewnie nieco naiwna, acz szczera. Kadrowy z tytułu jest nieodrodnym dzieckiem swoich czasów, których obraz kreują popadające w przesadę, nierzadko kłamliwe media i bezduszne korporacje, a i on sam jest częścią systemu, trybikiem w dużej firmie piekarskiej. Znużony życiem człowiek otrzymuje zadanie, które w efekcie okaże się przyczynkiem do podróży jego życia – podróży w głąb siebie.

Dalszy ciąg recenzji na stronie "Dziennika".

środa, 3 sierpnia 2011

Zabierz łapska, brudna małpo!

Kolejny miesiąc, kolejny "Film". A w nim, między innymi, moja recenzja "Naznaczonego", któremu dałem cztery plusy na sześć możliwych. Wyimków nie zamieszczam, bowiem o dziele panów Wana i Whannella pisałem już na blogu, więc można sobie kliknąć i poczytać. Za to pozwolę sobie wkleić zamieszczony w sieci, obszerny fragment mojego tekstu o filmach z małpami w roli głównej. Odsyłam też do jednego z poprzednich wpisów zamieszczonych na blogu, w którym pisałem o Małpie z Bielawy i jej pobratymcach.



Wchodzący 5 sierpnia do kin prequel „Geneza planety małp” przypomina, że niedawno polskimi brukowcami wstrząsnęła informacja, iż w pewnym dolnośląskim miasteczku małpolud pobił młodego chłopaka na oczach kolegów i czmychnął w krzaki. Gdyby tę swojską „miejską legendę” nakręcić, mielibyśmy i my film idealnie wpisujący się w to, co światowe kino od dziesięcioleci wyczynia z małpami.

Sierpniowa premiera to jednocześnie odświeżenie słynnego cyklu o planecie małp. Dowiemy się, kto i co odpowiada za wyrwanie ludziom z rąk władzy nad światem, dlaczego człekokształtne zbuntowały się przeciwko naszej hegemonii i jak udało im się wziąć pod but, a raczej pod stopę, całą Ziemię. W gruncie rzeczy nietrudno było przewidzieć taki stan rzeczy. Kino wielokrotnie już ostrzegało nas przed panowaniem małpoludów, poczynając od „King Konga” z 1933 roku. Mówi się, że film ten był, podobnie jak ówczesne horrory ze studia Universal, odtrutką na amerykańską depresję gospodarczą, a ludzie chętniej chowali się przed recesją w kinie niż pod własnym dachem. Merian C. Cooper lojalnie ostrzegał przed igraniem z monstrualnym gigantem, ale mało kto go słuchał. Szczęśliwie dla widzów! Lekcja tolerancji względem kosmatego kuzyna z drobną różnicą w łańcuchu DNA została udzielona potem jeszcze wielokrotnie w rozmaitych sequelach i remakach  (np. w 1976 roku z Jessicą Lange). Poznaliśmy też syna King Konga, jego mechaniczną podróbkę, a raz nawet postawiono Króla naprzeciw legendarnej Godzilli.

Po Cooperze kino przez lata dotykało tematu zmutowanych stworów i przybyszów z przestrzeni kosmicznej, którzy straszyli lepiej niż sowiecka armia zza żelaznej kurtyny. Niestety, kino science fiction z lat 50. minionego wieku nie miało wielu pomysłów na to, jak przemycić na ekran małpoludy, i dopiero pod koniec następnej dekady człekokształtne opanowały przybytki X Muzy na dobre. Wtedy to, w roku 1968, światło dzienne ujrzała filmowa adaptacja powieści Pierre’a Boulle’a „Planeta Małp”. Fascynująca opowieść pociągnęła za sobą siedem kontynuacji, remake, serial telewizyjny, stertę komiksów i zabawek oraz kreskówki. Teraz, wraz z premierą „Genezy Planety Małp”, historia zatoczyła koło.  

Małpi interes

Trudno stwierdzić, czy włochate szaleństwo rozgorzeje na nowo, ale gdy spojrzeć na filmy o szympansach, kapucynkach i makakach powstałe po premierze jednego ze sztandarowych dzieł Franklina J. Schaffnera, nietrudno zauważyć, że niektórzy reżyserzy dostali małpiego rozumu. Oczywiście, interpretacja ta może okazać się grubymi nićmi szyta, lecz warto naciągnąć rzeczywistość choćby dlatego, że wypada wspomnieć o kilku mniej lub bardziej udanych, acz niezmiennie interesujących horrorach. Kto lubi tak zwaną „włoszczyznę”, pamięta zapewne „Phenomenę” (1985) autorstwa Daria Argento, mistrza grozy z Półwyspu Apenińskiego, z młodziutką Jennifer Connelly w roli głównej. By nie zdradzić zbyt dużo z zagmatwanych meandrów fabuły, wystarczy wspomnieć, że weteran nurtu giallo z pewnością czytał „Zabójstwo przy Rue Morgue” Edgara Allana Poego. Jednak filmowa Inga, szympansica doktora, działała w dobrej wierze, więc wypada nieco blado w porównaniu z większością swoich kinowych pobratymców.

Mordercza małpiarnia dosłownie rozbiegła się po filmowych planach w drugiej połowie lat 80. Zabójczy orangutan przemalowany na szympansa straszył w brytyjskim „Linku” z Terence’em Stampem, zrealizowanym w 1986 roku, a w gonitwach po sporych rozmiarów domostwie radził sobie nie gorzej niż jego koledzy z amerykańskich slasherów. Inteligentna małpa miała, oczywiście, swoje powody, by rzucić się z pięściami na właściciela – niegodziwiec chciał ją uśpić, twierdząc, że zwierzę już się po prostu zużyło.

