wtorek, 28 czerwca 2011

Ofelia von Triera

"Melancholia" powoli schodzi z ekranów, o filmie napisano już wystarczająco wiele, a echa skandalu w Cannes dawno przebrzmiały. A jednak tych, co nowe dzieło Duńczyka widzieli, zapewne niezmiennie ten nietuzinkowy obraz fascynuje. Mnie na pewno, gdyż nie mogę pozbyć się myśli o jednym, wyjątkowym kadrze, zaprezentowanym zresztą na plakatach promocyjnych. Lars von Trier pokazał bowiem, że rozumie nie tylko Hitlera, ale też prerafaelitów.



Zapewne niejakim truizmem będzie stwierdzenie, że ów kadr zainspirowany był malunkiem Johna Everetta Millaisa, dziewiętnastowiecznego malarza brytyjskiego, bowiem sam reżyser każe Justine w jednej ze scen otworzyć album na stronie z "Ofelią". Jednym z podstawowych założeń sztuki prerafaelitów było odrzucenie dziedzictwa artystycznego pozostawionego przez manierystów. Uważani za pewną awangardę malarską, zrezygnowali z klasycznych kompozycji i wystudiowanych póz na rzecz poetyckiego naśladownictwa natury. W sukurs przyszła im poezja romantyczna, legendy arturiańskie i twórczość Shakespeare'a. Zachwycał się prerafaelitami chociażby wybitny krytyk sztuki John Ruskin, chwaląc ich za odejście od konwencjonalności. I miał rację, gdyż malarstwo Millaisa, Rossettiego, Hunta czy pokrewnego im duchem Waterhouse'a autentycznie zachwyca. Ofelię przedstawiano na płótnie nader chętnie ze względu na wyjątkowy tragizm jej śmierci, śmierci w niespełnieniu. Według mnie o tym też opowiada "Melancholia" - o niemożności zaspokojenia.

Porównując powyższy kadr z obrazem, który widzicie poniżej, zauważyć można, że Ofelia leży w nieco innej pozycji niż Justine u von Triera - charakterystycznej dla świętych i męczenników, z rozłożonymi ramionami, choć Millais nie odziera jej z erotyzmu, daleki jest od sakralnego przedstawienia kobiety. Za to Duńczyk skomponował swój kadr nieco inaczej, zestawił dwie opozycje, początek i koniec - jego modelka ma na sobie ślubną suknię, przygotowana jest do sakramentu małżeństwa, w ręce trzyma kwiaty (konwalie, symbolizujące radość i niewinność), ale złożona jest jak do trumny. Obie Ofelie wydają się jednak pogodzone ze swoim losem, mają wzrok utkwiony w niebo, czekają na nieunikniony koniec.

Istotna jest także wiązanka kwiatów w ręce Ofelii - Shakespeare nie opisał w "Hamlecie" czerwonych maków, nie patrzyły one na tę śmierć, dodał je Millais jako symbol wiecznego snu. Dlatego początkowo mogą dziwić lilie u von Triera, gdyż, podobnie jak lotus, są symbolem odrodzenia, szczęścia, piękna, lecz tutaj wzmagają jedynie smutek. Bo "Melancholia" nie niesie nadziei, w tym wszechświecie, w którym "jesteśmy kompletnie sami", jak mówi Justine, nic się już nie narodzi. Lilie spłoną jak wszystko inne. Umrą.

czwartek, 23 czerwca 2011

Your Movie Rocks! Rozmawiamy o "Super 8"

Na wstępie przepraszam za kilkutygodniową przerwę pomiędzy kolejnymi odcinkami  cyklu dyskusji o bieżących premierach kinowych, które prowadzę z Piotrem Plucińskim, krytykiem filmowym i dziennikarzem, autorem świetnych blogów Off The Record i Z górnej półki. Przedłużająca się pauza spowodowana była sprawami prywatnymi i zawodowymi, ale dzisiaj powracamy poniższą rozmową o "Super 8". Kto nie pamięta, o co w naszej chwalebnej inicjatywie chodzi, odsyłam do odpowiednich wpisów na blogu Piotra oraz moim.



BC: Piotrze, czy dzięki "Super 8" przeniosłeś się do kraju lat dziecinnych?

PP: Nie do końca. Abrams czerpie z młodzieżowej klasyki, ale różnica między nią a jego filmem jest taka, że właściwy kontekst kryje się gdzieś za przygodową powłoką samej opowieści. Dla mnie nie działa to na zasadzie nostalgicznego wspomnienia, a kontestacji.

