poniedziałek, 30 maja 2011

Kosmicznie w nowym "Filmie"

Bliskie spotkanie z nowym numerem magazynu "Film" umożliwia wysupłane z portfela kilka złotych. A warto, bo znajdziecie w nim recenzję komedii "Paul" sygnowaną moim nazwiskiem. Po nieco megalomańskim, acz krótkim wstępie, czas na poster i fragment rzeczonego tekstu:


Paul (3/6)

Simon Pegg i Nick Frost pod kuratelą niesamowitego Edgara Wrighta brali udział w ekstrawaganckich projektach, kpiących sobie serdecznie z kultury popularnej, a jednocześnie nie odżegnujących się od kinematograficznego dziedzictwa. Reżyserskie przewodnictwo Grega Mottoli nie służy obu panom już tak dobrze. Niestety, brak filmowi tego komicznego błysku, tej iskry stanowiącej o ich nieprzeciętnych talentach. „Paul”, choć pełen nawiązań do kina science-fiction, które rozbawią nie tylko geeka, traci fason przez żarty oscylujące w granicach dobrego smaku i prostactwa, czasem jedynie przetykane wariackim humorem znanym z brytyjskich dokonań Pegga i Frosta.

Reszta w czerwcowym "Filmie", którego okładka wygląda tak:



piątek, 27 maja 2011

Marilyn Monroe w Onecie

W portalu Onet można już przeczytać krótki artykuł mojego autorstwa o aktorkach, którym przydarzyło się do swojej filmografii włączyć rolę Marilyn Monroe. Nie jest to moja ostatnia wyprawa na terytoria krakowskiego portalu, bowiem mniej lub bardziej regularnie będę publikował tam luźniejsze teksty, w klimacie pop. Na zachętę zamieszczam fragment artykułu i zapraszam do przeczytania całości.


Być Marilyn Monroe...

Zanim nie zapadła decyzja o wstrzymaniu prac nad filmem "Blonde" z Naomi Watts, miłośnicy talentu urodziwej aktorki zacierali ręce na wieść o jej pojedynku z Michelle Williams. Pojedynku, który miał zostać stoczony niejako zaocznie, na dwóch arenach, w dwóch różnych produkcjach, lecz tym samym orężem – kreacją Marilyn Monroe.

Scenariusz filmu z Watts oparty był na fikcyjnych pamiętnikach gwiazdy, spisanych przez Joyce Carol Oates. Może kiedyś jeszcze powstanie? Dzieło z Michelle Williams, "My Week with Marilyn" ("Mój tydzień z Marilyn", premiera jeszcze w tym roku), to z kolei rozgrywająca się na planie "Księcia i aktoreczki" opowieść o znajomości seksbomby z pisarzem Colinem Clarke. Autor pracował przy produkcji jako asystent, a zarazem miał się opiekować wrażliwą ślicznotką.

W Wielkiej Brytanii, gdzie kręcono zdjęcia, Monroe mogła złapać oddech i uwolnić się od hollywoodzkiego blichtru i zawieruchy. Michelle Williams przyszło więc grać MM mniej znaną, tę spoza kinowego ekranu i pierwszych stron gazet, Marilyn-żonę. Dziennikarzowi brytyjskiego "Daily Mail" Williams powiedziała, że gdy zaproponowano jej tę rolę, początkowo odmówiła. Bała się, że nie uniesie ciężaru nierozerwalnie z Monroe związanego. Pokusa była jednak silniejsza. Poprzez lekcje śpiewu i tańca (oraz... charakterystycznego śmiechu) młoda aktorka zżyła się z postacią tak bardzo, iż w pewnej chwili zatraciła poczucie własnej tożsamości. Fanów jednak uspokaja, mówiąc, że jej Monroe będzie bardziej Michelle niż Marilyn. Innymi słowy – Williams obiecuje aktorską interpretację, a nie bezpłciowe kopiowanie wielkiej diwy. Zobaczymy...