Agresywne były też i niepozorne kapucynki, a przynajmniej według George’a A. Romero, który w „Małpiej intrydze” z 1988 roku dał poszaleć słodkiemu maleństwu, które niosło wymyślną śmierć. Nie bez przyczyny. Ella była bowiem rezultatem eksperymentu polegającego na przeszczepieniu zwierzęciu ludzkich komórek mózgowych, przez co mogłaby się stać perfekcyjną pomocą domową. Efektem ubocznym okazał się, niestety, morderczy pęd, jak to u pomocy domowych.... Nauka znowu pobłądziła.

Oczywiście, nie tylko w Ameryce i Wielkiej Brytanii małpy pouciekały z klatek i dostały się przed kamerę. Podobnie było w Meksyku, choć w formie nieco zniekształconej. W filmie „Noc krwiożerczych małp” z 1969 roku oglądamy bowiem kolejną wersję historii o potworze Frankensteina, ale z domieszką pierwiastka zwierzęcego. Szalony naukowiec przeszczepia swojemu synowi serce goryla, na skutek czego dochodzi do genetycznej mutacji i młodzieniec biega po okolicy żądny krwi oraz perwersyjnego, seksualnego zbliżenia. Film trafił na słynną listę video nasties i był przez lata zakazany na Wyspach.

Fragment pochodzi ze strony miesięcznika "Film", a cały artykuł, wraz z małym zestawieniem słynnych filmów o małpach, znajdziecie w nowym numerze magazynu.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Skóra, w której żyję

Tak, nie miałem pomysłu, więc wpis ochrzciłem tytułem nowego dzieła Pedra Almodóvara, które zaprezentowano wczoraj gościom Nowych Horyzontów jako film zamknięcia. Na seans szedłem z myślą, że spróbuję potraktować "Skórę, w której żyję" jak kino gatunkowe, wszak materiały promocyjne wołają thriller, a sam Almodóvar mówił, iż wyszedł mu horror bez wrzasków i strachów. Ostrzegam na wstępie, że poniższy wpis zdradza ważne elementy fabuły, ale wolny jest od nachalnych spoilerów.


Moje pierwsze skojarzenie po obejrzeniu filmu to festiwalowy pakiet powitalny, w którym znalazłem podkładki pod szklankę z piwem, magnesy na lodówkę i buteleczkę wódki - czyli istne kuriozum. Pewnie nie powinno mnie to dziwić, bowiem Almodóvar zazwyczaj bronił się rękami i nogami przed wpisaniem swoich filmów w jednoznaczną kategorię gatunkową i mieszał co popadnie, lecz uparłem się, by jednak wyłuskać ze "Skóry..." elementy charakterystyczne dla opowieści z dreszczykiem. No i wszystko jest na swoim miejscu, ale wyjęte niczym z powieści gotyckiej XXI wieku, więc zamiast starego zamczyska i pajęczyn w kątach mamy sterylne wnętrze operacyjnej sali i walące po oczach jarzeniówki (gwoli ścisłości - wilgotna piwnica z kajdanami w ścianach też jest). W przestronnym domostwie mieszka kolejny powinowaty Victora Frankensteina, lecz tym razem napędzany nie tyle pychą (choć i również), względnie pragnieniem czynienia dobra/zła, co zemstą. Rzecz jasna Almodóvara nie interesuje aż tak bardzo sam aspekt horroru przemycony do filmu, ale implikacje działania nawiedzonego doktora. Tym samym powraca on do swojego sztandarowego spektrum tematycznego, czyli pytania o seksualną tożsamość (krótko mówiąc, widzowi każe się zastanowić, co jest ośrodkiem seksualności - ciało czy umysł), obłąkańczego żalu po zdradzie (i stracie), wyjaławiającej z uczuć samotności. Gdyby jednak pominąć podobne rozważania (co, powiedzmy sobie jasno - jest w tym przypadku niewskazane, gdyż "Skóra, w której żyje" opiera się głównie na warstwie interpretacyjnej, a nie fabularnej), odrzeć film Almodóvara z kontekstów, otrzymamy klasyczną historię o szalonym naukowcu, który w zaciszu domowym lepi sobie seksualnego homunkulusa-niewolnika, a więc mamy temat, którym horror żyje od lat. Takie zubożenie znaczeń pozwoli dotrzeć do gatunkowych podwalin filmu, którą stanowi, prócz powieści "Tarantula" Thierry'ego Jonqueta, fenomenalny film "Oczy bez twarzy" Georgesa Franju, również będący w pewnym sensie kolejną hybrydą powieści Mary Shelley. Szczęśliwie Almodóvar idzie znacznie dalej w swojej dalekiej adaptacji jednego z klasycznych już mitów popkultury, tworząc dzieło faktycznie wielkie i godne uwagi. A co więcej - oryginalne i świeże, co wcale nie było w przypadku Almodóvara oczywiste.

Wczoraj obiecałem też krótkie podsumowanie Nowych Horyzontów - znajdziecie je w dzisiejszym numerze dziennika "Metro" (również do poczytania na stronie). Do podzielenia się krótkimi, festiwalowymi refleksjami namówiłem też Piotra Plucińskiego i Piotra Czerkawskiego, więc poczytać warto.


Archiwum bloga