niedziela, 31 lipca 2011

Płacz i zgrzytanie zębów?

Niekoniecznie, bo "Karen płacze w autobusie" to film dający się obejrzeć bez większego bólu, ale ochy i achy też nam nie grożą. Kilka słów na ten temat napisałem w piątkowym "Dzienniku" i poniżej zamieszczam recenzję. A jutro małe podsumowanie Nowych Horyzontów i (nareszcie) w pełni oryginalny wpis, nie przedruk, o "Skórze, w której żyję".



Nieco antypatyczny tytuł ma swoje uzasadnienie, ilustruje bowiem wykorzystaną w filmie klamrę kompozycyjną. I choć w pierwszych sekundach to właśnie Karen szlocha w kącie miejskiego autobusu, w finale jej miejsce zajmuje ktoś inny. Kobieta wychodzi na przystanek z podniesioną głową. A było niemal pewne, że w konserwatywnej Bogocie pozbawiona pomocy materialnej niekochanego męża była skazana na zatracenie. Z początku wydaje się, że jej małżonek Mario miał rację, mówiąc, iż Karen nic nie potrafi, wszak po wyprowadzce z domu kończy w obskurnym hoteliku, zmuszona jest żebrać i kraść. Dopiero przyjaźń z mieszkającą po sąsiedzku fryzjerką pomoże kobiecie wyjść na prostą i spełnić marzenie o duchowej i materialnej emancypacji.

Gabriel Rojas Vera przyciężkawo buduje nawiązania do "Domu lalki" Ibsena, upierając się przy jednoznacznym, feministycznym odczytaniu dzieła, podczas gdy jego film dotyka szerszego spektrum tematycznego. Chodzi raczej o dążenie do osobistej wolności i niezależności od społecznych konwenansów.

Dalszy ciąg - na stronie "Dziennika".


sobota, 30 lipca 2011

Dowcip przebije każdy mur - wywiad z Terrym Gilliamem

Tak jest, udało nam się porozmawiać na Nowych Horyzontach z tym wspaniałym filmowcem. Piszę "nam" nie dlatego, że jestem megalomanem - wywiad przeprowadziłem w duecie z moim serdecznym kolegą, krytykiem filmowym Piotrem Czerkawskim. Mieliśmy okazję usiąść z Gilliamem przy kawie i pogadać o... zobaczcie sami.


Piotr Czerkawski, Bartosz Czartoryski: Perspektywa ponad 40 lat od premiery rzuca nowe światło na fenomen "Latającego Cyrku Monty Pythona". Czy zgodzi się pan, że wasz anarchistyczny, prowokacyjny humor był jednym z najważniejszych świadectw rewolucji obyczajowej lat 60.?

Terry Gilliam: Dobrze pamiętam okres, gdy w Stanach Zjednoczonych nieustannie odbywały się debaty na temat praw człowieka, na ulicach było widać mnóstwo hipisów, a wszędzie przewijały się nazwiska Kena Keseya, czy Huntera Thompsona. W momencie, gdy tworzyliśmy Monty Pythona ta atmosfera nie była już tak intensywna, ale rzeczywiście nasza działalność miała w sobie coś rewolucyjnego. Myślę, że byłem najbardziej radykalnym z Pythonów, bo w przeciwieństwie do moich kolegów przeżyłem burzliwe lata 60. w Ameryce. Miałem  przez to więcej powodów do buntu niż faceci, którzy dopiero co kończyli Oxford czy Cambridge. Oczywiście, wszyscy chcieliśmy stworzyć coś w rodzaju satyry społecznej i wesprzeć kształtujące się właśnie obyczajowe przemiany. Mieliśmy jednak świadomość, że epoka hipisowska zmierza ku końcowi.

Można więc powiedzieć, że Monty Python stanowił dla niej błyskotliwą puentę?

Dokładnie tak! To zabawne, bo nigdy nie dbaliśmy przecież o podsumowania naszych skeczy. Nie musieliśmy. Sami byliśmy jednym wielkim podsumowaniem.

Według popularnej metafory humor bardzo często bywa traktowany jako broń. Przeciwko czemu jej pan używa?

Wierzę, że humor może przebić właściwie każdy mur. Kiedyś byłem bardzo poważny, ale odkąd nabrałem do siebie dystansu, poczułem wielką ulgę.  Zorientowałem się, że humor pomaga  wydostać się z życiowej pułapki, wywraca świat do góry nogami i pozwala spojrzeć na niego z zupełnie nowej perspektywy. Jedyną rzeczą pozbawioną poczucia humoru wydaje mi się śmierć. Póki żyjemy, możemy się z niej śmiać, ale przecież i tak przyjdzie i zrobi swoje.

Zaczynał pan od tworzenia animacji, silną stroną pańskich filmów do dziś pozostaje warstwa plastyczna. Zastanawia nas, co artysta obdarzony tak oryginalną wrażliwością wizualną sądzi o współczesnych ekranizacjach komiksów.

Filmy powstające obecnie na podstawie komiksów w ogóle mnie nie interesują. Większość z nich bazuje na tych samych pomysłach i wyraża po prostu młodzieńcze fantazje na temat superbohaterów. Do tego dochodzi jeszcze kwestia hollywoodzkiego myślenia o kinie, które pozbawia materiał źródłowy resztek intrygujących elementów. Bardzo tego żałuję, bo przecież komiksy nie wymagają dużych nakładów finansowych i zapewniają swoim twórcom dużo wolności. Dzięki temu mogą być potężnym środkiem artystycznej ekspresji. Filmy o jakich rozmawiamy nie mają jednak takiego statusu. Być może kręci się ich po prostu zbyt dużo. Ekranizacje komiksów są istną obsesją Hollywood. Czekam na moment, gdy widzowie się znudzą i zwyczajnie powiedzą dość.

Dalszy ciąg wywiadu przeczytacie w portalu Onet.pl

piątek, 29 lipca 2011

Ed Helms znowu na kacu

Tym razem nie w Las Vegas, nie w Bangkoku, ale w Cedar Rapids. W piątkowym "Dzienniku" moja recenzja nowej komedii, która swojego czasu spodobała się w Sundance.


Cedar Rapids to senne miasteczko w stanie Iowa, które każdego roku ożywa na czas konferencji agentów ubezpieczeniowych, przybywających tłumnie na rozdanie branżowych nagród. Dla zapracowanych ludzi, dzielących swój czas pomiędzy rodzinę i obowiązki zawodowe, hotelowy bar zdaje się azylem, miejscem oderwanym od rzeczywistości, zawieszonym w niebycie, gdzie wszystkie popełnione grzeszki puszczane są w niepamięć. Innymi słowy – Cedar Rapids to mekka agentów ubezpieczeniowych. Ale Tim Lippe, centralna postać filmu, czuje się dobrze tylko na własnych śmieciach i nawet w tak hermetycznym środowisku jest outsiderem, a swój wyjazd na imprezę traktuje jako zło konieczne. Dla niego udział w zlocie będzie istnym zderzeniem kulturowym, bolesną lekcją emocjonalnego dojrzewania.