środa, 25 maja 2011

Wycieczka do Miasta Złodziei

Od jakichś dwóch tygodni kupić można płytę z filmem Bena Afflecka "Miasto złodziei". Obraz to nietuzinkowy, szkoda więc, że polski dystrybutor nie zdecydował się wprowadzić tego tytułu do kin. Kiedy jeszcze łudziłem się, że na ekranach film jednak zagości, napisałem poniższą recenzję, lecz z uwagi na wycofanie go z repertuaru, tekst również odleżał swoje. Co prawda z lekkim opóźnieniem, ale sądzę, że warto przypomnieć sobie co nieco o "Mieście złodziei".


W swojej powieści „Prince of Thieves” („Książę złodziei”) Chuck Hogan odmalowuje obraz bostońskiej dzielnicy Charlestown jako amerykańskiej wylęgarni profesjonalistów specjalizujących się w napadach na banki. I choć obecnie statystyki mówią, że inne miasta prześcignęły stolicę stanu Massachusetts w liczbie zuchwałych rabunków, temat pozostał interesujący dla kina. Zaadaptowano więc książkę Hogana na filmowy scenariusz, widząc w niej potencjał nie tylko dla historii głęboko osadzonej w konwencjach kina sensacyjnego – Charlestown to zróżnicowane kulturowo i klasowo miejsce, wdzięczne tło dla rozbudowanej problematyki. Mimo tego reżyser filmu, Ben Affleck, zdecydował się jedynie zaznaczyć niezwykle ciekawe zagadnienia natury społecznej, co jednak nie działa na niekorzyść widowiska. Wydaje się bowiem, że jego ambicją było stworzenie spektaklu nawiązującego do wielkich dokonań gatunku. No i udało się. Choć „Miastu złodziei” do doskonałości daleko, kina sensacyjnego takiego kalibru nie oglądaliśmy już dawno. Trzy lata temu krzywo spoglądano na Afflecka, kiedy zabierał się za reżyserię. Z powodu przyklejonej mu etykietki hollywoodzkiego bawidamka, decyzję aktora odebrano jak ekstrawagancję znudzonego ciągłą obecnością na pierwszych stronach magazynów plotkarskich playboya. A jednak – zrealizowany w 2007 roku film „Gdzie jesteś, Amando?” został entuzjastycznie przyjęty, zgodnie orzeczono, że to pełnoprawne dzieło filmowe, a nie artystyczny wybryk rozkapryszonego chłopca. „Miastem złodziei” Affleckowi udaje się potwierdzić autorską dojrzałość i niezależność, tym samym ugruntowując pozycję reżysera, z którym amerykański przemysł filmowy musi zacząć się liczyć.
Trzeba zdobyć się na szczerość i powiedzieć jasno, że drugi pełnometrażowy projekt Afflecka operuje kliszami i nie wychodzi poza fabularny schematyzm gatunku. Ale reżyser, a jednocześnie odtwórca głównej roli, umiejętnie poruszając się w estetyce kina sensacyjnego, korzysta z jego dobrodziejstw w sposób godny pochwały, nie daje odczuć widzowi, że ogląda ten sam spektakl po raz wtóry. Z pewnością zasługa w tym Roberta Elswita i Dylana Tichenora, odpowiednio: fotografa i montażysty, dzięki którym sceny akcji wyglądają należycie, są dynamiczne i gorączkowe, ale klarowne, przejrzyste, dalekie od tak obecnie popularnej, teledyskowej maniery. Metodycznie planowane skoki na bank pokazuje się z różnych perspektyw –  kryminalistów, kamer przemysłowych, z pozycji napadniętych. Strzelanina na parkingu podziemnym podczas finałowego, wartego miliony dolarów skoku, czerpie z tradycji, którą współtworzył choćby Michael Mann, przypomina setki wcześniej zrealizowanych filmów, a jednak posiada czar świeżości, wyrażający się właśnie w tym ukochaniu klasycznego kina sensacji.
„Miastu złodziei” być może brak psychologicznej głębi, bo wzajemne relacje głównego bohatera, Douga, oraz porwanej przez niego i kolegów podczas pierwszego w filmie napadu pracownicy banku, Claire, są powierzchowne, choć stanowią niejako oś fabuły. Rebecca Hall nie ma zbyt wiele do grania, a szkoda, bo miłość tej nietypowej pary ma w sobie posmak zakazanego mezaliansu klasowego – on jest miejscowym z Charlestown, ona napływowym białym kołnierzykiem. I właśnie uczucie pokrzyżuje plany mężczyzny, choć tylko pozornie, bo dzięki Claire powoli wyjdzie ze skorupy zgorzknienia i rozczarowania, zapragnie sięgnąć po to, o czym marzył od lat. Nie będzie to łatwe, bo z biznesu trudno się wycofać, nawet bankowi rabusie mają swoich przełożonych, swoistych stręczycieli, z którymi należy dzielić się zyskiem w zamian za zlecenia. Ryzykowny związek Douga wystawi też na próbę jego lojalność wobec przyjaciół, w szczególności Jema Coughlina, który jest dla niego jak brat. Wszystkie te rozwiązania nie są nowatorskie, raczej odtwórcze, lecz samo nagromadzenie wielości różnorakich motywów kina sensacyjnego i uporządkowanie ich w logiczną i atrakcyjną dla oka całość zasługuje na uznanie. „Miasto złodziei” godnie przedłuża linię bostońskich filmów o zbrodni, w skład której wchodzą chociażby „Mystic River”, „Infiltracja” czy właśnie „Gdzie jesteś, Amando?”.