BC: Kontestacji?

PP: Abrams korzysta z pewnej estetyki, ale jej nie hołduje. Wchodzi raczej w pewien dialog z formułą Spielberga. W jego filmie narodziny przygody są jednocześnie narodzinami dzisiejszego kina, próbą odszukania jego korzeni. Tak to widzę. Paradoksalnie, z tego powodu "Super 8" nie uruchamia we mnie żadnego dziecięcego mechanizmu. Jest tu jakaś kalkulacja, która każe mi patrzeć na jego film chłodnym, choć zdecydowanie przychylnym, okiem.

BC: A widzisz, ja z kolei myślę, że "Super 8" można potraktować jako hołd oddany kinu nowej przygody, ale nie hołd czołobitny, w swoim ukłonie Abrams nie dotyka ziemi nosem. I ta kalkulacja, o której mówisz, polegająca na świadomym wykorzystaniu spielbergowskich narzędzi, była nieodzowna, zamierzona. Nie wiało od niej chłodem, a właśnie nostalgią, choć pozbawioną smuty. Odnalazłem się podczas seansu tak samo, jak odnajduję się, oglądając dzisiaj "Goonies" czy "Stań przy mnie", bo, abstrahując od wspominanego przez Ciebie kontekstu, opowieść traktuje w gruncie rzeczy o tym samym, co wymienione filmy – przyjaźni i pędzie ku przygodzie. Dla mnie właściwym kontekstem "Super 8" jest właśnie sentyment, tam leży jego magia i... największa słabość.

PP: Dlaczego słabość?

BC: Bo zdaję sobie sprawę, że mój zachwyt nad filmem wynika z emocji, które we mnie budzi, emocji związanych z pierwszym seansem "Indiany Jonesa" i powieszeniem w swoim pokoju plakatu z Rambo. Dopuszczam możliwość, że patrzę na "Super 8" przez pryzmat własnego dzieciństwa i moja ocena nie jest trzeźwa, a ja jestem jak ten dziad, co wzdycha, że czasy już nie te. Dla mnie to swoisty wehikuł czasu, film, o którym chcę myśleć, że został zrobiony właśnie dla mnie, którego nie muszę poddawać analizie, tylko usiąść w fotelu i chłonąć. Może nabieram się na jakiś emocjonalny kidnaping, ale sęk w tym, że chcę się nabrać! Wsiąkłem, zdając sobie sprawę z tego, że jest w „Super 8” trochę kuglarstwa. Ale przecież nie każdy widz należy do naszego pokolenia i jego odbiór może być zupełnie odmienny. Dlatego mówię o słabości "Super 8", bo nie wiem, ile z tego filmu zostanie, jeśli odejmiesz osobisty kontekst (lubimy to słowo, co nie?). Czy jest w tym filmie coś dla dzisiejszych piętnastolatków?

PP: Faktycznie, dzisiejszym dzieciakom brak narzędzi do odebrania tego filmu na tym samym poziomie co nasze, "ejtisowe" pokolenie. „Super 8" działa na zasadzie odnośników, ale ja nie wierzę w takie powroty do dzieciństwa. Wolę myśleć, że film Abramsa prowokuje dzisiejszego mnie, niż sięga po tego sprzed lat. Tamta młodość, tamto kino i doznania są dla mnie nie do odzyskania, nie do podrobienia; w pewnym sensie są nietykalne. Wydaje się, że Abrams również ma tego świadomość – dlatego miast stawiać na sentyment, imitować zamierzchłe emocje, wzbogaca je o nowy kontekst. Efekt jest ciekawy: nawet przez chwilę nie poczułem, że to film o utraconej młodości, raczej uświadomiłem sobie, że ona wcale się jeszcze nie skończyła.

BC: Na mnie film zadziałał mocniej. Bo skoro Abrams potrafił spojrzeć na kino oczami dzieciaka, to czemu ja miałbym nie móc? Przypadek "Super 8" jest nieco inny niż ostatniego Indiany czy "Niezniszczalnych", choć premierze tych filmów również towarzyszyły ożywione dyskusje o wskrzeszaniu pewnych mitów. Otrzymaliśmy bowiem obraz, który ma zupełnie inne cele i założenia niż wyżej wymienione, nie przeprowadza jakieś rewizji gatunkowych schematów, skupia się na czystej przygodzie. Poza tym nie sądzisz, że ten nowy kontekst, o którym piszesz, również jest nieco hermetyczny i zarezerwowany dla tych, którzy przebiją się przez wierzchnią warstwę? Dla tych, którzy rozumieją tę ekscytację kinem, teraz już nieco starej, przygody?