Dalszy ciąg recenzji na stronie "Dziennika".


poniedziałek, 25 lipca 2011

Nowe Horyzonty niemal na półmetku

Piąty dzień festiwalu. Zaraz wybywam do kina, więc szybciutko rzucam fragment mojej krótkiej relacji, którą opublikował dziennik "Metro". Kolejne wieści w następny poniedziałek, już po Nowych Horyzontach.

Kadr z filmu "Rozstanie"

Po fenomenalnym „Rozstaniu” Asghara Farhadiego trudno będzie jakiemukolwiek filmowi dotrzymać kroku arcydziełu irańskiego reżysera. Nagrodzony na festiwalu w Berlinie obraz to kino emocjonalne, gorączkowe, nakręcone z godną podziwu precyzją i konsekwencją. Czwartkową galę otwarcia uświetnił swoją obecnością sam filmowiec, który po seansie odpowiadał na pytania widowni – a było ich wiele, gdyż „Rozstanie” wywołało ożywione dyskusje. Chwalono gęstą intrygę, komplementowano niemal każdy aspekt realizatorskiej roboty.
Niezaprzeczalnie dzieło ustawiło poprzeczkę wysoko dla pozostałych punktów repertuaru, ale inne też nie rozczarowały. Ciekawy był „Łagodny potwór – projekt Frankenstein” węgierskiego twórcy Kornéla Mundruczó, autotematyczne widowisko będące poniekąd wariacją na temat utworu Mary Shelley, jeden z hitów ubiegłorocznego festiwalu. Niesamowitym filmem okazał się austriacki „Michael” autorstwa Markusa Schleinzera, wieloletniego współpracownika samego Michaela Hanekego. Wyzbyty zbędnej, prowadzącej do uczuciowego szantażu sensacyjności, obraz mówi o pedofilu przetrzymującym w piwnicy swojego domu małego chłopca. Nietypowa perspektywa (kamera towarzyszy nie ofierze, a katowi), z której widzowi każe się patrzeć na rozgrywające się na ekranie wydarzenia, świetna gra aktorska i realizacyjne mistrzostwo składają się na film nietuzinkowy, choć będący prawdziwą bombą emocjonalną.
Dobrze więc było móc nieco ochłonąć na pokazie „Łowcy trolli”, nowego filmu z Norwegii, kolejnego reprezentanta popularnego nurtu mockumentary, czyli obrazów kręconych kamerą z ręki, udających dokumenty. Perypetie ekipy filmowej i ich nietypowego przewodnika, swoistego nadzorcy skandynawskich trolli, spodobały się licznie zgromadzonej publiczności. Udało si ę bowiem połączyć śmieszne ze strasznym, nieco zakpić ze schematów gatunkowych, a jednocześnie zaakcentować pierwiastek mrocznej fantastyki, nie popadając w przesadę i groteskę.

Dalszy ciąg można przeczytać na stronie "Metra".

sobota, 23 lipca 2011

Jim Carrey i jego pingwiny

Dla równowagi, po wczorajszym wpisie o filmach krwistych i strasznych - dzisiaj o kinie familijnym. Oto moja recenzja "Pana Poppera i jego pingwinów", która ukazała się wczoraj w "Dzienniku".


Jim Carrey umacnia swoją pozycję naczelnego klauna Hollywood. Tytułowa rola w filmie "Pan Popper i jego pingwiny" pasuje jak ulał do emploi aktora, z którym – mimo kilku udanych ról dramatycznych – chyba nigdy nie uda mu się zerwać. Bo i nie ma po co, wszak ze świecą szukać aktora o tak elastycznej mimice i podobnym uroku osobistym. I choć pan Popper w jego wykonaniu to kolejny wygadany arogant, Carrey wciąż potrafi dać tej postaci świeżość i młodzieńczą energię.

"Pan Popper i jego pingwiny" podąża utartymi ścieżkami schematów familijnego kina. Musi się zacząć od wyparcia się nieznośnego pupila przez głównego bohatera, który potem stopniowo wykształca w sobie uczucia względem czworonoga (lub, jak w tym przypadku, stadka dwunogów). Wreszcie następuje ingerencja czarnego charakteru, ratunek w ostatniej chwili i szczęśliwe zakończenie. Film Watersa te schematy wypełnia nieźle: dostarcza rodzinnej i kompletnie konwencjonalnej rozrywki, u której podstaw leży wiara w ludzką dobroć, rozumianą w prosty, dziecięcy sposób.

Dalszy ciąg recenzji na stronie "Dziennika".

piątek, 22 lipca 2011

Horror prawdę ci powie...

Kilka dni temu obiecałem, że będzie coś o horrorze. I jest. W portalu Zwierciadło.pl ukazał się właśnie mój tekst o prawdziwych historiach, które zainspirowały nierzadko niewiarygodne fabuły filmowe. Zachęcam do lektury i oddalam się czym prędzej, bo czekają Nowe Horyzonty, z których pierwsza relacja w poniedziałek.


Filmy grozy oglądamy zazwyczaj przy zawieszeniu niewiary, bo jakże wziąć na poważnie widmowe zjawy, psychopatów w fikuśnych wdziankach czy przerośnięte krokodyle-ludojady? I choć faktycznie lwia część horrorów to opowieści wyssane z palca, niektóre mają swoje korzenie w policyjnych kartotekach, gazetowych ploteczkach albo przekazywanych z ust do ust sąsiedzkich rewelacjach. Mimo że w procesie pisania scenariusza różne makabry stają się zazwyczaj jeszcze bardziej krwawe, historia źródłowa potrafi być nie mniej przerażająca...

Za maską z ludzkiej skóry

Przykładami nieco oczywistymi mogą wydawać się trzy słynne filmy oparte na jednej historii, choć zupełnie od siebie różne – „Psychoza”, „Milczenie owiec” i „Teksańska masakra piłą mechaniczną”. Mimo rozbieżności fabularnych, obrazy te mają wiele punktów stycznych, jeśli chodzi o kreację czarnych charakterów, i nic w tym dziwnego, bowiem zarówno Norman Bates, jak i Leatherface oraz Buffalo Bill wyrośli z biografii Eda Geina, psychopatycznego mordercy, który działał w latach pięćdziesiątych w stanie Wisconsin. Skazano go za jedno zabójstwo (choć sam przyznał się do dwóch), więc jego filmowi bracia mogą pochwalić się większym żniwem, lecz otoczka towarzysząca jego aresztowaniu mrozi krew w żyłach. Policjanci odkryli, że Gein uprawiał nekrofilski proceder i wykopywał z okolicznego cmentarza kobiece zwłoki, z których zdejmował skórę i wycinał niektóre organy. Z otrzymanych materiałów szył ubrania (a także abażury na lampy i obicia meblowe), w których chodził po domu. Psychiatrzy tłumaczyli potem jego zachowania chorobliwą obsesją na punkcie zmarłej matki oraz niezadowoleniem z własnej płci. Rzecz jasna Gein nie był jedynym mordercą, którego popkultura unieśmiertelniła, swoje filmy ma bodaj każdy ze słynniejszych psychopatów z amerykańskich kronik kryminalnych, lecz mało który stał się materiałem tak chętnie eksploatowanym przez kino jak Edward Theodore Gein.

