sobota, 30 kwietnia 2011

Poe według Cormana, czyli wywiad z...

Nie, nie z nieżyjącym już Vincentem Pricem, ani z królem kina klasy B, Rogerem Cormanem, ale z autorem tegoż bloga. Rozczarowani? Trudno, mam jednak nadzieję, że choćby rzucicie okiem na poniższą rozmowę, którą przeprowadził ze mną dyrektor artystyczny 14. Festiwalu Filmów Kultowych w Katowicach, Patryk Tomiczek. Mądrzyłem się na temat ekranizacji prozy Edgara Allana Poego. Zanim zaczniecie lekturę, zapraszam serdecznie do odwiedzenia strony imprezy. Mam nadzieję, że się zjawicie na Górnym Śląsku, jako i ja się zjawiam.


Festiwal Filmów Kultowych: Roger Corman – reżyser, producent, aktor. Określany królem kina klasy B, którego realizacja i zarazem popularyzacja doprowadziła go aż do honorowego Oscara. Kręcił sporo i niespecjalnie przebierał w scenariuszach, a jednak jego filmy otoczone są kultem. W szczególności dotyczy to filmów na podstawie prozy Edgara Allana Poe, które przyniosły mu największy rozgłos.

Bartek Czartoryski: Roger Corman cykl swoich filmów opartych, trzeba dodać – dość luźno, na prozie Poego, nakręcił dla wytwórni American International Pictures, o której często mówi się w kontekście słynnego brytyjskiego studia Hammer Films. Wyspiarze czerpali zarówno ze swojej własnej tradycji literackiej, jak i z jej przetworzonej przez amerykańskie kino wersji, czyli przedwojennych horrorach Universalu. AIP, między innymi dzięki Cormanowi, stało się niejako odpowiednikiem Hammera za oceanem, ale zamiast po motywy wzięte z prozy Shelley czy Stokera, sięgnęło po własną literaturę grozy, której twarzą jest Edgar Allan Poe. Oczywiście wybór, jakiego dokonał Corman, nie był przypadkowy. W Stanach Zjednoczonych nie brakowało autorów wartych przeniesienia na ekran, lecz legendarny zmysł reżysera, który możemy roboczo nazwać „oszczędnościowym”, kazał mu wykorzystać coś, za co płacić nie musiał, bo prawa autorskie do opowiadań Poego dawno już wygasły. Pierwszy film z serii, „Upadek domu Usherów”, okazał się finansowym sukcesem, AIP zarobiło na kolejne produkcje, a Corman dalej ćwiczył scenograficzny recycling, korzystając często z tych samych dekoracji w kolejnych filmach, redukując koszta do minimum. Mimo narzuconej sobie dyscypliny budżetowej, Corman potrafił osiągnąć niesłychane efekty. A jednak, mimo ciekawych rezultatów, reżyser chciał odejść od wypracowanej przez siebie formuły i zrobił farsowego „Kruka” z Vincentem Pricem, Peterem Lorre i Borisem Karloffem. Potem na ekranie ożywił prozę Lovecrafta, ale na szczęście dla nas, powrócił do wcześniejszej estetyki i nakręcił swoje opus magnum – „Maskę czerwonego moru”. Za kamerą stanął wybitny operator, Nicolas Roeg.

Festiwal Filmów Kultowych: Zatrzymajmy się na moment na charakterystycznym sposobie realizacji tych filmów. Trzeba otwarcie przyznać, że Corman wcale nie dążył swoimi filmami do osiągnięcia artystycznej pełni. A jednak udawało mu się nieraz osiągać imponujące efekty. Tak dzieje się właśnie w przypadku adaptacji Poego. Co wpłynęło na tak indywidualny charakter tych filmów, którym nie przeszkodził pośpieszny rytm pracy?

Bartek Czartoryski: Corman miał niezwykle wyostrzony zmysł estetyczny, a poza tym był niezwykle przedsiębiorczy. Przywołam ponownie „Maskę czerwonego moru”, bo w tym filmie talent Cormana objawił się najpełniej. Zdjęcia zrobiono w Anglii ze względu na ulgi podatkowe, poza tym wykorzystano resztki scenografii z historycznego filmu o Tomaszu Becketcie, kręconego wcześniej w miejscu, do którego zjechał ze swoją ekipą Corman. Sam reżyser wspomina, że był pod wrażeniem garderoby, którą dysponował na planie – film zrobiono za niewielką sumę, a kostiumy zachwycają, współgrają idealnie z feerią barw, którą mieni się „Maska czerwonego moru”. Są tam wspaniałe, pełne nasyconych kolorów sceny. Wspomnieć wystarczy chociażby scenę balową, ostatnią sekwencję pochodu śmierci w różnokolorowych szatach (nawiązanie do „Siódmej pieczęci” Bergmana) czy zwiedzanie sal zamkowych, po których Francescę oprowadza Prospero. U Cormana widać niezaprzeczalne uwielbienie własnego dzieła i twórczą świadomość swoich umiejętności, w „Masce…” wzmocnioną jeszcze przez znakomitą robotę operatorską, podkreślającą kontrast barwnych szat i szarości murów twierdzy księcia-satanisty. To film niezwykle piękny, wręcz zachwycający, a przecież nakręcony w niecały miesiąc. Ale wizualna maestria niektórych filmów Cormana sprzężona jest z treścią, a przecież często mówi się o scenariuszowym ubóstwie adaptacji Poego. To nieprawda, co udowadnia właśnie fenomenalna „Maska…”.