PP: Czy nie rodzi się z tego jakaś przykra konkluzja? Wskrzeszanie tamtego kina, tamtej magii, jest o tyle chybione, że zadowala przede wszystkim nas, dwudziesto- i trzydziestoparolatków. Dzisiejsze pokolenie dojrzewa – przynajmniej jeśli chodzi o kino – w myśl zupełnie innych standardów niż my. Często gorszych.

BC: No cóż, kinowa przygoda nie wszystkim kojarzy się teraz z ogromnym rekinem, świetlnym mieczem i wampirami na motocyklach. Dlatego też mam opory przed krytyczną oceną „Super 8”, choć to zapewne mój zawodowy obowiązek. A jednak w tym przypadku – odmawiam!

Autor bloga dziękuje kinu "Helios" za zaproszenie na seans.



wtorek, 21 czerwca 2011

Translatorski ekshibicjonizm (część druga)

Dalszy ciąg wczorajszego wpisu...

5. Sukkub (wyd. Replika)


O wydanie Edwarda Lee w Polsce walczyłem niemal rok. I udało mi się namówić Replikę na powieść "Sukkub", którą aktualnie tłumaczę. Pan Lee to niezwykle uprzejmy facet, złoty człowiek, a pisze o okropieństwach niesłychanych. Horror ekstremalny. Premiera: wrzesień/październik.

6. He Is Legend (wyd. SQN)

Antologia grozy poświęcona twórczości Richarda Mathesona. Opowiadań jest w tomie całe mnóstwo, a termin wydania zbliża się wielkimi krokami (jesień 2011), więc wydawca podzielił książkę na dwie części i każda powędrowała do innego tłumacza. Mi przypadły kawałki Stephena Kinga/Joego Hilla, Nancy Collins, F.Paula Wilsona, Eda Gormana i kilku innych autorów.

7. Pokój dla dwojga (wyd. Prószyński i S-ka)

W czerwcowej "Nowej Fantastyce" znalazło się opowiadanie autorstwa Ramseya Campbella, które miałem przyjemność przełożyć. Dodam też, że Ramsey będzie gościem tegorocznych Dni Fantastyki we Wrocławiu, które rozpoczynają się już za trzy dni. Zainteresowanych imprezą odsyłam tutaj i zapraszam serdecznie, bo warto. Dzięki uprzejmości wspaniałego dystrybutora SPI, zaraz po spotkaniu z Campbellem będziemy mogli pokazać na dużym ekranie film "Bezimienni" w reżyserii Jaume Balaguero. Na imprezie pojawię się jako tłumacz i opiekun pisarza, poprowadzę kilka spotkań autorskich i będę czuwał nad blokiem programowym "Horror i groza".

Na razie to tyle. Kolejne projekty oczywiście na horyzoncie, ale o nich poinformuję w swoim czasie. Dzisiaj wracam do kraju, jutro biegnę do kina na "Super 8", "Melancholię" i "Kac Vegas w Bangkoku" (sic!), spodziewajcie się więc nowych wpisów.

Do przeczytania.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Translatorski ekshibicjonizm (część pierwsza)

Podstawą mojego bloga były, są i będą teksty o tematyce filmowej i okołofilmowej, lecz czasem pozwolę sobie na małe dygresje. Ot, taki skromny przywilej autora. Pora więc na krótką notkę osobistą. W życiu zajmuję się klepaniem w klawiaturę, ale nie zawsze rodzą się z tego rzeczy związane z kinem, gdyż nie ma dnia, którego nie spędziłbym na przetłumaczeniu choćby kawałka jakiejś powieści czy opowiadania. Hobbystycznie również sam od razu do czasu tworzę mniej lub bardziej udane kawałki literackie, które wydawcy mniej lub bardziej lubią. Poniżej przedstawiam więc rozpiskę książek (i magazynów), w których znalazło się moje nazwisko jako tłumacza (tudzież autora). Oczywiście nie będę sięgał zbyt daleko w przeszłość i skupię się na ostatnich (oraz nadchodzących) tygodniach. Aha, proszę się nie martwić, że dawno już o nowościach kinowych nie pisałem i ratowałem się "przedrukami". Jutro wracam do kraju po trzytygodniowych wojażach, wracam do kinowej sali i wracam do recenzji. Oczekujcie też kolejnej dyskusji z Piotrem Plucińskim. A tymczasem...