Dalszy ciąg tekstu w portalu Zwierciadło.pl

środa, 20 lipca 2011

Z różowym rewolwerem u boku - 11. MFF Nowe Horyzonty

Nowe Horyzonty za pasem, bo już jutro. Rozpisywał się więc nie będę, bo pewnie śpieszycie się na pociągi, autobusy czy samoloty, albo pakujecie już rzeczy na te jedenaście festiwalowych dni. Poniżej zamieszczę jedynie fragment mojego przewodnika po kilku punktach repertuaru. Cały tekst znajdziecie w magazynie "Hiro". A pod fragmentami pozwolę sobie wrzucić link do mojego wywiadu z Marcinem Pieńkowskim, rzecznikiem prasowym imprezy, który przybliży nieco strukturę Nowych Horyzontów i opowie o paru filmach. Kilka moich tekstów znajdziecie również w festiwalowym katalogu. Do zobaczenia w kinie!




W obliczu japońskiego kina seksploatacyjnego, westernów ze wschodu czy filmów Jacka Smitha, twórczość amerykańskiego Pythona wydaje się polskiemu widzowi po prostu znajoma – co nie oznacza, że nie będzie on chętny odkryć na nowo wspaniałego „Brazil”, „12 Małp” albo „Las Vegas Parano”. Gilliam zjawi się we Wrocławiu osobiście, lecz istnieje obawa, że jego obecność zostanie przyćmiona rzeczonym repertuarem, wszak trudno będzie odmówić sobie seansów z pinku eiga, filmami w pewien socjologiczny sposób symptomatycznymi dla kultury Kraju Kwitnącej Wiśni. Nurt ten znakomicie opisuje japońską seksualność z jej cenzurą (na przykład – nie wolno na ekranie pokazywać genitaliów) i jednoczesną perwersyjnością, fetyszem. (...) Mnie w szczególności cieszy, iż „Noc żywych trupów” zostanie wyświetlona na dużym ekranie obok filmów Lyncha czy Watersa, bowiem horror w Polsce nie doczekał się chyba nigdy wcześniej podobnej nobilitacji. Zresztą grozy nie zabraknie także i w innych sekcjach. Wystarczy wspomnieć chociażby o panoramie kina norweskiego, w ramach której pokazane zostaną filmy „Zombie SS” i „Łowca trolli”, znakomite obrazy łączące, bez zbytniej pretensji i ostentacji, horror z humorem Będzie też próbka skandynawskiego kina śmieciowego w postaci „Komandor Treholt i grupa specjalna Ninja”, pozycji nawiązującej do amerykańskiego filmu akcji i bijatyk z Hong-Kongu. (...) Czerwone westerny, czyli filmy o kowbojach i traperach wyprodukowane w państwach bloku wschodniego to kolejny obowiązkowy punkt programu znakomicie obrazujący wpływ amerykańskiej kultury filmowej na kinematografie wschodnie, innymi słowy – co kraj, to western. Kręcili wszyscy: Bułgarzy, Rumuni, Rosjanie, Czesi i Słowacy. Mimo że sama idea komunistycznego Dzikiego Wschodu może brzmieć odstraszająco dla widzów przyzwyczajonych do rewolwerowych pojedynków puszczanych w niedzielne popołudnie w telewizji, warto zapoznać się z prawdziwymi arcydziełami, jak chociażby „Według prawa” Lwa Kuleszowa. (...) Będą też oczywiście, jak co roku, sekcje konkursowe i panorama kina światowego, czyli pojawi się szansa zobaczenia filmów pokazywanych na międzynarodowych festiwalach oraz nadrobienia wstydliwych zaległości (czy ktoś jeszcze nie widział wspaniałego, halucynacyjnego „Wkraczając w pustkę” Gaspara Noe?). A moim faworytem jest „Michael”, austriacki film o pedofilu, który w piwnicy swojego domu więzi małego chłopca. Kino niepokojące, ale pozbawione perfidnej sensacyjności. (...) Na ostatnie jedenaście dni lipca Wrocław is the place to be.

A oto wywiad z Marcinem Pieńkowskim, który ukazał się w dzienniku "Metro".

poniedziałek, 18 lipca 2011

Jeśli wybiła północ, czym prędzej wyjdź z domu

Bo - jeśli wierzyć filmom o duchach - zmory i upiory czają się właśnie tam. Przed momentem w portalu Onet.pl ukazał się mój lajtowy artykuł, w którym zapisałem kilka luźnych uwag o nawiedzonych domach i innych przybytkach, gdzie grasują straszydła różnej maści. To jeszcze nie wszystko o horrorach w tym tygodniu, za kilka dni będzie nieco poważniej, ale wszystko w swoim czasie.

Czy boisz się ciemności?

Zmurszałe, przesiąknięte wilgocią piwniczne ściany, przylepiające się do twarzy pajęczyny, skrzypiące pod nogami deski, upiorne zawodzenie w środku nocy oraz blade, oświetlone przez księżyc obce twarze – to obraz nawiedzonego domu. Lubimy się bać!

I nic dziwnego, wszak tradycyjne, gotyckie powieści częstokroć umiejscawiały akcję w starych zamczyskach czy rozległych posiadłościach, a w ich czterech ścianach, wieżach i sekretnych przejściach czaił się duch zamordowanego właściciela czy niesłusznie skazanego na śmierć służącego.

Podobne wyobrażenie o nawiedzonym domostwie przyjęło i kino, z czasem oczywiście odpowiednio je przemeblowując, przemalowując ściany, stawiając przybudówki oraz zaludniając coraz to nowymi lokatorami. Bo gdyby spojrzeć teraz na „Obcego” Ridleya Scotta, z łatwością można odnaleźć ślady starych strachów sprzed wieków, tym razem jednak ubranych w kostium science-fiction. Ale załoga gwiezdnego promu terroryzowana przez kosmicznego stwora może wydawać się aż nazbyt skrajną wariacją na temat nawiedzonych domów, dlatego z okazji nadchodzącej premiery filmu „Naznaczony”, który sam udanie bawi się konwencją opowieści o duchach, w ramach przygotowań do seansu, warto sięgnąć po kilka innych filmów straszących wcale nie gorzej niż oślizły produkt wyobraźni Hansa Rudolfa Gigera, twórcy postaci Obcego.

Kto straszył naszych dziadków i ojców?