Festiwal Filmów Kultowych: Estetyka tych filmów jest czymś, co zapada w pamięci najbardziej. Corman wykorzystuje chyba wszystkie akcesoria charakterystyczne dla kina grozy. Są zamczyska, upiory, żywe trupy (jednakże bardzo dalekie od filmów Romero),  pajęczyny… Można długo wymieniać. Jednak to wszystko wcale nie prowadzi do wywoływania strachu. Te produkcje przy całej swojej upiorności są niezwykle…eleganckie.

Bartosz Czartoryski: Ale urok tej elegancji polega właśnie na jej degeneracji. Ta wystawność jest udawana i przestylizowana. Porównałbym klimat Cormanowskich adaptacji Poego do wizyty w ekskluzywnej restauracji, w której podaje się wykwintne jedzenie z papierowych talerzyków.

Festiwal Filmów Kultowych: Czy można zatem powiedzieć, że ta przesadna stylizacja ociera się o kicz?

Bartek Czartoryski: Staram się unikać tego słowa, bo uległo dewaluacji, jest nadmiernie używane, często jako zamiennik dla estetyki po prostu nierozumianej, więc automatycznie tłumaczonej kiczem. Obecnie w kinie nie brakuje wybitnych stylistów, wspomnieć wystarczy chociażby Xaviera Dolana, a nazywanie wszelakiej wystawności i artystycznej przesady kiczem to nieporozumienie i pójście na analityczną łatwiznę. Mało kto obecnie potrafi fachowo zmierzyć się z kiczem w kinie, szerzej znane jest pojęcie kampu, bliskoznaczne, ale nie synonimiczne. A więc tak, filmy Cormana są w dużej mierze kampowe.

Festiwal Filmów Kultowych: Corman musiał być świadomy, że jego adaptacje z miejscem akcji ograniczonym często do przestrzeni zamczyska, nazbyt ekspresywnym aktorstwem, intensywną kolorystyką, tekturową scenografią nie mogą ujść uwadze widzów. Jednak właśnie w tym świadomym operowaniu ograniczeniami tkwi siła tych filmów, które przecież miały swoich zwolenników, ale także przeciwników. Szczególnie interesujący są ci ostatni. Jakie zarzuty spadały na Cormana po jego ekranizacjach prozy E. A. Poe?

Bartek Czartoryski: Filmy te były przede wszystkim pewnym źródłem dochodu dla AIP. Nikt zbytnio nie przejmował się, czy krytycy je polubią, czy też nie – liczył się fakt, że ludzie chodzili do kina i wydawali pieniądze, by móc kolejny raz rzucić okiem na Vincenta Price’a. Sporo czasu upłynęło, zanim Corman pozbył się łatki reżysera kojarzonego tylko i wyłącznie z kinem eksploatacyjnym. Dopiero z premierą „Dzikich aniołów” w 1966 zauważono Cormana-reżysera, który do tej pory siedział w Cormanie-tandeciarzu. Po sukcesie tego filmu Corman dostał trzy miliony dolarów na swój kolejny projekt – „Masakrę w dniu świętego Walentego”, co było, jak dla niego, sumą astronomiczną, większą sześćset razy, niż największy budżet, jakim do tej pory go obdarzono – skrupulatnie odnotował to w wywiadzie udzielonym Rogerowi Ebertowi w 1967. Corman został wreszcie w pełni doceniony, wręczono mu Oscara za całokształt twórczości, co drugi reżyser czy aktor z dumą przyznaje się do współpracy z nim, a o ekranizacjach Poego mówi się w superlatywach. Choć ich wartość artystyczną zauważono i pół wieku temu.

Festiwal Filmów Kultowych: Pojawiło się nazwisko Vincenta Price’a, który wystąpił w serii adaptacji Poe. To aktor niezwykle charakterystyczny, któremu nawet Tim Burton poświęcił swój krótki film animowany zatytułowany po prostu „Vincent”. Można odnieść wrażenie, że ten aktor jednak nie zyskał w Polsce statusu porównywalnego z popularnością, jaką cieszy się w Ameryce. Na czym polega fenomen tego aktora?

Bartosz Czartoryski: Price przez całe życie grał tylko jedną rolę – rolę Vincenta Price’a. Proszę nie zrozumieć mnie źle, ja nie kwestionuję jego umiejętności, lecz jedynie zwracam uwagę na pewną prawidłowość. Weźmy chociażby takie nazwisko jak Humphrey Bogart. Do kina szło się „na Bogarta”, zobaczyć „Bogarta”, a nie „nową rolę Bogarta” i podobnie jest w przypadku Price’a, on istniał w zbiorowej świadomości jako magnetyzująca osobowość. Gdy odgrywał postać, nie tyle stawał się nią, co ona stawała się nim, podporządkowywał sobie rolę kompletnie. Ale nic dziwnego, bowiem Price to człowiek faktycznie nietuzinkowy. W prawdziwym życiu był mecenasem i znawcą sztuki, pochodził z bogatej rodziny, miał nienaganne maniery, studiował w Yale. Jego sekret tkwi w niesamowitej charyzmie ekranowej, z której doskonale zdawał sobie sprawę i bezczelnie wykorzystywał swój urok, uwodził widza. Te jego wysublimowane, oszczędne ruchy i charakterystyczną mimikę twarzy chce się oglądać znowu i znowu. Price uzależnia. Dlatego tak głęboko zakorzenił się w kulturze zachodniej. Prócz wspomnianego już „Vincenta” Tima Burtona, do którego zresztą podkładał głos, występował w programach dla dzieci, kreskówkach, miał nawet swój program kulinarny.