wtorek, 24 maja 2011

Lifting bloga by Robert Sienicki

Przyszedł czas na pewne zmiany. Skoro to czytacie, już wiecie o co chodzi, ale dla formalności trochę pogadam. A więc - mam nowe (przepiękne, wspaniałe, cudowne) logo, które narysował dla mnie niezastąpiony i niepowtarzalny Robert Sienicki, autor komiksów "The Movie", "Scientia Occulta", "Rycerz Janek" i wielu innych. Ten gość z ostrymi narzędziami to ja, na klacie mam koszulkę projektu Franka Castle, a pod nogami piętrzą mi się odcięte głowy Waszych herosów. W sumie tłumaczenie było zbędne, wszystko doskonale widać, ale nie mogłem oprzeć się pokusie podkarmienia własnego ego. A teraz wracam do kontemplacji dzieła Roberta i życzę wszystkim miłego dnia.


piątek, 20 maja 2011

Piraci z Karaibów osiedli na mieliźnie...

Na tę premierę czekał niejeden miłośnik/niejedna miłośniczka przygodnej przygody na dużym ekranie. "Piraci z Karaibów: Na nieznanych wodach" od wczoraj goszczą w kinach na całym świecie. Ja już obejrzałem, Piotr Pluciński również. A o szanownym koledze wspominam nieprzypadkowo, gdyż ruszamy ze wspólnym, cotygodniowym cyklem rozmów o premierach kinowych, który zainicjowaliśmy dyskusją o rzeczonym filmie. Jak to działa? Oddam głos Piotrkowi, który na swoim blogu napisał tak:

Z przyjemnością informuję o nowym cyklu! „Your Movie…” to międzyblogowy projekt, który prowadzić będę wspólnie z Bartkiem Czartoryskim, krytykiem filmowym i tłumaczem literackim, autorem bloga Kill All Movies. Raz w tygodniu, na zmianę – raz u niego, raz tutaj, rozmawiać będziemy o wybranej premierze tygodnia. W zależności od tego, czy film nam się spodobał, czy nie, cykl będzie się kończył słowem „Sucks” lub „Rocks”. Ten pierwszy wariant pożyczamy oczywiście od boskiego Rogera. W pierwszym odcinku rozmawiamy o czwartej części „Piratów z Karaibów”. Mam nadzieję, że cykl przypadnie Wam do gustu. Enjoy!

Zapraszam więc serdecznie na bloga Off The Record, gdzie znajdziecie pierwszy odcinek cyklu.