Dzisiaj, kiedy w kinach krew leje się hektolitrami, a efekt trójwymiarowości sprawia, że w stronę widzów co i rusz leci odcięta ręka czy noga, jeden marny duch to za mało, by porządnie wystraszyć spragnionego mocnych wrażeń delikwenta. O dziwo, przewidział to już przed pięćdziesięcioma laty William Castle, amerykański klasyk kina grozy, autor „Domu na nawiedzonym wzgórzu” (1959). Dlatego w jednym ze swoich filmów kazał krzątać się po rozległej posiadłości nawet nie dwóm czy czterem, ale aż trzynastu duchom. Jeden z jego flagowych hitów, właśnie „Trzynaście duchów” (1960), mieszał elementy komedii i horroru, bowiem zmory wymyślone przez reżysera częściej bywały groteskowe, niźli faktycznie przerażające – wystarczy wspomnieć chociażby płonącego kościotrupa czy widmowego lwa. Ale Castle dawał swoim duchom nawiedzać także i kinowe sale, słynął z organizowania interaktywnych seansów, by zapewnić widzom nowe doznania.

Dalszy ciąg w portalu Onet.pl

czwartek, 14 lipca 2011

Jack Ketchum. Kropka.

Krótko i na temat. Dzisiaj premiera książki Jacka Ketchuma "Jedyne dziecko", o której pisałem już w tym miejscu. Powieść naprawdę warto nabyć i przeczytać, a do tego wydanie polskie jest w pewien sposób wyjątkowe, bowiem udało mi się wyciągnąć od pisarza unikalne posłowie, w którym mówi o prawdziwych wydarzeniach będących bezpośrednią inspiracją dla książki. Przechodząc jednak do rzeczy - korzystając z okazji, chciałem przypomnieć krótki esej mojego autorstwa na temat powieści "Straceni", który pojawił się niegdyś tu i ówdzie i tym samym zachęcić do zapoznania się z twórczością tego wyjątkowego pisarza.


Kim są "Straceni"?

Rye Pye, bohater powieści Jacka Ketchuma „Straceni”, z pewnością jest nieodrodnym dzieckiem swoich czasów, co zdaje się potwierdzać geneza tytułu książki. "Straceni" to młodzi ludzie, których najlepsze lata życia przypadły na szóstą dekadę dwudziestego wieku, zdominowaną w Stanach Zjednoczonych przez niebezpieczne kontrasty. Z jednej strony trwająca w Wietnamie wojna, z drugiej hasła wolnej miłości, a gdzieś pośrodku tego wszystkiego - rodzina Charlesa Mansona w obłąkańczym, krwawym szale nadająca upiornego znaczenia "latu miłości". 

"Straceni", bo rozbici, opuszczeni, zwyczajnie znudzeni - nastolatkowie, którzy nie trafili na azjatycki front. W kontekście młodzieżowej rewolty i degrengolady politycznej, w erze, gdzie symbolem jest kwiat włożony w lufę karabinu, Ray Pye wydaje się nie mniej zagubiony niż pogardzani przez niego ludzie. Pełna kontrastów postać, której chcemy współczuć, lecz która się przed tym współczuciem wzbrania; mgliste odbicie nastoletniego łobuza w krzywym zwierciadle lat sześćdziesiątych. 

Oczywiście, jak to u Jacka Ketchuma, wszystko posunięte jest do skrajności, lecz nadal wygodnie mości się w granicach psychologicznego prawdopodobieństwa. Przecież nie mogło być inaczej, skoro "Straceni" ocierają się o "true crime", historię prawdziwych zbrodni, opartych na życiorysie Charlesa Schmida, seryjnego mordercy. Tak jak Pye w "Straconych", tak też i Schmid, dzięki przystojnej aparycji, podkreślonej jedynie delikatnym makijażem, cieszył się ogromnym powodzeniem u kobiet. Jedyny "defekt" w postaci niskiego wzrostu, obaj panowie, Pye i Schmid, korygowali w ten sam sposób - pakując sobie zgniecione puszki po piwie do kowbojskich butów. Nazwany później "efektem flecisty z Hamelin", urok obu mężczyzn pozwalał im zdobyć pełne zaufanie przyszłych ofiar.

"Straceni" nie są opowieścią o morderstwach, lecz o mordercy, a Ketchum doskonale orientuje się, na czym polega różnica. Z właściwą sobie finezją, korzystając ze znakomicie wykształconego zmysłu obserwacji, rozpisuje portrety psychologiczne wszystkich obecnych w powieści bohaterów, czyniąc z niej zarówno obyczajowy dramat policyjny, dokumentację nastrojów lat sześćdziesiątych, oraz specyficzny, bezkompromisowy rodzaj thrillera. Z pewnością książka Ketchuma zaskoczy odbiorców poprzednich powieści Amerykanina wydanych w naszych kraju, wszak jego słynna "Dziewczyna z sąsiedztwa" była wariacją na temat "Władcy much" Williama Goldinga, przemieszaną z urokiem kingowskiego "Ciała" i dawką bestialskiej przemocy, a "Poza sezonem" czerpała z dorobku najbrutalniejszych filmowych horrorów, powstałych po zniesieniu kodeksu Haysa w 1967 roku. 

Jack Ketchum to autor niezwykły, nietuzinkowy, nie wystarcza mu jedna gatunkowa nisza, do której z uporem maniaka próbuje się go wrzucić, żadna przylepiona etykietka nie odda w pełni talentu tego pisarza – kto wie, czy nie jednego z najważniejszych obecnie twórców prozy w Stanach Zjednoczonych. "Straceni" to jego najdojrzalsza książka, w której wyraża się esencja literatury firmowanej nazwiskiem Jack Ketchum – literatury boleśnie prawdziwej.

środa, 13 lipca 2011

"The Shrine" - horror z polskiej wsi rodem

Kilka miesięcy temu do sieci trafił trailer niskobudżetowego horroru kanadyjskiego, w którym nie było absolutnie nic wyjątkowego poza pewnym, acz istotnym dla polskiego widza szczegółem - rzecz miała dziać się w kraju nad Wisłą, w naszej ojcowiźnie, a do tego zaraz za sąsiedzką miedzą, na wsi dechami zabitej. A skoro Ontario udaje peryferyjną Rzeczpospolitą, dla nas "The Shrine" staje się lekturą obowiązkową.