Festiwal Filmów Kultowych: Vincent Price to nie jedyna gwiazda, która pojawia się w ekranizacjach Poe’go.

Bartek Czartoryski: Nie, oczywiście, że nie, jednak to właśnie z twarzą Price’a kojarzona jest seria. Ale w rzeczonych filmach wystąpiła również ikoniczna Barbara Steele, znana z włoskich horrorów gotyckich, wspomniani już przeze mnie Peter Lorre, widziany chociażby w „Casablance”, „Sokole maltańskim” czy „M – mordercy” i Boris Karloff, czyli legendarny potwór Frankensteina. A także Basil Rathborne, który wcielił się kilkanaście razy w Sherlocka Holmesa. No i scenariusze pisał przecież sam Richard Matheson, autor wielu znakomitych powieści, opowiadań i skryptów.

Festiwal Filmów Kultowych: Powinniśmy wrócić na chwilę do samego autora literackich pierwowzorów. Co z nich zostało?

Bartek Czartoryski: Oczywiście zależy od tytułu, któremu się przypatrzymy. Niekiedy filmy te jedynie żerowały na nazwisku Poego, czego najlepszym przykładem jest „Nawiedzony pałac”, w rzeczywistości oparty na „Przypadku Charlesa Dextera Warda” Howarda Philipsa Lovecrafta, a nie na tytułowym opowiadaniu. Czasem materiału literackiego nie wystarczyło na pełnometrażowy film, więc Corman posiłkował się kilkoma kawałkami Poego, łącząc je w scenariuszową jedność, jak chociażby w „Masce czerwonego moru”. W „Opowieściach niesamowitych” przyjął z kolei formę nowelową. Film składa się z kilku epizodów, a każdy z nich oparto na innym opowiadaniu. W każdym razie coś z Poego w tej serii pozostało, nawet jeśli nie elementy fabularne, bo Corman często wykorzystywał jedynie niektóre wątki i motywy, to na pewno atmosfera, klimat. To prawdziwy amerykański gotyk.

Festiwal Filmów Kultowych: Rzecz kultowa?

Bartek Czartoryski: Bez dwóch zdań.

Rozmowa ukazała się pierwotnie na stronie FFK.



czwartek, 28 kwietnia 2011

Pogoń za... - "Między światami" w kinach

W filmie Johna Camerona Mitchella gonitwa za białym królikiem w niczym nie przypomina pogoni, którą odbyła niegdyś Alicja w powieści Lewisa Carrolla. Po drugiej stronie lustra nie ma bowiem krainy czarów, a chłodna rzeczywistość codziennego cierpienia.


Becca i Howie to małżeństwo w średnim wieku, kryjące się w domku na przedmieściach, za białym płotkiem i zielonym trawnikiem. Oboje pielęgnują w sobie smutek po stracie dziecka, lecz z tragedią każde z nich próbuje uporać się inaczej. Kobieta izoluje się od znajomych, skrycie zazdrości swojej siostrze przebiegającej podręcznikowo ciąży. Mężczyzna łaknie za to kontaktu z ludźmi, popala trawkę, zakłada na twarz żelazną maskę spokoju, ale wieczory spędza samotnie, snując wspomnienia o ukochanym synu. Wzięta z oryginalnego tytułu, metaforyczna „królicza nora” jawi się dla nich jako obietnica upragnionego decathexis, ostatecznego pogodzenia się ze śmiercią, przekroczenia chwiejnej granicy pomiędzy emocjonalnymi katuszami a pełną poczucia winy ulgą. Mitchell szczęśliwie nie czyni ze swojego filmu nadętego, ekshibicjonistycznego dramatu, lecz kręci taktowną i subtelną opowieść o nadziei przychodzącej w najmniej oczekiwanej postaci.

Recenzja ukazała się pierwotnie w kwietniowym numerze magazynu "Hiro".

"Między światami" w kinach od jutra.


wtorek, 26 kwietnia 2011

Co w nawiedzonym domu skrzypi? O najlepszych ghost stories słów kilka.