Ponadto, skoro już jesteśmy w odpowiednich nastrojach, zachęcam także do lektury artykułu mojego autorstwa na temat kina przygodowego, który ukazał się na stronie Zwierciadła. Oto fragment:

Pewnie mało kto już pamięta, że niegdyś to Stevena Spielberga i George'a Lucasa wytykano palcami zarzucając im, że prawdziwemu kinu wbili nóż w plecy, a sztukę filmową zwrócili w stronę komercji zamiast artyzmu. Wszak to właśnie „Szczęki” rozpoczęły, trwającą zresztą do dziś, modę na letni blockbuster, ściągając do kin miliony widzów spragnionych zastrzyku adrenaliny. Podnieceni producenci szybko zwęszyli ponętny zapach zielonych banknotów, a dwa mocne strzały w postaci „Omenu” Richarda Donnera i „Gwiezdnych Wojen” Lucasa nieodwracalnie przesunęły zwrotnicę kinowej historii. Przypieczętowany został także i los maniaków ruchomych obrazów, którzy od tamtej pory, gdy puszczą zimowe chłody i zakwitną stokrotki, przełączają się w tryb oczekiwania na kolejną wielką przygodę wyświetlaną na dużym ekranie.


No i oczywiście LINK do całości.


czwartek, 19 maja 2011

Pewnego razu na Górnym Śląsku...

Serdecznie zapraszam w najbliższą sobotę (21.05.2011) do Katowic na projekcję filmu "Pewnego razu na Dzikim Zachodzie" w reżyserii Sergia Leone. Pokaz odbędzie się w ramach Festiwalu Filmów Kultowych, a przed seansem postaram się, wraz z dyrektorem artystycznym imprezy Patrykiem Tomiczkiem, wprowadzić widzów w odpowiedni klimat. Będziemy gadać o westernach, o Leone i o wszystkim, co się w trakcie spotkania urodzi w głowie Patryka. A więc do zobaczenia i zachęcam do odwiedzenia strony festiwalu.


wtorek, 17 maja 2011

Święty od morderców - "Ksiądz" w kinach

Nigdy nie miałem okazji czytać komiksu "Priest" autorstwa Hyung Min-woo, za to znam, jak chyba każdy miłośnik historii w obrazach, cykl "Kaznodzieja" Gartha Ennisa i Steve'a Dillona. O ile mi wiadomo, oba tytuły nie mają ze sobą wiele wspólnego poza, ekhm, klerykalnym ciągiem skojarzeniowym, lecz po obejrzeniu "Księdza 3D" przypomniał mi się Święty od morderców, jedna z postaci występujących na kartach komiksu dwóch szaleńców z Wysp Brytyjskich. A oto i on:


Święty od morderców to wyraz fascynacji autorów Dzikim Zachodem, filmami Sama Peckinpaha, Sergia Leone i Johna Forda. Jest niczym Clint Eastwood na dopingu - nigdy nie chybia, kule się go nie imają i nawet Piekło zamarza w jego obecności. Dosłownie. Oglądając w zeszły piątek "Księdza 3D", przypomniał mi się właśnie ponury jegomość z "Kaznodziei". Pytacie, co ma piernik do wiatraka? Właściwie to niewiele, chciałem się jedynie podzielić luźną refleksją. Ale może i jest w niej coś więcej, bo film Scotta Charlesa Stewarta rozgrywa się w rzeczywistości będącej syntezą cyberpunkowej, postapokaliptycznej wariacji na temat świata po końcu świata z westernową estetyką. Zamiast rumaków mamy więc futurystyczne motocykle, ale w zabitych dechami mieścinach prawa strzegą szeryfowie ze srebrnymi gwiazdami na piersiach, kapelusz z rondem nadal jest w modzie, wykoleja się pociągi, a sprzedawcy magicznych eliksirów krążą od osady do osady. I nie marna fabuła czy przeciętna robota realizatorska sprawia, że "Księdza" warto zobaczyć, a właśnie ten ukazany ze stoicką powagą świat. Brak w filmie jakiejkolwiek pretensji intelektualnej, to czysta, płaska rozrywka, ale pełna samoświadomości - nie "bawi się konwencją", nie jest "autoironiczna", nie "wykracza poza ramy gatunku". No i doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Dawno nie było mi dane oglądać filmu, który nie wygląda jak przepuszczony przez jakiś ogromny filtr, filmu tak szczerego i nie zakładającego żadnych masek. "Ksiądz" bierze co chce z mitologii wampirycznej, z westernu i z science-fiction, ale nie korzysta z zapożyczonych elementów, by upichcić z nich jakąś postmodernistyczną papkę.  Dlatego też w tym wpisie powiedziałem wiele, a tak naprawdę nie powiedziałem nic. Bo nie wiem, co miałbym jeszcze o "Księdzu" napisać, podskórnie czuję, że słowo ten film zniszczy, zabije. Wycofam się więc po angielsku, ale wpierw wrócę do mojego wcześniejszego skojarzenia z "Kaznodzieją". W trakcie seansu nie mogłem też pozbyć się myśli, że tytułowy klecha przypomina Pielgrzyma z innego komiksu Ennisa:
 