Aż dziw, że nikt z rodzimych pieniaczy nie zrobił w Parlamencie Europejskim czy gdziekolwiek indziej afery, że taki film nakręcono, choć pewnie niejeden wyległ na ulicę z transparentem głoszącym "USA HELP", jak to ostatnio jest modne wśród protestujących. Zapewne niektórzy z Was pamiętają oburzenie, które wywołał na Słowacji film "Hostel", gdzie nadobne dziewoje zaganiały turystów do tytułowego przybytku prężąc się przy tym okrutnie. Nawet jakiś rządowy oficjel zaprosił reżysera Eliego Rotha, protegowanego samego Quentina Tarantino, na Słowację, by ten mógł przekonać się, że jego wyobrażenie o naszych sąsiadach jest mocno skrzywione. A do nas nikt Jona Knautza nie zaprosił. Jeszcze można nadrobić, a nawet trzeba, bo gotów nakręcić sequel, by sprowokować jakąś reakcję, a tego byśmy nie chcieli. Może przesadzam, może "The Shrine" nie jest filmem tak złym jak to maluję, lecz zdaję sobie sprawę z tego, że nigdy bym po niego nie sięgnął, gdyby nie polski akcent. Byłem autentycznie ciekaw jak wykorzystany zostanie nieczęsto eksploatowany przez kino zachodnie kulturowy kontekst. Okazało się, że nijak. Merytoryczne przygotowanie Knautza ograniczyło się chyba tylko do ukradkowego zajrzenia do pierwszego lepszego przewodnika turystycznego, wydanego w dodatku pół wieku temu, bo u niego polscy rolnicy nadal szyją swoje własne ciuchy (oczywiście wszystkie kreacje wyglądają jak kostiumy z gier terenowych typu "W poszukiwaniu Swarożyca") i całują księdza w sygnet po wyjściu z kościoła. Alvania, w której bohaterów "The Shrine" spotka nieszczęście, przypomina raczej komunę amiszów, niż to, co codziennie widzę z okna swojego domu. Trzeba jednak oddać reżyserowi jedno - docenił dokonania naszego Ministerstwa Edukacji i nawet w tak zapadłej dziurze jak ta z filmu, wszyscy chwytają w lot angielski, jak przykazano. Ano właśnie, tutaj niespodzianka, bowiem Knautz nie poszedł na zwyczajową łatwiznę, której można było się spodziewać - spora część dialogów jest mówiona po polsku! Tak jest! I to przez Czechów, Rosjan i Kanadyjczyków (nie jestem pewien, ilu Polaków wystąpiło w filmie, lecz strzelam, że dwóch, góra trzech). Stało się tak nieprzypadkowo, gdyż Knautz miał całkiem interesujący zamysł - kwestie wypowiadane w języku Mickiewicza nie mają angielskich podpisów, by widz za Oceanem mógł poczuć się równie zagubiony, co ekipa dziennikarzy poszukująca swojego kolegi w dalekiej Polsce. I jeszcze słowo wyjaśnienia - osobiście nie czuję się w  żaden sposób urażony takim portretem swojego kraju, w przeciwieństwie do zadziwiająco sporej części moich rodaków wypisujących w Internecie inwektywy pod adresem ekipy odpowiedzialnej za "The Shrine". No bo jak można się dąsać, kiedy reprezentuje nas rosły blond rębajło Henryk, grany przez gościa legitymującego się imieniem Trevor Matthews, istny Polak z naszych marzeń i wyobrażeń - silny, muskularny, przystojny (choć o fizjonomii umiarkowanego troglodyty), odważny, kosą wywija aż miło i prosiaka umie jednym ruchem rozciąć wzdłuż. No i ksenofob. Ale nie socjopata, bo jego niechęć do obcych ma swoje racjonalne podstawy, których ujawnić mi nie wolno, bo popsuję seans. A przyznać muszę, że był  on istotnie ciekawym doświadczeniem. I na tym zakończę.

poniedziałek, 11 lipca 2011

Nie ma wody na pustyni. Jeno trup.

Na początku lat 30. nad Saharą rozbił się brytyjski lotnik Bill Lancaster. Zmumifikowane ciało pilota odnaleziono dopiero po prawie trzydziestu latach. "Niebo nad Saharą" jest fikcyjnym zapisem poszukiwań Lancastera przez jego ukochaną Marie.


Historia miłosna ma u Dridiego dwa wymiary, bowiem kobieta w trakcie wyprawy poznaje porucznika Antoine’a Chauveta (Guillaume Canet), przystojnego oficera, którego spośród stacjonujących w Afryce żołnierzy francuskich wyróżnia wręcz staroświecka szlachetność. A więc Marie (Marion Cotillard) rozdarta jest pomiędzy gasnącym w pustynnych piaskach uczuciem do zaginionego Billa a rodzącą się namiętnością. Mordercza piesza wyprawa przez Saharę, na końcu której czekać ma, choć okupiona bólem straty, miłość, przywołuje echa "Pod osłoną nieba" czy "Angielskiego pacjenta". Jednak nie ma siły oddziaływania żadnego z tych filmów.

Ostatni akapit recenzji na stronie "Dziennika".

niedziela, 10 lipca 2011

Monstery ze Strefy X

Z rocznym poślizgiem wszedł do naszych kin jeden z najciekawszych filmów letniego sezonu - "Strefa X" Garetha Edwardsa. Kto jeszcze nie widział, niech czym prędzej pędzi na seans, bo w tym przypadku powiedzenie lepiej późno niż wcale wydaje się niezwykle trafne. Dlaczego jest to pozycja obowiązkowa, starałem się wytłumaczyć w recenzji filmu, która ukazała się w wakacyjnym numerze magazynu "Kino".


Film o ludziach, choć tytuł oryginalny – „Monsters” – mówi o potworach. Esencja kina autorskiego zamknięta w dziewięćdziesięciu kilku minutach kameralnego spektaklu. A wydawałoby się, że minimalizm we współczesnym science-fiction jest niepożądany, bo niejako z natury niekomercyjny, mało w nim wizualnej wystawności, charakterystycznej dla wielkich dzieł gatunku. W dobie szalejących efektów specjalnych za grube miliony film Garetha Edwardsa z definicji skazany mógł zostać na los niskobudżetowej produkcji, przeznaczonej bezpośrednio do obiegu sklepowego. Reżyserowi, autorowi scenariusza, operatorowi i grafikowi w jednej osobie udało się jednak wypromować swoje dzieło właśnie poprzez całkowite odsłonięcie się – informacja o pięciuset tysiącach dolarów wydanych na realizację stała się hasłem, wokół którego rosło zainteresowanie filmem. Ale przecież nie o fundusze zgromadzone przez Edwardsa chodzi, lecz o nieprzeciętne umiejętności tego brytyjskiego filmowca, który zrobił film nietuzinkowy, wykazując się już w pełnometrażowym debiucie wrażliwością i perfekcyjnym wyczuciem materii kina.