Obejrzałem wczoraj "Insidious" i... podobało mi się. Od dawna nie bawiłem się na horrorze aż tak dobrze, a do seansu podszedłem z rezerwą, gdyż za reżyserię i scenariusz odpowiedzialni byli goście od "Piły". Co prawda mam słabość do ghost stories, a tutaj, przynajmniej przez pierwszą część filmu, na ekranie leci sobie klasyczna odmiana opowieści o duchach: skrzypiące drzwi odgrywają swoją melodię, coś łypie ze starej fotografii, a nad dziecięcą kołyską czai się widmowy stwór. Aż trudno uwierzyć, że film ten miał śladowy budżet, nieco ponad milion dolarów - szczególnie, że w drugiej połowie "Insidious" zbacza w stronę dekoracyjnej, mrocznej fantastyki i właśnie ten stylistyczny zwrot oczarował mnie do głębi. A skoro jesteśmy przy ghost stories, chciałbym przypomnieć tekst, który przed kilkoma laty opublikowałem na stronach Klubu Miłośników Filmu - wybaczcie więc młodzieńczą naiwność entuzjasty bijącą z artykułu. Jest to krótki ranking najlepszych, moim zdaniem, filmowych opowieści o duchach. Dodam, że gdybym miał rozpisać podobne zestawienie teraz, "Insidious" znalazłby się na wysokiej pozycji. Filmów jest dwanaście, bo umyśliłem sobie, że właśnie punkt dwunasta zmory wszelakie wypełzają ze swych nor. Zapraszam.
12
Sierociniec (2008)

Ponoć najbardziej lubimy piosenki, które już dobrze znamy. Nie inaczej jest z filmami. Z tego powodu „Sierociniec”, który na pierwszy rzut oka jest kolejnym odgrzewanym kotletem, cieszy się ogromną wręcz estymą zarówno wśród krytyki, jak i widzów. Hiszpański reżyser Juan Antonio Bayon złożył swój film z elementów powielanych setki razy przez kino grozy, a jednak końcowy efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania publiczności. Dziecko jako jedyny łącznik z duchami, tajemnica z przeszłości czekająca na rozwiązanie i obowiązkowy sceptycyzm otoczenia wobec tego, co dzieje się w dawnym sierocińcu - wszystko to znamy z przynajmniej kilku filmów o zjawach i upiorach. Jednak obrazowi Bayona brak naiwności, która tak często cechuje gatunek. Na uwagę zasługują też fantastyczna gra świateł i praca kamery, które zaskakują swoją świeżością. Powolne, majestatyczne ruchy ręki operatora oraz rezygnacja z teledyskowego montażu wychodzi nastrojowemu horrorowi na dobre. W „Sierocińcu” każdy kadr emanuje pięknem, aczkolwiek przybrudzonym i niejednokrotnie odpychającym. Wizualna ambiwalencja filmu sprawia, że „Sierociniec”, przy praktycznie całkowitym braku oryginalności w warstwie fabularnej, intryguje, ciekawi, i, co najważniejsze, straszy.


11
Klątwa (1998 - 2003)

Jedyna w zestawieniu seria. Trudno w całej sadze „Ju-on” wyróżnić jeden film, gdyż reżyser Takashi Shimizu co rusz dokręcał kolejne odsłony, uzupełniał, realizował nowe wersje, a później w Stanach Zjednoczonych „rimejkował”. Z tej przyczyny trzeba patrzeć na cykl całościowo i właśnie ten urok mini-serialu urzekł mnie w pierwszej kolejności. Poszczególne „Klątwy” wymagają od widza więcej niż przeciętna opowieść o duchach. Shimizu posługuje się ciekawą konstrukcją fabularną, zaburzając chronologię i pokazując wydarzenia z perspektywy każdej z występujących w filmie postaci. Do oglądającego należy poskładanie w całość często nieprzystających do siebie puzzli, co owocuje zawiązaniem intrygi niczym w kryminale. I niech potencjalnego widza nie odstraszy pani z kruczoczarnymi włosami opadającymi na twarz, czołgająca się po podłodze, gdyż „Klątwie”, pomimo pozornych podobieństw fabularnych, daleko do „Ringu”; nie jest to kolejny klon kultowego już filmu. Błędne pojmowanie wielu japońskich ghost stories wynika z nieznajomości tamtejszej kultury, w której postać owej kobiety jest niemal nieodłączną częścią składową wzorcowej opowieści o duchach i każdy kolejny film bazujący na podobnym schemacie niekoniecznie jest kalką filmu Hideo Nakaty.

10
Porzuceni (2006)

Jeden z najbardziej nietypowych filmów na liście. Cóż, gdy autorem jest sam Nacho Cerda, autor takich obrazów jak „Aftermath” i „Genesis”, nie może być inaczej. „Porzuceni” kokietują przepiękną oprawą wizualną, która płynnie przechodzi od niemal fantastycznych pejzaży do turpistycznej makabry, od baśniowej zieleni do gnijących odcieni rozkładających się zwłok. Kamera umiejętnie rejestruje nie tylko to, co widać gołym okiem na ekranie, lecz także to, co czai się w głębi umysłu i serca głównej bohaterki. Nadal pozostaje dla mnie tajemnicą, w jaki sposób Xavi Gimenez zdołał sfotografować pustkę i samotność, dotknąć nienamacalnego. Jednak wizualna maestria to nie wszystko, co oferuje Cerda w „Porzuconych”, to jedynie wierzchołek góry lodowej. Nagromadzenie elementów fabularnych przyprawia o zawrót głowy, film wykracza o lata świetlne poza ramy opowieści o duchach. Czy w ogóle nią jest? Odpowiedź na to pytanie, jak i na dziesiątki innych, reżyser zostawia bez odpowiedzi, tworząc jeden z najbardziej sugestywnych, jak i tajemniczych obrazów w historii kina grozy.