                                            

Co z tego? Pytanie pozwolę sobie pozostawić bez odpowiedzi.

"Księdza 3D" zobaczyłem dzięki uprzejmości kina Helios.


'

piątek, 13 maja 2011

Tożsamość Neesona...

Od tygodnia w kinach można zobaczyć nowy film pana od "Sieroty", Jaume Colleta-Serry, w którym Liam Neeson z gracją młodzieniaszka biega po berlińskich ulicach. Widać, że nauczył się kilku sztuczek na planie "Uprowadzonej". Nie ma co jednak języka strzępić, pozwolę sobie odesłać zainteresowanych do recenzji mojego autorstwa, która ukazała się w majowym numerze miesięcznika "Kino".




Film Jaume Colleta-Serry dość krótko bawi się pytaniem o rzeczywistą tożsamość głównego bohatera, podsuwa fałszywe tropy, zwodzi, podaje w wątpliwość stan psychiczny Harrisa. Najwyraźniej reżyser nie jest w stanie udźwignąć intrygi dłużej niż przez trzydzieści minut i zbyt wcześnie odkrywa karty sensacyjnego spisku. W finale czeka wprawdzie widza jeszcze niejeden zwrot akcji, lecz w ostatnich minutach fabuła traci kompletnie na wiarygodności i choć Collet-Serra nie pozwala, by jego domek z klocków runął, jasne się staje, że zbudowany został naprędce. (...) Filarem „Tożsamości” są kreacje aktorskie – szczególnie Diane Kruger jako bośniackiej taksówkarki i Bruna Ganza w roli byłego agenta enerdowskiej tajnej policji. Finałowy zwrot akcji jest jak najbardziej usprawiedliwiony konwencją, ale szkoda, że twórca „Tożsamości” nie pokusił się o mniej standardowe rozwiązania. To, co zaproponował, to jednak gatunkowy konformizm, co trudno reżyserowi wybaczyć.

Źródło: „Kino" 2011, nr 5, s. 76-77

Patrząc z perspektywy czasu - ja facetowi jednak wybaczyłem. A całość recenzji znajdziecie TUTAJ.



poniedziałek, 9 maja 2011

Kod moralnych wątpliwości - o nowym filmie Duncana Jonesa

Kiedyś w "Four Flies on Grey Velvet" Dario Argento przekonywał widza, że w chwili zgonu ostatni widziany przez denata obraz zostaje jakimś cudem zapisany na siatkówce oka. Duncan Jones w "Kodzie nieśmiertelności" posunął się o krok dalej, bowiem w jego filmie dotrzeć można do świadomości trupa i odtworzyć dokładnie osiem ostatnich minut jego życia. Ba, nawet nie tyle odtworzyć, co wcielić się w niego niczym w wiernej, wirtualnej symulacji komputerowej. I to mnie zastanawia, bowiem kto film widział, ten wie, że to nie do końca prawda, że bawimy się w o wiele większej piaskownicy. Zanim więc przeniesiecie się do następnego akapitu, ostrzegam lojalnie - będą spoilery.