1. Killing Bono (wyd. Replika)


Książkę można już dostać w księgarniach. Napisał ją Neil McCormick, facet, który zawsze chciał zostać gwiazdą rocka, ale nigdy mu nie wyszło. Na domiar złego jego frustrację pogłębiał fakt, że kumpel ze szkolnej ławy, znany obecnie jako Bono, odnosił sukces za sukcesem. "Killing Bono" to nie sucha opowieść autobiograficzna, ale autentycznie zabawna, rockowa podróż literacka. Neil jest teraz dziennikarzem "Daily Telegraph", miałem okazję poznać go w Londynie i to naprawdę sympatyczny, szczery gość.

2. Doktor, dziecko i duchy z jeziora (wyd. Replika)


Długie opowiadanie Morta Castle'a, które przetłumaczyłem na potrzeby antologii grozy "11 cięć". Dojrzały kawałek jednego z weteranów horroru. Już dostępne w księgarniach, warto.

3. Jedyne dziecko (wyd. Papierowy Księżyc)


Nowa powieść Jacka Ketchuma, jednego z moich ulubionych autorów, ukaże się u nas w połowie lipca. Polecam, polecam i jeszcze raz polecam. Pozwolę sobie wkleić poniżej notkę o książce, którą sporządziłem  niegdyś dla wydawcy:

"Jedyne dziecko" to kolejna, niepokojąca powieść Jacka Ketchuma, autora "Dziewczyny z sąsiedztwa", "Poza sezonem" i "Straconych". W swojej książce amerykański pisarz, porównywany do Cormaca McCarthy'ego, przeprowadza wstrząsające studium psychologiczne ofiar i sprawcy przemocy domowej i molestowania seksualnego.

Pielęgniarka, Lydia McCloud, poznaje Arthura Danse na przyjęciu ślubnym. Oczarowana uznaje, że jest to mężczyzna, którego mogłaby pokochać. Dla niego z kolei Lydia reprezentuje typ kobiety wzbudzającej w innych sympatię i ciepłe uczucia. Arthur zrobi więc wszystko, by pokazać jej, że nie może czuć się bezpiecznie nawet we własnym domu. Kiedy rodzi się ich jedyne dziecko, Robert, zachowanie Arthura jeszcze się pogarsza. Lydia zgłasza sprawę do sądu i wtedy rozpoczyna się dla niej prawdziwy koszmar. Powalająca powieść jest niczym oskarżycielski palec skierowany w stronę wymiaru sprawiedliwości, po którym, wydaje się, została już tylko nazwa, będąca teraz niczym cyniczny żart. Ponadto, w unikalnym posłowiu autor odkrywa przerażającą, prawdziwą historię, która zainspirowała go do napisania "Jedynego dziecka".

4. Halloween (wyd. Oficynka)

Zbiór opowiadań grozy z halloweenowym motywem przewodnim. Premiera oczywiście w październiku. Miałem szczęście znaleźć się obok tak znamienitych autorów jak Izabela Szolc, Magdalena Kałużyńska, Katarzyna Rogińska, Katarzyna Szewczyk, Łukasz Orbitowski, Jacek Skowroński, Krzysztof Maciejewski, Kazimierz Kyrcz, Robert Cichowlas, Łukasz Śmigiel i Dawid Kain.

Ech... widzę, że wpis mi się rozrósł, a to jeszcze nie koniec, więc wstrzymam się póki co. Reszta jutro.

piątek, 17 czerwca 2011

Inwazja superbohaterów!

Zielona Latarnia, Kapitan Ameryka, Thor i młodzi mutanci od Charlesa Xaviera przypuszczają szturm na kina. I "Kino". Prócz recenzji filmu "Hanna", którą zamieszczałem już na blogu, w ostatnim numerze magazynu znalazł się mój tekst na temat ekranizacji komiksów. Poniżej zamieszczam fragment artykułu.