9
Duch (1982)

… czy jak kto woli, „Poltergeist”, czyli duch ‘stukający’ to wspólne dzieło speca od horroru, Tobe Hoopera oraz Stevena Spielberga, które odbiło się szerokim echem nie tylko wśród fanów gatunku, lecz i krytyki, co pociągnęło za sobą aż trzy nominacje do nagród Akademii. „Duch” łączy w sobie to, co najlepsze od obu twórców: Hooper zadbał o napięcie i strach przenikający widza do szpiku kości, Spielberg uczynił „Poltergeista” nośnikiem… wartości rodzinnych, których podstawą jest oczywiście miłość. W efekcie ich wspólny film konstrukcją fabularną przypomina złowieszczą baśń, w której rodzice, by ratować ukochane dziecko, zmuszeni są stawić czoła tytułowego zagrożeniu. Ponadto, na długie lata przed powstaniem „Ringu”, przekaźnikiem dla sił nieczystych stał się produkt współczesnej cywilizacji – w „Duchu” jest to telewizor, co otwiera wiele ścieżek interpretacyjnych. Jako ciekawostkę należy dodać, że klątwa poltergeista rzekomo dotknęła ekipę pracującą nad filmem, zbierając krwawe żniwo. Najtragiczniejszą była śmierć dwunastoletniej Heather O’Rourke, czyli niezapomnianej Carol Ann z filmu, u której błędnie zdiagnozowano poważną chorobę. Łącznie w przeciągu sześciu lat, dzielących premiery pierwszego i trzeciego filmu z serii, zmarły cztery osoby pracujące nad cyklem.

8
Inni (2001)

Ponad sto lat temu brytyjski pisarz amerykańskiego pochodzenia, Henry James, spłodził króciutką powieść, znaną u nas jako „W kleszczach lęku” (w oryginale „The Turn of the Screw”). Na początku XXI wieku jego dzieło, będące być może zapisem rojeń psychicznie chorej guwernantki, a być może świadectwem bytności duchów w jej otoczeniu, pojawiło się jako jedna z inspiracji filmu „Inni” autorstwa Alejandro Amenabara. Film powstał ponoć na fali sukcesu „Szóstego zmysłu” i wykorzystuje podobne rozwiązania fabularne, jednak daleki jest od prostego imitowania filmu Shyamalana. „Inni” osiągają autonomię za sprawą tego, że ani przez moment nie kryją, iż nie są niczym więcej niż horrorem. Ale za to jakim! W obliczu nowego tysiąclecia Amenabar serwuje nam niemal staroświecką historię o duchach, budując pełną niesamowitości atmosferę, otulając widza wszędobylską mgłą i zapraszając do starego domostwa, otwierając przed nami skrzypiące drzwi. Nie oznacza to jednak, że „Inni” to archaiczna rozrywka dla miłośników plastikowych pajęczyn. Hiszpański twórca umiejętnie stosuje środki dostępne nowoczesnemu filmowcowi, nie popadając w przesadę i dając nam dzieło nieprzeciętne i jedno z najlepszych w swojej klasie.

7
Krąg (1999)

Czy chcemy tego czy nie, ten film już chyba na zawsze będzie synonimem słów „japoński horror”. Właśnie od obrazu Hideo Nakaty zaczął się, trwający już dziesięć lat, szał na produkcje z Kraju Kwitnącej Wiśni i państw ościennych, otwierając tym samym nowy rozdział w dziejach filmu grozy. Z tego też powodu „Ring” oceniać trzeba jako nie tyle film, co zjawisko, a takiego nie było w kinie od lat. Pomysł na sukces był stosunkowo prosty, gdyż ludowe opowieści japońskie od setek lat straszą żeńskim upiorem o długich po pas włosach. Przeniesiono więc historię do współczesności, zbudowano wokół niej zagadkę, której nie powstydziłaby się Agata Christie i mamy „Krąg”, jeden z najsłynniejszych horrorów, jaki kiedykolwiek powstał. Nakata co najmniej dorównał literackiemu pierwowzorowi z werwą wizualizując koszmary Koji Suzukiego, jednocześnie idealnie dawkując tempo. W „Ringu” subtelny klimat opowieści o duchach miesza się z intensywnością, która nie pozwala oderwać się od ekranu. No i koszmarna kaseta video, która dała podstawę do niezliczonych rozważań na temat negatywnego wpływu współczesnej technologii i mediów na jednostkę. Pomimo że chwała „Ringu” już nieco przebrzmiała, nie sposób mówić i myśleć o japońskim kinie grozy bez znajomości tej pozycji.

6
Kwaidan (1964)

Pomimo iż z całej mistrzowskiej trylogii „samurajskiej” Masaki Kobayashiego to właśnie „Kwaidan” uznawany jest za najsłabsze ogniwo, nie oznacza to tym samym, że jest to film mierny i niewart obejrzenia. Nic bardziej mylnego! „Kwaidan” nie tylko urzeka każdą sekundą, wysmakowaniem plastycznym w czterech nowelach składających się na cały obraz (ręcznie malowane tła, cienie na twarzy "zimowej Pani", festiwal kolorów w trakcie bitwy pod Dannourą), ale także stanowi pomost pomiędzy kulturami. „Kwaidan” chciałoby się określić dziełem czysto japońskim, ale czy tak jest w istocie? W końcu wszystkie te historie spisał Lafcadio Hearn (w Japonii przyjął imię Koizumi Yakumo), Europejczyk z krwi i kości, pół Grek, pół Irlandczyk, i to na jego dziele Kobayashi oparł swój film. Gdy czyta się lub ogląda "Kwaidan", czuć syntezę europejskości z egzotyką Japonii - to przeżycie niezapomniane. „Kwaidan” jest dla czytelnika i widza wspaniałym krokiem w kierunku Nipponu, krokiem, który robimy nie tylko my, ale który twórca wykonuje w naszą stronę. Jest to wyciągniecie ręki do europejskiego widza, film zdający się krzyczeć "zobacz, Japonia nie jest taka straszna”, choć w kontekście filmu grozy, o którym mówimy, brzmi to nieco dziwnie.