Bo nie interesuje mnie w dzisiejszym wpisie film jako taki, ale jego ostatnie pięć minut. Ciekaw jestem jak długo widzowie będą psioczyć na zmitrężony potencjał dramaturgiczny końcówki "Kodu nieśmiertelności" i rwać sobie włosy z czachy w geście rozpaczy, bolejąc na tym, iż Duncan Jones nie zakończył filmu na pamiętnej stopklatce. Dodam, że sam należę do tej, zapewne licznej, grupy. Ale nie chodzi mi o prawdopodobieństwo zdarzeń przedstawionych, bo na fizyce kwantowej (czy jakiejkolwiek innej) nie znam się wcale, więc mądrzył się nie będę. Ale zakładam bezpiecznie, że film pod względem naukowym (i logicznym) to klasyczny dziurawiec. Nie w tym jednak rzecz, gdyż zazwyczaj daję się ponieść akcji i wybaczam reżyserom grzechy śmiertelne, nie obchodzi mnie więc w tym przypadku, ile jest w "Kodzie nieśmiertelności" science, a ile fiction. Nurtuje mnie coś zgoła odmiennego, a mianowicie... w efekcie swoich działań, nasz bohater kradnie tożsamość innej osoby, w ubłoconych buciorach wchodzi w jej ciało, przywłaszcza sobie życie należące do Seana, nauczyciela z Chicago. A skoro świadomość kapitana Stevensa wyparła jaźń tego poczciwiny, co się z nią stało? Uległa dezintegracji? Błąka się po bezkresnym kosmosie? Może tkwi dalej w tym ciele niczym warzywo i patrzy udręczona na własne kończyny, które nie chcą już słuchać niepodłączonej do synaps mózgowych świadomości? Z drugiej strony również pojawia się problem - czy Stevens kiedykolwiek zastanowi się nad tym, że zwinął innemu gościowi jego życie? Czy przyjdzie mu to do głowy? A może poczucie winy zostanie złagodzone myślą, że w końcu uratował to ciało, bez jego interwencji Sean zginąłby w płonącym pociągu, więc i tak niewiele stracił? No i jak poradzi sobie w nowej skórze? Gdzie znajdzie pracę? Co z rodziną, znajomymi? Przecież nawet nie wie, gdzie mieszka, czy ma psa i czy nie jest przypadkiem uczulony na orzechy. Naprawdę bardzo chętnie zobaczyłbym sequel odpowiadający na choćby część tych pytań, bo nie wyobrażam sobie, że facet utrzyma się przy zdrowych zmysłach, widząc codziennie w lustrze inną twarz. Pewnie nigdy takiego filmu nie zobaczę, ale pogdybać mogę. A co mi tam.


"Kod nieśmiertelności" obejrzałem dzięki uprzejmości kina Helios.




sobota, 7 maja 2011

Majówka z "Filmem"

Piąty w tym roku numer magazynu "Film" już do kupienia. W nim, między innymi, trzy recenzje mojego autorstwa...


Krzyk 4 (4/6)

Horror kpi z horroru. Będąc swoistą parodią z mocno zaakcentowanym elementem satyry skierowanej w społeczeństwo audiowizualne, pierwszy „Krzyk”, zrealizowany przed piętnastoma laty, stał się pewnym etapem w rozwoju gatunku. (...) nowa odsłona kultowej serii zręcznie kontynuuje krwawą tradycję.

Film, nr 5/2011, strona 81

Szczęśliwy poeta (4/6)
Perypetie przyjmującego rzeczywistość ze stoickim spokojem sprzedawcy wegetariańskich (i wegańskich) kanapek wolne są od fajerwerków, „Szczęśliwy poeta” dryfuje po ekranie. I przy okazji mówi co nieco o swoistym paradoksie bycia outsiderem, któremu także trzeba przyprawić gębę, choćby miała to być jedynie koszulka z wymownym nadrukiem. Czyżby przed potrzebami klasyfikacji, systematyzacji i identyfikacji nie dało się uciec? Gordon słusznie wzbrania się przed udzieleniem jednoznacznej odpowiedzi, nie popadając w pretensjonalne rozważania.