Letni sezon blockbusterów przed nami. Znamienne jest, że duża część produkcji obliczonych na przyciągnięcie do kin milionów widzów zafascynowanych technicznymi możliwościami Hollywoodu oparta jest na opowieściach komiksowych. Bohaterowie tych potencjalnych hitów – Thor, Zielona Latarnia, Kapitan Ameryka – to postaci trwale wpisane w amerykańską popkulturę, dla wielu widzów wręcz nostalgiczne. Podczas gdy u nas komiks hermetyzuje się, znajduje się niejako na kulturowym marginesie i zajmują się nim, coraz częściej, jedynie zapaleńcy i kolekcjonerzy, w Stanach Zjednoczonych jest fenomenem na skalę masową. A więc i odbiór takowych adaptacji jest za oceanem zupełnie odmienny, twarze z plakatów są wszystkim dobrze znane z dzieciństwa czy czasów nastoletnich – nawet widzom już komiksów nie czytającym. Za to dla nas to przede wszystkim kontakt z dynamicznym kinem rozrywkowym, nierzadko pozbawiony pierwotnego kontekstu. (...) Adaptowanie komiksów różni się znacznie od przenoszenia na ekran książek, bowiem historie amerykańskich herosów ciągną się latami, istnieje wiele wersji przygód tego samego bohatera, co może wprowadzić w lekką konfuzję. Podstawowym więc zadaniem filmowej adaptacji komiksu jest uporządkowanie tego świata, dlatego też losy danego herosa często mają charakter origin, czyli powrotu do korzeni, przy czym w kolejnych częściach cyklu nie jest niedozwolone, posługując się żargonem komputerowym, zrestartowanie serii i przystosowanie jej do obowiązujących standardów kinematograficznych. Tak stało się w przypadku cyklu o Batmanie, dzieje się obecnie z nowymi filmami ze Spidermanem i Kapitanem Ameryką oraz planuje się w przypadku Supermana. Popkulturowe mity zostają przepisane na nowo i chyba nie sposób dotrzeć do pierwotnej ich wersji – to podstawowe założenie filmowej adaptacji komiksu, która ma tym sposobem pewną dowolność w operowaniu tematem. Oczywiście istnieją pewne motywy i wątki niezbędne, by uchwycić atmosferę przekładanej na język filmu historii, czyli Spiderman musi posiadać swoje pajęcze moce, a Batman stracić rodziców w dzieciństwie. Inaczej mit nie mógłby funkcjonować. Idąc tym tropem, można stwierdzić, że duża cześć adaptacji komiksowych nie jest adaptacjami sensu stricto, lecz jedynie wariacjami na temat zainicjowany przez komiks. Wyjątkiem są powieści graficzne jak „Sin City” czy „Watchmen. Strażnicy”, które stanowią zamkniętą dramaturgicznie całość i zostały przeniesione na ekran niemal co do kadru.

Cały artykuł można przeczytać w czerwcowym numerze miesięcznika "Kino".

wtorek, 14 czerwca 2011

Deprawacja poprzez popkulturę

Co wspólnego mają ze sobą: Grecja, kazirodztwo, "Rocky", mordercze koty, semantyczne przepychanki, nagroda w Cannes i nominacja do Oscara? Na to dziwaczne pytanie starałem się odpowiedzieć w piątkowym "Dzienniku", recenzując kontrowersyjny film Yorgisa Lanthimosa, który przed kilkoma dniami trafił do nadwiślańskich kin.


Tytuł filmu Lanthimosa ma znaczenie metaforyczne – według ojcowskiej wykładni utrata kła symbolizuje przekroczenie granicy pomiędzy dzieciństwem a dorosłością. Okazuje się jednak, że emocjonalna dojrzałość znajduje się poza zasięgiem zamkniętych w czterech ścianach bohaterów tego koszmarnego widowiska, a rodzicielska smycz kończy się zaraz za obrożą. Przedstawiony przez Lanthimosa mikroświat zbudowany jest na skrajnej, patologicznej opiekuńczości i socjopatycznym wypaczeniu cywilizacyjnych teorii Rousseau. Matka, syn oraz dwie córki, którym reżyser nawet nie nadał imion, żyją w całkowitej izolacji, ich rezydencja otoczona jest wysokim płotem, a praktycznie jednym łącznikiem ze światem zewnętrznym pozostaje ojciec. Ale wizja życia, którą przynosi ze sobą do domu, jest świadomie zniekształcona, podyktowana rodzicielskim imperatywem troski, chęcią odcięcia dzieci od niebezpieczeństw czyhających na ulicach, uosabianych przez absurdalne zagrożenia. Mieszkańcy domu swój los akceptują z dobroduszną, pełną naiwności nieświadomością, nawet w kazirodczych praktykach nie ma dla nich nic niestosownego; są niczym czyste karty, czekające dopiero na zapisanie.