5
Szósty zmysł (1999)

„Widzę martwych ludzi” mówi dziewięcioletni Cole w filmie Shyamalana. Cytat, który zostanie na wiele lat w głowach kinomanów, nie tylko tych zakochanych w horrorze, bo czy w ogóle można rozpatrywać „Szósty zmysł” w kategoriach kina grozy? I tak, i nie. Jest to jeden z obrazów, któremu udała się rzadka sztuka zerwania z narzuconą konwencją. Omawiany tytuł eksploruje tereny, które długo pozostawały poza panoptikum horroru, pomimo tego, że części składowe wydają się tak bardzo charakterystyczne dla gatunku. Reżyser zdecydował się przearanżować znane nam schematy i z pozornie mało oryginalnej opowieści o duchach rodzi się film o zacięciu psychologicznym, który pozwala na refleksje dotyczące życia zarówno tego doczesnego, jak i pozagrobowego. Nie oznacza to tym samym, że w „Szóstym zmyśle” nie uświadczymy prawdziwej grozy. Shyamalan niczym weteran operuje dostępnymi mu narzędziami, a pamiętać trzeba, że to jego pierwsza wycieczka w krainę horroru. „Szósty zmysł” to jedna z najciekawszych propozycji ostatniego dziesięciolecia i film, który niemal natychmiastowo stał się klasykiem kina niesamowitego – zasłużenie!

4
Nie oglądaj się teraz (1973)

Gdy za reżyserię zabrał się wybitny operator Nicolas Roeg, publika mogła być pewna jednego – doskonałego wykonania filmu od strony wizualnej. Faktycznie, „Nie oglądaj się teraz” nie zawodzi w tym aspekcie ani trochę, obsesje głównego bohatera, rozpaczliwie goniącego za widmem zmarłej córeczki po ulicach i kanałach Wenecji, stają się tak sugestywne, że aż namacalne, nie tracąc przy tym swojej niesamowitości. Roeg, posługując się trudnymi, może nawet niemożliwymi do wyjaśnienia zbiegami okoliczności, mnożącymi się przed głównym bohaterem, opisuje tym samym stan jego psychiki. Czy zrozpaczony ojciec widzi widmo dziecka, bo posiada pewien dar, czy też odpowiedzialny jest za to jego własny umysł, umęczony przez smutek odczuwany po stracie? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednak prosta i nie pomaga nawet jeden z najlepszych, a zarazem konfundujących, twistów fabularnych w historii kina. „Wspólne” dzieło Roega i pisarki Daphne du Maurier, autorki „Rebeki” i „Ptaków”, zapamiętane zostanie również ze względu na słynną scenę erotyczną, niezwykle odważną jak na owe czasy i znakomicie zmontowaną przez reżysera.

3
Nawiedzony dom (1963)

Film kochany niemal przez wszystkich, którzy się z nim zetknęli. Grupa badaczy zjawisk paranormalnych kontra nawiedzony dom. Jednak nie sama fabuła jest najważniejsza, lecz to, w jaki sposób Robert Wise dawkuje widzowi grozę. Operując niemal wyłącznie światłem, dźwiękiem i znakomitą pracą kamery, reżyser osiąga efekt dostępny tylko nielicznym. Pomimo że na ekranie nie uświadczymy hektolitrów krwi ani parady upiorów, aura niesamowitości bijąca z ekranu sprawia, że „Nawiedzony dom” oglądamy siedząc na brzeżku fotela i nie odczuwamy braku efektów specjalnych. Co więcej, po uważnej obserwacji tego, co dzieje się na ekranie, zaczynamy zastanawiać się, czy to wszystko nie jest przypadkiem efektem depresji jednej z bohaterek? A może jednak mieszkańcy Hill House naprawdę powrócili z zaświatów? Wise zaprasza nas do wejścia w jego świat, byśmy sami poszukali odpowiedzi na to pytanie, przekraczając próg tytułowego domu.

2
Dom na przeklętym wzgórzu (1959)

Stary, czarno-biały film klasy B na tak wysokiej pozycji? Przyznam się bez bicia, że „Dom na przeklętym wzgórzu” Williama Castle’a to moja słabość i tylko przyzwoitość powstrzymała mnie od umieszczenia tej produkcji na pierwszym miejscu zestawienia. Powód jest prozaiczny: podczas półtorej godziny spędzonej z tym obrazem nie sposób się nudzić, Vincent Price i William Castle dostarczają tony nieskrępowanej niczym zabawy. Nie odszukamy tutaj wirtuozerii realizatorskiej, strachu też wiele nie uświadczymy, lecz magia kina działa od pierwszej sekundy. Staroświecki urok tego obrazu miesza się z nowoczesnymi trickami reżysera, usłyszymy więc skrzypiące drzwi, za którymi czai się chodzący kościotrup, a wiatr porwie firany, by odsłonić odciętą głowę. William Castle słynął z organizowania interaktywnych seansów, by zapewnić widzom nowe doznania. Podczas projekcji „Domu na przeklętym wzgórzu” w pewnej chwili nad publiką przelatywał podwieszony pod sufitem szkielet. Pomimo że omawiany film nadgryzł nieco ząb czasu, ta mieszanka campu i prawdziwej pasji twórczej nadal robi ogromne wrażenie.