Film, nr 5/2011, strona 80

Inside Job (5/6)

Charles Ferguson, przedsiębiorca, filmowiec i politolog, dekonstruuje gospodarczy kryzys sprzed kilku lat, obarczając za niego winą krawaciarzy z Nowego Jorku. Ferguson zakłada prokuratorską togę i z zacięciem wygłasza mowę kładącą na łopatki amerykańską finansjerę, nie posuwając się jednak do populistycznych zabiegów Michaela Moore'a. Scenariusz opiera na całkowicie subiektywnym, wiarygodnym materiale źródłowym, dostarcza informacji, z którymi nie sposób polemizować, „Inside Job” to dogłębne śledztwo dziennikarskie.

Film, nr 5/2011, strona 84


środa, 4 maja 2011

Seks, spaliny, rock 'n' roll

Zadebiutowałem w Filmwebie. Tekst napisałem pod premierę "Szybkich i wściekłych 5", a traktuje on o amerykańskiej motokulturze, oczywiście w kontekście kina. O samym filmie też co nieco skrobnę po premierze, ale tymczasem... zapraszam do lektury.


Faulkner mawiał, że Amerykanin niczego nie kocha bardziej od swojego samochodu. I miał niezaprzeczalną rację, co zrozumiał Henry Ford już na początku ubiegłego wieku, jeszcze w czasach, kiedy auto było symbolem bogactwa i luksusu, a niejeden kręcił nosem na praktyczną wartość czterokołowców. Wyprodukowany przez fabrykę Forda słynny Model T szybko wkupił się w łaski klasy średniej, lecz aż do lat pięćdziesiątych samochód pozostał w gruncie rzeczy jedynie środkiem transportu i musiało minąć jeszcze kilka dekad, zanim stał się dla Amerykanina mobilną świątynią. Prawdziwa kultura motoryzacyjna narodziła się po drugiej wojnie, kiedy pokolenie ówczesnych nastolatków siadło za kółkiem – auta stały się nie tylko wyznacznikiem statusu społecznego, ale i refleksem osobowości swoich właścicieli. Samochodem jeździło się na filmy do specjalnie przystosowanych kin plenerowych, a w knajpach dla zmotoryzowanych kelnerki podchodziły do klientów z tackami przystosowanymi do montażu w lśniących pojazdach. Innymi słowy – by zjeść obiad czy obejrzeć nowy hit na dużym ekranie, nie trzeba było nawet wychodzić z auta. "Personalizowanie" samochodu nie obce jest przecież i dzisiejszym kierowcom, inwestującym w ciężkie pieniądze w tuning. Obok tego zjawiska nie przeszło obojętnie i kino, w ostatnich latach dając wyraz swojemu uwielbieniu dla kultury motoryzacyjnej chociażby w cyklu "Szybcy i wściekli", którego nowa odsłona pojawi się na ekranach lada dzień. Przy okazji pierwszego filmu z serii, debiutującego u nas równe dziesięć lat temu, mówiło się o wprowadzeniu do głównego nurtu motywu nielegalnych, miejskich wyścigów samochodowych z importowanymi z Azji, podrasowanymi samochodami w roli głównej. Co ciekawe, w ostatnich dwóch częściach cyklu pojawiały się głównie amerykańskie samochody – Dodge Charger i Chevrolet Camaro. Film amerykański nie mógłby się przecież obyć bez swojego dziedzictwa motoryzacyjnego, tych pięknych krążowników szos, w które wlać trzeba litry ropy, by w ogóle ruszyły z miejsca. Samochód made in USA stał się fetyszem także dla filmowców.

poniedziałek, 2 maja 2011

Kontrolowanych rozmów ciąg dalszy, czyli wywiady z...