Drugą połowę recenzji możecie przeczytać na stronie "Dziennika".

niedziela, 12 czerwca 2011

Świntuszenie po polsku

Nieco późno, bo "Świnki" Roberta Glińskiego swoją premierę kinową miały w maju, lecz nie dzieliłem się jeszcze na blogu swoimi przemyśleniami na ich temat, więc nadrabiam. A im więcej o filmie dumam, tym mniej mi się on podoba i przychylam się do stwierdzenia, że wystawiona przeze mnie ocena jest zawyżona. Niemniej jednak zachęcam do przeczytania poniższej recenzji.


Tekst ukazał się w siedemnastym numerze magazynu kulturalnego "Hiro", który, całkowicie za free, możecie przeczytać TUTAJ.


piątek, 10 czerwca 2011

Mordercza nastolatka kontra reszta świata

Dzisiaj na ekrany wszedł nowy film reżysera, którego zupełnie nie trawię. "Duma i uprzedzenie" w jego wykonaniu to niestrawne, żenujące wręcz widowisko, a "Pokuta" zatrważała miałkością scenariusza, opartego zresztą na wcale nie lepszym pierwowzorze literackim. Dorzucając do tego irytującą fascynację aseksualną i pozbawioną  aktorskiego talentu Keirą Knightley, mogę podsumować, że Joe Wright do moich ulubionych twórców nie należy, ale o tym już pisałem w pierwszej linijce, więc wystarczy. A jednak mnie zaskoczył. Bardzo. Zapraszam serdecznie do przeczytania recenzji z filmu "Hanna", która ukazała się w czerwcowym numerze magazynu "Kino".



Nastoletnia dziewczyna, okutana w skóry i futra, goni poprzez finlandzkie śniegi za jeleniem, pewnie sobie radząc z obsługą śmiercionośnych narzędzi. Co ciekawe, strzała z łuku przeznaczona jest dla zwierzęcia, a kula z pistoletu – dla widza. Młoda bohaterka filmu Joego Wrigtha mierzy bowiem wprost w nas, przed ekranem, zupełnie jak złoczyńca w klasycznym „Napadzie na ekspres” Edwina S. Portera. Wystrzał będzie niczym złożony podpis, określi tę postać dobitniej niż zrobiłby to rozciągnięty w czasie monolog. (...) W paru miejscach film nabiera charakteru niemal układu tanecznego, kamera kręci piruety, a aktorzy poruszają się według precyzyjnie zaplanowanej choreografii. Brytyjski reżyser ucieka od dosłowności thrillera czy filmu sensacyjnego, maskuje ją niestandardowymi rozwiązaniami wizualnymi i wprawiającą nierzadko w zdumienie scenografią. Kiedy akcja filmu przenosi się z Maroka do Niemiec, na teren opuszczonego wesołego miasteczka, Wright w pełni folguje swoim baśniowym fascynacjom. (...) Mówiąc najprościej, „Hanna” Joego Wrighta to dynamiczny film o zemście dojrzewającej latami, film dobrze zrobiony, z wyśmienitą choreografią scen walk i psychoanalitycznymi odniesieniami do dziecięcych baśni. Reżyser łączy dwa style narracji, szybki i gorączkowy z subtelnym i wyciszonym, ale udaje mu się utrzymać rozsądne tempo akcji, zaciekawić na całe dwie godziny seansu, zapewniając jednak co jakiś czas kilka minut na wzięcie głębokiego oddechu.

Źródło: „Kino" 2011, nr 6, s. 70

Cały tekst znajdziecie na stronie miesięcznika "Kino".

środa, 8 czerwca 2011

Sex Sells albo ilu futbolistów zmieści się w jednej aktorce

I kolejny artykuł z Onetu, będący częścią składową cyklu tekstów o hollywoodzkich skandalach. Mi w udziale przypadła sylwetka Clary Bow, gwiazdy amerykańskiego kina niemego, postaci tyleż utalentowanej, co kontrowersyjnej. Poniżej fotografia aktorki, fragment tekstu i link do całości.