1
Zemsta po latach (1980)


Jedno z arcydzieł horroru i numero uno naszego rankingu. Nastrojowy film Petera Medaka w pełni zasługuje na laury, które przez lata zebrał. Z pozoru standardowa opowieść o wdowcu, dręczonym przez ducha zmarłego dziecka w starym, wiktoriańskim domostwie, od trzydziestu lat nieustannie fascynuje widzów. Główna oś fabularna filmu oparta jest na autentycznych ponoć doświadczeniach pisarza Russella Huntera, który miał być dręczony przez poltergeista w domu, który zamieszkiwał. Przeprowadzone na własną rękę dochodzenie doprowadziło go do odkrycia strasznej prawdy – na strychu przetrzymywany był niepełnosprawny chłopiec, którego rodzice zwyczajnie się wstydzili. Spisywał on pamiętnik, który po latach odkrył właśnie Hunter. Swój film Medak oparł na opowieści pisarza, zachowując jej najistotniejsze elementy, w tym oczywiście niemogącego zaznać spoczynku ducha chłopca, nawiedzającego budynek. W skład zaangażowanych do „Zemsty po latach” strachów, oprócz obowiązkowych, stukających okiennic i hałasujących drzwi, wchodzą rzeczy powiązane z ziemskim życiem nieszczęśliwego chłopca: wózek inwalidzki oraz mała, czerwona piłeczka. Być może na papierze czy na ekranie monitora nie brzmi to wyjątkowo złowieszczo, lecz Medak mistrzowsko buduje atmosferę paraliżującego wręcz strachu. „Zemsta po latach” to niezapomniany obraz, geniusz w swojej klasie i zdobywca medalu dla najlepszej opowieści o duchach.

I tyle. Dobranoc.

niedziela, 24 kwietnia 2011

O współczesnym horrorze filmowym i literackim...

W najbliższy wtorek (26.04.2011) we wrocławskim Empiku Renoma odbędzie się spotkanie ze mną, brawurowo prowadzone przez dziennikarza i prozaika, autora książek "Demony", "Decathexis", "Muzykologia" i "Mordercy", Łukasza Śmigla. Będziemy rozmawiać na temat współczesnego horroru w kinie i literaturze. Do tego w programie: przedpremierowa prezentacja i zapowiedź najnowszej książki mistrza grozy Jacka Ketchuma "Jedyne dziecko" (w moim tłumaczeniu); odczytanie  fragmentów powieści; konkursy z nagrodami (do wygrania m.in. fenomenalni "Straceni" Jacka Ketchuma). No i oczywiście obowiązkowe wyjście do knajpy tuż po spotkaniu.

Zapraszam serdecznie.

Miejsce - EMPIK Renoma Wrocław
Start - 17.00
Wstęp wolny.

Przy okazji zachęcam do odwiedzenia księgarni, gdyż na półkach powinna już dumnie prężyć grzbiet powieść dla młodzieży, którą miałem przyjemność tłumaczyć. Oto okładka:


I zwiastun:




sobota, 23 kwietnia 2011

My name is Kowalski - Polacy w kinie zachodnim

O rodzimych akcentach w kinie zagranicznym mówi się najczęściej w kontekście antypolonizmów, że nasz rodak na ekranie to albo gbur, albo prymityw, albo bandzior. I faktycznie, podobnych przykładów można znaleźć bez liku. Ale, pochłonięci małostkowym wytykaniem palcami wpadek niegodziwego Hollywood, stawiającego często przed Polakami krzywe zwierciadło, zdajemy się zapominać o tuzinach filmów, które narodową dumę mile łechcą.


Jednakże tekst ten nie będzie miał charakteru propagandowego, choć do kin niedawno wszedł film przez wielu krytyków ogłoszony czołobitnym hołdem z pozycji klęczącej dla wstecznej idei polskiego męczeństwa, więc okazja ku temu, być może, znakomita. Mowa oczywiście o „Niepokonanych” Petera Weira, którzy faktycznie grzęzną momentami w topornym patosie, lecz posłużą nam za przyczynek do dalszych rozważań. W tym oto filmie głównego bohatera, Janusza, gra Jim Sturgess – aktor charyzmatyczny, przystojny, posiadający ten specyficzny, ekranowy magnetyzm. Weir opisuje go jako człowieka nieustępliwego w swojej szlachetności, sprawnego fizycznie, ale i dbającego o potrzeby ducha. Innymi słowy jest Janusz projekcją długoletnich marzeń przeciętnego widza o rodaku-niezłomnym bohaterze, idealnie wpasowuje się w wypracowany przez lata Polaka portret własny, wskakuje na swoje miejsce w narodowej mitologii niczym dopasowany element układanki. Dlatego też spora część branży dziennikarskiej nie mogła przyjąć takiego obrazu bezkrytycznie, jest on bowiem podobnież zafałszowany, co dłubiąca w nosie stara Polka w filmie „Bruce wszechmogący”, niegodziwiec z „Enigmy”, czy pożerający kiełbasę spekulanci ze „Ściganego”.