Na początku – prosty zabieg. Tło zarysowują wyświetlane na ekranie plansze z napisami, które streszczają wydarzenia ostatnich lat. Sonda wysłana w kosmos przez NASA rozbiła się na granicy Meksyku i Stanów Zjednoczonych. Wyprawa udała się o tyle, że udowodniono istnienie życia pozaziemskiego, lecz za tę wiedzę zapłacono wysoką cenę. Nieznane wcześniej nauce organizmy, przybyłe na naszą planetę wraz z sondą, rozwijają się w zawrotnym tempie. Rządy obu krajów łączą siły i wyznaczają w Ameryce Środkowej strefę kwarantanny, otaczając ją betonowym ogrodzeniem, przywołującym skojarzenia zarówno z Wielkim Murem chińskim, jak i z tym berlińskim. W filmie Edwards zdaje się pytać, kto naprawdę jest zamknięty, gdzie znajduje się wewnątrz, a gdzie zewnątrz, wszak tytułowe monstra okazują się w dużej mierze istotami niegroźnymi, raczej nieprzewidywalnymi jak sama natura. Kosmiczne organizmy stają się niewidzialnym wrogiem zasypywanym rakietami i bombami; pierwsze sceny filmu przywołują na myśl relacje wojenne z Iraku czy Afganistanu – wojsk przeciwnika nawet nie widać, lecz każe się nam wierzyć, że gdzieś tam są, przyczajone i gotowe do ataku. Edwards nie prowadzi jednak dysputy z widzem na tematy polityczne, jak robił to z pewną pretensją Neil Blomenkamp w „Dystrykcie 9”, nie ma też zamiaru (oraz środków) robić ze swojego debiutu widowiska w rodzaju „Projektu: Monster” Matta Reevsa, choć oba te filmy często zestawia się nieopatrznie ze „Strefą X”.

Dalszy ciąg recenzji przeczytasz na stronie miesięcznika "Kino".


piątek, 8 lipca 2011

Zróbmy sobie potwora

Klej, tektura, trochę sklejki, plastiku i gotowe. Magów kina potrafiących wyczarować coś z niczego, macgyverów efektów specjalnych, frankensteinów science-fiction nie brakuje – historia filmu dowodzi, że sam entuzjazm i wyobraźnia wystarczą aż nadto, by ożywić fantasmagoryczne stwory i kazać im zdeptać świat.

Niedawno w "Super 8" J.J. Abrams, reżyser mocno związany z tradycją filmu fantastyczno-naukowego połowy zeszłego stulecia, ożywił lata osiemdziesiąte, dzisiaj na ekrany zawita "Strefa X", hit kina niezależnego, znany w Stanach pod tytułem "Monsters". Przed Wami galeria potworów zrodzonych w głowach artystów kina klasy B. Kolejność i chronologia – zupełnie przypadkowe, tak jak przypadkowe były scenariusze poniższych filmów.

"Taekoesu Yonggary" (1967)

Kto straszy? Młodszy brat Godzilli, rogacz.
Jak straszy? Zieje ogniem i wyje jak osioł.
Jest strasznie? Wartość poznawcza filmu – niespodziewanie wysoka.

photo.title

Yongary, czyli potwór z głębin, to koreańska odpowiedź na Godzillę i Gamerę, powołana do życia przez... Kim-ki Duka. Nie chodzi jednak o autora "Wiosny, lata, jesieni, zimy... i wiosny", lecz jego nieco mniej znanego imiennika, pamiętanego dzisiaj dzięki bohaterskiej próbie zdetronizowania japońskich monstrów. Mimo że w Azji powstały setki filmów z kuriozalnymi potworami w roli głównej, to Yongary zdecydowanie prowadzi w rankingu dziadowskich kreatur. Kiedy wywiedziony z koreańskich legend stwór zostaje wybudzony ze snu, rozpoczyna widowiskowy (no, może niezupełnie...) pochód ku Seulowi, niszcząc wszystko i wszystkich na swojej drodze. Żywi się ropą z rafinerii naftowych, odbija mu się płomieniem, a w końcu i tak dostaje po głowie od ośmiolatka. Opus magnum Kim-ki Duka to istna uczta dla miłośników kaiju – koszmarne efekty specjalne, sceny od czapy, destrukcja kartonowych dekoracji i przejmująca scena finałowa, kiedy Yongary umiera w agonii, niczym King Kong z Wyspy Czaszek.


"The Trollenberg Terror" (1956) oraz "Mózg z planety Arous" (1957)

Kto straszy?  Mózg z planety Arous i wielgachne gały skądś tam.
Jak straszy? On wchodzi ludziom do głów, one rzeczone głowy odcinają.
Jest strasznie? Pozycja obowiązkowa dla studentów medycyny.

photo.title

Dwa filmy o latających, przerośniętych stworach kosmicznych, które przyjęły formę... ludzkich organów. Na obrazku powyżej w całej swojej okazałości prezentuje się Gor, tytułowy mózg z planety Arous, kosmiczny terrorysta i dyktator, który chciałby zobaczyć całą Ziemię u swoich stóp. A raczej synaps. Szczęśliwie dla ludzkiej rasy, w galaktyce żyją także mózgi o wielkim sercu (sic!) i jeden z nich pomaga głównej bohaterce, Sally, uratować jej przyszłego męża, a jednocześnie nasz świat, przed niszczycielskim wpływem Gora. Innym, nie mniej słynnym potworem z apetytem na Ziemian, jest mordercze, gigantyczne oko z mackami, kryjące się w radioaktywnej chmurze po szwajcarskiej stronie Alp.

Dalszy ciąg zestawienia przeczytacie w portalu Filmweb.

czwartek, 7 lipca 2011

Dorosnąć do bohaterstwa

W swoim tekście o adaptacjach komiksowych, który opublikowano w czerwcowym "Kinie", pisałem, że widać tendencję do dalszego odrzucania podobnych Supermanowi postaci, rezygnacji z ubermenschów, z którymi widzowi trudno się identyfikować ze względu na ich nierzeczywistość (...) superbohaterów się uczłowiecza. I jako przykład rzeczonej tendencji podałem film "X-Men: Pierwsza klasa", w momencie pisania artykułu jeszcze mi nieznany. W ramach nadrabiania kinowych zaległości, nie mogłem więc odmówić sobie wizyty w kinie i sprawdzić, czy miałem rację. Okazało się, że jedynie połowicznie. A więc wchodzę w polemikę z samym sobą.