Clarę Bow nazywano „it-girl”, dziewczyną posiadającą „to coś”, czyli magnetyczną siłę opartą na niewzruszonej pewności siebie, pozwalającą uwodzić nie tylko pięknem ciała, ale i bystrością umysłu. Dzisiaj terminem tym, ukutym przez Elinor Glyn na łamach „Cosmopolitan”, określa się kobiety sławne z powodu samej sławy, celebrytki pokroju Paris Hilton. Za czasów Clary Bow pojęcie to funkcjonowało jednak zgodnie z pierwotnym znaczeniem i znakomicie definiowało aktorkę. Uwielbiały ją wielkie diwy popkultury, a wśród nich Marilyn Monroe i Madonna, zapożyczając od niej image pozornie niewinnej, ale epatującej seksem kokietki. Ta wielka osobowość kina jest dzisiaj pamiętana głównie ze względu na otaczającą ją atmosferę skandalu, a nie aktorskie umiejętności, których przecież Clarze Bow nie brakowało. Szalały za nią i kobiety, i mężczyźni – oni pragnęli jej wdzięków; one chciały być wyzwolonymi flapperkami i jak ich idolka nosić krótkie spódniczki i modne fryzury, a w wolnych chwilach słuchać jazzu. Biografia Bow pełna jest rewelacji o szalonych przygodach i obyczajowych kompromitacjach i trudno jest wyłuskać  prawdziwe kawałki spośród mnóstwa plotek.

Bodajże najsłynniejszą z nich jest ta pochodząca z książki „Hollywood Babylon”, mówiąca, jakoby aktorka miała w roku 1927 oddać się całej drużynie futbolowej Uniwersytetu Kalifornii Północnej. Taka informacja miała wyjść od Daisy DeVoe, sekretarki Clary oskarżonej (jak się później okaże – niesłusznie), o defraudację kilkunastu tysięcy dolarów z konta aktorki. David Stenn, biograf Bow, zdementował te pogłoski, wiele lat później przeprowadzając wywiady z byłymi studentami uniwersytetu, którzy zaprzeczyli, że podobna sytuacja miała kiedykolwiek miejsce. Ale wpływ na popkulturę pozostał, ta „miejska legenda” stała się jednym z popularnych motywów w kinie amerykańskim. Owa plotka jest jedynie czubkiem góry lodowej jeśli chodzi o Clarę Bow, bowiem w 1931 tabloid „Coast Reporter” wysunął przeciwko aktorce szereg oskarżeń, wśród których znalazły się seksualne perwersje jak zoofilia, ekshibicjonizm czy kazirodztwo, o alkoholizmie i uzależnieniu od narkotyków nie wspominając. Autor artykułu szantażował aktorkę, żądając od niej pieniędzy w zamian za wstrzymanie publikacji, za co odpowiedział później przed sądem i został skazany na osiem lat więzienia. Nie bez pewnej winy była także i sama Clara, która świadomie budowała swój image na skandalach i nie odżegnywała się od plotek na swój temat. Raz widywano ją przy jednym mężczyźnie, raz przy drugim, zrywała z nimi tak samo szybko, jak się zakochiwała.

niedziela, 5 czerwca 2011

"The horror! The horror!" - czyli jak przeżyć w filmie grozy

I znowu o horrorze. Przepraszam, jakoś tak wyszło, bo w Onecie pojawił się niedawno mój tekst stworzony jeszcze przy okazji premiery ostatniego „Krzyku”, którego na blogu nie prezentowałem. Jest to krótki przewodnik po filmach typu slasher, lecz napisany w nieco niekonwencjonalnej formie. Zresztą zobaczcie sami. Enjoy.



Wakacje za pasem, więc i ryzyko obrażeń cielesnych wzrasta. I nie chodzi bynajmniej o skoki na główkę, jazdę rowerową w stanie nietrzeźwym czy zatrucie pokarmowe spowodowane konsumpcją nieświeżej zapiekanki, zakupionej w podejrzanej budzie kempingowej, ale o niebezpieczeństwo związane z grasującymi tu i ówdzie, seryjnymi mordercami, upiorami i żywymi trupami. 
 
Oczywiście wszystkie plugastwa buszują po krzakach przez cały rok, lecz wydaje się, że okres letni dodatkowo sprzyja ich aktywności. Planując urlopy, trzeba więc przedsięwziąć specjalne środki zapobiegawcze i naoglądać się horrorów – można zacząć już teraz, jest ku temu znakomita okazja, bo do kin wszedł „Krzyk 4”. W poprzednich częściach cyklu przybliżono amatorom mocnych wrażeń kilka elementarnych zasad, których przestrzegać należy, jeśli chce się choćby pomarzyć o przeżyciu w filmie grozy. Ale w szerokim świecie czyha więcej pułapek, niż Randy Meeks mógłby sobie wyobrazić, dlatego przychodzimy z pomocą i oferujemy kompletnie bezpłatny przewodnik survivalowy, który ma za zadanie uratować życie nieostrożnym urlopowiczom.