Trochę archiwaliów. Dzisiaj w sieci objawiła się rozmowa z Josephem Kosinskim, reżyserem filmu "Tron: Dziedzictwo", w której miałem okazję uczestniczyć już jakiś czas temu. Wywiad odbył się w ramach cyklu wirtualnych dyskusji z twórcami skupionymi wokół wytwórni Disneya. Każdy z zalogowanych na specjalnej stronie dziennikarzy mógł zadać nieskończenie wiele pytań, lecz o szczęściu można mówić, jeśli gość odpowiedział na choćby dwa lub trzy z nich. Poniżej zamieszczam fragment wywiadu wraz z odnośnikiem do całości oraz, jako swoisty bonus, rozmowę z twórcami animacji "Zaplątani". Miłej lektury.


Czy miałeś jakieś pomysły związane z twoim filmem "Tron: Dziedzictwo", których jednak nie udało ci się zrealizować?
  Joseph Kosinski: Tak, zawsze są jakieś ograniczenia. Na przykład, początkowo Sam miał walczyć z czterema strażnikami zanim uda mu się odzyskać dysk ojca. Niestety, nie wystarczyło nam czasu na nakręcenie tej sceny.

Jak dużą presję czułeś podczas realizacji tego filmu, wszak nie chodziło tutaj tylko o sequel, ale zachowanie ciągłości całej opowieści sprzed lat?
 
Czułem ogromną presję, gdyż pierwszy film był niesamowicie ambitny - wizualnie, konceptualnie i technologicznie. Chciałem osiągnąć ten sam poziom w swoim filmie.

Oryginalny "Tron" nie odniósł wielkiego sukcesu, czemu więc zdecydowałeś się wyreżyserować sequel? Sądzisz, że tym razem będzie inaczej?
 
Pierwszy film wyprzedzał znacznie swoje czasy, teraz idea "cyberprzestrzeni" i cyfrowych awatarów jest czymś zupełnie normalnym, powszechnie akceptowalnym. Poza tym opowiedziana przez nas historia to nie tylko zwykły film science-fiction, to opowieść o relacji pomiędzy ojcem i synem, która, mam nadzieję, przemówi także do tych, którzy nie są fanami gatunku.

CIĄG DALSZY



Z której sceny w filmie jesteście dumni najbardziej?

Byron Howard: Pracujemy z Nathanem w następujący sposób: wymyślamy jakichś fajnych bohaterów i sceny, które stają się z miejsca naszymi ulubionymi. A potem robimy coś w tym stylu  - „hej, mamy masę świetnych rzeczy, więc teraz doróbmy do tego całą resztę i utrzymajmy ten sam, wysoki poziom!”. W ten sposób końcowy produkt jest tak solidny, że trudno wskazać jedną, ulubioną scenę. Na pewno przepiękna jest sekwencja z lampionami, to istny kamień milowy, jestem też bardzo, ale to bardzo dumny z subtelnego, emocjonalnego aktorstwa pod koniec filmu.

W prace nad filmem włożyliście mnóstwo energii, czy brak nominacji do Oscara bardzo was rozczarował?

Nathan Greno: Cała ekipa pracowała nad „Zaplątanymi” przez siedem dni w tygodniu, nikt nawet nie wziął urlopu, wszyscy chcieli, by film był perfekcyjny. Jesteśmy bardzo dumni z tego, co udało nam się stworzyć. A czy chcielibyśmy Oscara? Pewnie! Ale, jak to mówią, prawdziwą nagrodą jest możliwość pracy z ludźmi, którzy kochają to, co robią. No i widzowie uwielbiają ten film. Nie robimy tego dla nagród, ale by rozbawić ludzi.

Możecie powiedzieć kilka słów o waszych inspiracjach?

Nathan Greno: Jeśli o mnie chodzi, to będzie to „Dumbo”, jeden z moich ulubionych filmów wszech czasów. Zawsze się doskonale bawię podczas seansu, śmieję się i płaczę. Widziałem ten film jako dziecko i powiedziałem sobie, że będę kiedyś pracował dla Disneya. Byłem wtedy w pierwszej klasie, nie rozumiałem jak się robi animację, ale wiedziałem, że chcę dla nich pracować.

Archiwum bloga