Zanim przejdę do rzeczy - okazało się, że trochę przestrzeliłem ze swoim optymizmem, miałem bowiem nadzieję, że zobaczę film obyczajowy o mutantach, choć właściwie nie było podstaw, by takowe oczekiwania w sobie pielęgnować. Nie oznacza to tym samym, że się zawiodłem, nic bardziej mylnego. "X-Men: Pierwsza klasa" posiada unikalny, urzekający retro klimat, który ma szansę pobić chyba jedynie nadchodzący "Kapitan Ameryka". Mnie uwiodły sceny podniebnych zmagań dobrych ze złymi, przywołujące na myśl skojarzenia ze starymi filmami o Supermenie, w których Christopher Reeve fotografowany był na tle przesuwającego się ekranu. Duetu McAvoy-Fassbender komplementował nie będę, zrobiła to już rzesza kolegów i koleżanek po fachu, wystarczy zajrzeć do którejkolwiek recenzji. Bardziej interesuje mnie to, że pomyliłem się w przypisaniu "X-Men: Pierwszej klasy" do fabuł, które uczą superbohaterów jak stać się ludźmi, zwykłymi szarakami. U Vaughna jest zupełnie odwrotnie, bo jego postaci dopiero aspirują do miana herosów i powoli zrywają z codziennością, która ma pozostać jedynie maską, kombinezonem ochronnym oddzielającym ich od zwykłego świata. Jest w tym pewna korespondencja z tematem poruszonym przez Vaughna w jego "Kick-Ass", choć tam była mowa o a.) niemożności zostania bohaterem; b.) powszechnej dostępności do bohaterstwa, o czym za chwilę. W nowych "X-Menach" nie ma wartości nabytych - aby odnieść jakikolwiek sukces, trzeba uwierzyć w zasadę ucz się ucz i tak dalej. Same umiejętności otrzymane przy narodzinach nie wystarczą, gdyż w szarej, miejskiej rzeczywistości nie sposób z nich nawet skorzystać, skazane są na powolne zatracenie, stają się bagażem, klątwą, a nie błogosławieństwem. Odwrotnie niż w "Kick-Ass", gdzie trzeba wręcz hamować swój szaleńczy pęd ku bohaterstwu, utożsamianemu z bezrozumną brawurą i niepotrzebnym ryzykiem. Z drugiej jednak strony każdy może kupić kostium na internetowej aukcji, wyjść na ulicę, zostać herosem ery Youtube i przy okazji dostać w mordę. Vaughan nakreślił świat pełen paradoksów, gdzie superbohaterstwo nie jest jednoznaczną ideą, zresztą tak samo było i w komiksowym pierwowzorze. Tym sposobem "Kick-Ass" stał się anty-komiksem, lecz w pozytywnym tego terminu znaczeniu. Biorąc szablon schematów fabularnych klasycznych dla historii znanych z Marvela i DC, przykłada go do mapy naszego, rzeczywistego świata, w którym komiks jest jedynie komiksem i nie można wyjść za jego obręb, co jednak główny bohater próbuje uczynić. Z różnym skutkiem. Komiks kończy się inaczej niż film, nie ma tam miejsca na happy end.  Bohater dostaje po głowie za to, że chciał być bohaterem. Ale czy inaczej kończy się "X-Men: Pierwsza klasa"? Mało komiksowy finał ma ta opowieść, nikt nie zwyciężył, wszyscy przegrali. Parafrazując znanego literata - to nie jest świat dla superbohaterów.

Film "X-Men: Pierwsza klasa" obejrzałem dzięki uprzejmości kina "Helios".

wtorek, 5 lipca 2011

Zabić Bono, zniszczyć U2

W zeszłym miesiącu informowałem o książce "Killing Bono", którą miałem przyjemność tłumaczyć dla wydawnictwa Replika. O czym traktuje ta naprawdę świetna powieść dowiecie się z notki zamieszczonej na tylnej stronie okładki, mojego poprzedniego wpisu albo pojawiających się w sieci, pierwszych recenzji. Możecie też przeczytać wywiad, który dla portalu Onet.pl przeprowadziłem z Neilem McCormickiem - pisarzem, dziennikarzem muzycznym i wspaniałym kolegą.


Bartosz Czartoryski: Neil, większość z nas, choć marzy o sławie, nie ma tyle zacięcia i odwagi, by spróbować po nią sięgnąć. Ty miałeś, ale często dostawało ci się za to po głowie. A więc – warto było próbować?

Neil McCormick: Pewnie, że było warto. Życie jest, jakie jest, a wszystko, co spotykasz na swojej drodze, składa się na to, kim jesteś, klęski są tak samo ważne jak odnoszone zwycięstwa. Właściwie na błędach można nauczyć się o wiele więcej. Istnieje takie powiedzenie, które często można usłyszeć w popularnych amerykańskich filmach, a także na nabuzowanych testosteronem spotkaniach biznesowych: “porażka nie wchodzi w grę”. Nienawidzę tego tekstu. Porażka zawsze wchodzi w grę, a czasem nie jest ona wcale najgorszym rozwiązaniem. Gdy dorastamy, wiemy już, że musimy uważać na własne marzenia, ponieważ zbyt często ich spełnienie okazuje się najgorszą rzeczą, jaka może się nam przytrafić. To, co chcesz i to, czego potrzebujesz to dwie różne rzeczy. Ale zdaję sobie sprawę, że trudno byłoby wytłumaczyć cokolwiek młodszej wersji siebie. Młodość ma swoje zrywy, a mną kierowała wtedy pasja oraz ego, liczyłem, że zaprowadzą mnie do Ziemi Obiecanej... no i okazało się, że takie miejsce nie istnieje. Myślę, że wszyscy odbywamy podobną podróż, by wreszcie pogodzić się z własną młodością i dawnymi marzeniami. To żaden wstyd, bo jest to podróż w poszukiwaniu pewnej mądrości, a przynajmniej tak stało się w moim przypadku. Myślę, że Bono podążył inną ścieżką. Pisząc swoją książkę, myślałem o tym wszystkim, zdawałem sobie sprawę, że moja praca polega na tym, by we własnym życiu wyszukać jakieś uniwersalne tematy, do których każdy potrafi się odnieść. Nie było to specjalnie trudne, bowiem większość z nas ma zazwyczaj częściej do czynienia z porażką niż sukcesem, szczególnie w takiej branży jak muzyczna, czy ogólnie artystyczna. No i pisząc tę książkę, podświadomie chciałem obrócić swoje niepowodzenia w sukces.

Zastanawia mnie, czy pisanie było dla ciebie pewnym rodzajem egzorcyzmu, który odprawiłeś, by odgonić od siebie demona sławy?