Przygotowania do wyjazdu

Ważnym krokiem jest wybór miejsca, w którym nasze wakacje spędzimy. Na pewno, z oczywistych względów, odpada stan Maine w Nowej Anglii, najlepiej rozłożyć mapę i wyciąć z niej pordzewiałymi nożycami ten plugawy kawałek świata, wylęgarnię wszelkiej maści kanibali i zwyrodnialców, ojczyznę Stephena Kinga i Howarda Philipsa Lovecrafta. Dopiero wtedy można zasiąść do przeglądania ofert biur podróży, ale lepiej zaplanować coś samemu, gdyż na pewno uprzejmy agent okaże się zwichrowanym szajbusem i pośle swoich klientów samolotem wprost w paszczę Langolierów.



czwartek, 2 czerwca 2011

O dwóch takich, co nakręcili horror

Mimo że z horrorem jestem za pan brat, nigdy nie ciągnęło mnie do eksplorowania dorobku Jamesa Wana i Leigha Whannella. Zawsze miałem obu panów za gości, którym jako tako wyszedł jeden film i od tamtej pory zbijają bąki, czerpiąc kasę z tantiem. Po części miałem rację, bowiem na ciągnącej się w nieskończoność i brnącej w otchłań absurdu serii "Piła" duet W-W zapewne utrzymuje się do dzisiaj. A niedawno przekonałem się, że szkoda, iż na młodych maniaków krwi i flaków (rym zamierzony) patrzy się właśnie przez pryzmat tego nieszczęsnego cyklu, bo całkiem niedawno, w zeszłym roku, nakręcili wspólnie film o niebo lepszy, o którym już zresztą wspomniałem na blogu kilka tygodni temu.


Myślę o "Insidious", które klasyczną opowieść o nawiedzonym domu wywraca do góry nogami. Owszem, jest to dzieło bardzo niedoskonałe, wręcz chaotyczne, aż nazbyt gorączkowe i wypełnione naiwną, młodzieńczą fantazją, lecz frapujące. Otóż Wan i Whannell zastosowali przy okazji ghost story formułę sprawdzoną przy okazji pierwszej "Piły", opartą na nagłych woltach fabularnych i nierównomiernym rozłożeniu akcentów gatunkowych. Niby nic nowego, ale "Insidious" zrealizowano z wdziękiem, którego brak wielu współczesnym horrorom. Skrzypiące zawiasy i szeleszczące kołdry ustępują w pewnym miejscu komedii czerpiącej z "Pogromców Duchów", by przenieść się do świata okropieństw rodem z umysłu M. Nighta Shymalana. I tak "Insidious" staje się mroczną fantastyką, uosobieniem dziecinnych strachów, od których dreszcze mają przejść po plecach dorosłym - no i tak się właśnie dzieje! Wan i Whannell świetnie operują mechanizmami kina grozy, oprawiając autentyczny horror w ramkę wypaczonej baśniowości przedstawionej z niewinną wrażliwością dziecka zaglądającego przed snem pod łóżko. Żałuję więc, że nie udało im się pozbyć irytujących naleciałości formalnych wyniesionych z poprzednich filmów - symetrycznej kompozycji kadru (wina po stronie Wana-reżysera) i kompletnie zbędnego twistu w końcówce (odpowiedzialność ponosi Whannel-scenarzysta). Napisałem "filmów", a nie "filmu", bowiem pomiędzy "Piłą" a "Insidious" kolegom udało się zrealizować "Śmiertelną ciszę", średnio udany horror, który swój ładunek szokowy odpalić miał w feralnej, ostatniej minucie.


Obraz ten okazał się sromotną klęską finansową i szczęśliwie nie powstały żadne sequele, lecz prócz partactwa jest w nim coś, na co warto zwrócić uwagę - przywiązanie do staroświeckich strachów, wyciągniętych za fraki niby z filmu Williama Castle'a. A więc mamy staruchę wyskakującą zza firany i sunącą po podłodze, nie przebierając nogami, podczas gdy kamera ucieka w stronę widza. W odpowiednich chwilach narzuca się oglądającemu perspektywę pierwszoosobową, co jest doskonałym środkiem straszącym. "Śmiertelna cisza" ma więc swoje jaśniejsze momenty i jest pozycją obowiązkową dla tych, którzy mają zacięcie śledzić artystyczną ewolucję dwóch panów, którzy horror nakręcili.

Zainteresowanych tematem odsyłam do mojego tekstu "Kiedy metal rdzewieje", opublikowanego w miesięczniku "Kino" (12/2010), w którym omawiam pokrótce fenomen serii "Piła".

Archiwum bloga