Jak wielu zapalonych czytelników, chciałem po prostu napisać książkę. Właściwie było to pragnienie wyniesione jeszcze z dzieciństwa, tak samo bardzo chciałem być pisarzem, jak i gwiazdą rocka. No i w sumie teraz zajmuję się zawodowo pisaniem, ale kiedy przyszło do pracy nad formą dłuższą niż artykuł w gazecie, opanował mnie paraliż. Zostałem przygnieciony przez te wszystkie wspaniałe książki, które przeczytałem w swoim życiu, i zapytałem sam siebie, czy faktycznie mam do powiedzenia coś na tyle ciekawego, by dołączyć do grona literatów. W tysiącach księgarń i bibliotek półki uginają się od książek, których człowiek nie jest w stanie przeczytać, choćby miał na to całe życie. Stałem przed tymi woluminami i zastanawiałem się, czy mam do przekazania coś oryginalnego. I któregoś dnia olśniło mnie, że najlepsza historia, jaką dysponuję, to moja własna. Z powodów, o których już mówiłem, czułem, że moje bolesne ambicje dojrzewające w cieniu  znanego przyjaciela to świetny materiał, na podstawie którego można opowiedzieć o naszej obsesji sławy, charakterystycznej dla człowieka nowoczesnego. Poza tym myślałem również o przegranej jako cnocie, pewnej wartości. Książka stała się dla mnie punktem wyjścia dla rozmaitych rozważań, jest pełna dygresji na przeróżne tematy jak polityka, religia, muzyka czy sprawy duchowe. Faktycznie, w pewnym sensie był to dla mnie egzorcyzm, ale chyba samo pisanie nim jest. Zanim zasiadłem do „Killing Bono”, musiałem stoczyć walkę z zazdrością i udaremnionymi przez los marzeniami, które są tematem książki. Miałem wtedy czterdzieści parę lat i, filozofując, można powiedzieć, że moje życie podążało właściwą drogą. Nie chcę przez to powiedzieć, że pisało mi się łatwo, gdyż musiałem skonfrontować się ze sobą, z młodzieńczymi ekscesami, klęskami i wojowniczo egoistyczną pewnością siebie. Czasem czułem się poniżony własnymi słowami, ale także kierowała mną determinacja, by odnaleźć w tym wszystkim jakieś pozytywy, ponieważ taka autonegacja może w pewnej chwili stać się męcząca i nieatrakcyjna dla czytelnika. Łatwiej jest zauważyć we własnym życiu wady niż zalety i są one zdecydowanie zabawniejsze, ale, jak mówiłem, skrycie liczyłem na to, że przekuję klęskę w sukces. Sama żądza sławy jest bardzo młodzieńcza, niedojrzała. Oczywiście cieszę się, że ktoś docenia moją pracę, ale nie potrzebuję, by każdy wstawał z krzesła, gdy wchodzę do pokoju. Czemu w ogóle chcemy być sławni? Pewnie po to, by narzucić światu swoje ego, by udowodnić, że istniejemy. Cóż, uważam, że robimy to za każdym razem, gdy coś tworzymy, piszemy. Stajemy się kimś, choćby jedynie w obrębie edytora tekstu.

Dalszy ciąg wywiadu znajdziecie w portalu Onet.pl.

niedziela, 3 lipca 2011

Michael Bay puka w spód dna - "Transformers 3" w kinach

Nie widziałem żadnego z dwóch poprzednich filmów wchodzących w skład serii "Transformers", dlatego też część trzecia zastała mnie z opuszczoną gardą. Byłem widzem zupełnie bezbronnym, nie spodziewałem się uderzenia tak mocnego, że aż zbije mnie z nóg. Moich podejrzeń nie wzbudził nawet zwiastun, a co więcej, aż wstyd przyznać, to właśnie on zachęcił mnie do wycieczki do kina. No i może jeszcze nazwisko Spielberga widoczne w czołówce.


"Transformers 3" okazał się filmowym półproduktem. I uprzedzam ewentualnie pytania - nie, nie oczekiwałem dzieła na miarę "Tam, gdzie rosną poziomki" Bergmana, nie liczyłem na kreacje aktorskie godne występu Toshiro Mifune w "Rudobrodym" i nie wyglądałem mistrzowskich zdjęć firmowanych nazwiskiem Antonio Delli Colli. Gwoli ścisłości dodam, że byłbym ostatnią osobą, która odrzucałaby widowiskowość filmowego spektaklu, nawet jeśli miałaby ona być wartością samą w sobie. Innymi słowy - efekciarstwem i mnie można uwieść. Mimo tego podczas lektury nowego dzieła Baya czułem jedynie zażenowanie. "Transformers 3", mówiąc wprost, nie trzyma się kupy, treściowo i formalnie. Dawno nie widziałem filmu tak rozlazłego, niekoherentnego i irytującego. Bayowi brak dobrego smaku, bez wyczucia zmienia estetykę, przez co fabuła i styl skrzypią niczym nienaoliwione zawiasy. "Transformers 3" to dwu i półgodzinny koszmar, miałem wrażenie, jakby reżyserowi szkoda było wyciąć choćby sekundę ze swojego dzieła, efektem czego mnóstwo niepotrzebnych scen i mordercze wydłużenie czasu trwania seansu. Może i film o wielkich robotach powinien być chłodno wykalkulowany, ale najwyraźniej w studiu padły maszyny liczące. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz po wyjściu z kina czułem się tak, jak w piątkowy poranek - mentalnie zgwałcony przez wizualną padaczkę; bezsilny w obliczu monstrualnych rozmiarów chały; ogołocony bezpowrotnie z cennych minut i godzin. Nadal jestem wyzuty z myśli, wybaczcie więc lakoniczność tej notki. Zostaliście ostrzeżeni.

Dziękuję wrocławskiemu kinu "Helios" za zaproszenie na seans.


sobota, 2 lipca 2011

Miłosne uniesienia w rytmie latino

Dawno nie widziałem plakatu tak nieprzeciętnej urody, jak poniższy. Subtelna, seksowna sensualność, erotyczne napięcie, istne miłosne zespolenie. Hiszpańska animacja muzyczna, "Chico i Rita", od wczoraj w polskich kinach.


"Chico i Rita" to prosta, szczera opowieść o miłości młodego pianisty i obdarzonej niespotykanym głosem wokalistki, przesycona iście latynoską zmysłowością. Romans dwojga bohaterów przetykany jest gorzkimi rozstaniami i słodkimi powrotami, zgodnie ze sprawdzoną formułą melodramatu. Akcja przeskakuje z Hawany do Paryża i wreszcie do Nowego Jorku, ilustrując nie tylko dzieje dramatycznej miłości obojga bohaterów, ale także losy kubańskich emigrantów.

"Chico i Rita" to kolejny wspólny projekt Fernando Trueby i Javiera Mariscala. Obaj twórcy spotkali się już przy okazji realizacji dokumentu "Ulica 54". Do ich nowego projektu dołączył również Bebo Valdés, legendarny muzyk kubański, którego bezbłędnie wygrywane melodie słyszymy też w "Chico i Ricie". Zresztą samą historię miłosną, stanowiącą oś filmu, oparto na jego biografii, dzięki czemu film stał się swoistym hołdem złożonym wiekowemu już artyście. Wokalnie wspomaga go dysponująca hipnotyzującym głosem Limara Meneses.

Druga połowa recenzji na stronie "Dziennika".


piątek, 1 lipca 2011

Roztańczona dziewczynka

Lipcowy numer "Filmu" już w sklepach, kioskach i salonikach prasowych. Sam nie mam jeszcze magazynu w rękach, ale jedno wiem na pewno - jest tam moja recenzja partactwa zwanego "B-Girl".

B-Girl (1/6)


„B-girl” (...) jest niczym brzęcząca mucha, którą chce się pacnąć ręką. I nie trzeba wcale uchodzić za przeciwnika muzyki hip-hop ani łamagę zazdroszczącą aktorom tanecznych umiejętności, by wystawić filmowi najniższą notę. (...) Film wygląda jak dzieło naiwniaka, który skrzyknął kolegów do wspólnego, osiedlowego projektu. Trudno rzec choćby jedno dobre słowo na temat tego partactwa, nie nobilitują go nawet przyzwoite, acz stosunkowo rzadkie i źle wykadrowane sceny taneczne.

Źródło: "Film" nr. 7/2011


Archiwum bloga