Resztę artykułu można przeczytać na stronie Zwierciadła.

piątek, 22 kwietnia 2011

Duże jest brzydkie - recenzja filmu "Agent XXL: Rodzinny interes"

Ponad pół wieku temu Tony Curtis i Jack Lemmon, uciekając przed bandziorami, wskoczyli w damskie fatałaszki i przyłączyli się do żeńskiego zespołu muzycznego, rozpoczynając tym samym komedię wpadek i omyłek, kto wie, czy nie jedną z najzabawniejszych w dziejach kina. „Pół żartem, pół serio” posłużyło potem za odskocznię filmowcom pragnącym odtworzyć komiczny efekt fenomenalnego filmu Billy'ego Wildera, często zapominającym przy tym, że nie wystarczy faceta przebrać za babę, by widz zrywał boki.


Podobną motywację co ich protoplaści mają bohaterowie trzeciej już części popularnej (nie wiedzieć czemu) serii „Agent XXL” – by było śmieszniej, dopisano podtytuł „Rodzinny interes” i zamiast jednemu gościowi, spódnice i sukienki wręczono dwóm. Ponoć film ten ma być zapowiedzią nowego cyklu cross-dressingowego, tym razem przeznaczonego dla nastolatków, bowiem Martin Lawrence, twarz cyklu, odsuwa się nieco na bok, w cień, a miejsce w świetle reflektorów zajmuje jego filmowy pasierb, Brandon T. Jackson. By bilans postaci pierwszoplanowych się zgadzał, w trzeciej odsłonie „Agenta XXL” znika za to znana z poprzednich części Nia Long.

Lawrence ponownie wciela się w rolę mistrza kamuflażu z FBI, agenta Malcolma Turnera. Przypadkowo w jedną z przeprowadzanych przez niego akcji zostaje wplątany Trent, jego przybrany syn i początkujący raper. Chłopak jest świadkiem morderstwa dokonanego przez Chirkoffa, rosyjskiego gangstera, co czyni go automatycznie kolejnym celem przestępcy. Mamuśka, alter-ego Malcolma o potężnym tonażu, musi więc powrócić i zapewnić pasierbowi przykrywkę idealną. Za miejsce poza zasięgiem półświatka uznaje żeńską szkołę sztuk pięknych, więc w pończochy i biustonosz musi wbić się także Trent – przyjmując imię Charmaine. Intryga sensacyjna okazuje się być pretekstowa, a komedia kryminalna, skądinąd mierna, oddaje pola filmowi dla młodszej widowni, posuwając się tym samym o krok bliżej do granicy niezjadliwej żenady.

Przygody Trenta i Malcolma wśród pięknych i powabnych uczennic okazują się chałupniczą robotą, ze scenariuszem napisanym na kolanie, a może i nawet skopiowanym słowo w słowo z dziesiątków innych filmów. „Agent XXL: Rodzinny interes” to rzecz zła od pierwszego do ostatniego kadru, obraz powielający gatunkowe schematy do znudzenia, wszak żart opowiedziany po raz wtóry już po prostu nie śmieszy. Gdyby jeszcze film nakręcono ze swadą, poeksperymentowano z komediowym szablonem, gdyby poza wpleceniem obowiązkowych, transseksualnych aluzji, zrobiono jakikolwiek użytek z tych kolorowych kiecek zasłaniających owłosione łydki...

„Agent XXL: Rodzinny interes” eksploruje niziny gatunku w nieudolnej próbie zaskarbienia sobie sympatii nowej, nastoletniej widowni, zapominając przy tym, że ich docelowa publika już nie takie rzeczy widziała na ekranie. Tutaj trup, tam musicalowe fetysze, gdzie indziej szkolny romansik – niby każdy znajdzie coś dla siebie, ale podobnie będzie i na wysypisku śmieci, kłopot więc z terminem przydatności do spożycia albo stanem technicznym wyszperanego produktu. No i, jak to mówią, co za dużo, to niezdrowo.

Recenzja pierwotnie ukazała się w portalu Stopklatka.pl.

środa, 20 kwietnia 2011

Droga do szczęścia - o "Sali samobójców" i "Żonie doskonałej"

Jak co wtorek skorzystałem z zaproszenia kina Helios i poszedłem na bezstresowy seans filmowy do potęgi. Premier w tym tygodniu jakoś niewiele, więc nadrabiałem zaległości i wybrałem się na ostatni film Francoisa Ozona "Żona doskonała". No i po raz drugi zobaczyłem "Salę samobójców". Zaskakujący był dla mnie wysnuty potem wniosek, że pomimo oczywistych różnic, te dwa filmy mają pierwiastek wspólny. A jest nim idea szczęścia postrzegana jako jedna z życiowych dróg, którą można, ot tak, po prostu, sobie wybrać.


Dla Dominika, bohatera "Sali samobójców", rodzice wyłożyli gładkim asfaltem właśnie ścieżkę do szczęścia, ale chłopak i tak natrafia na wyboje. A jest ich co niemiara. Z wrocławskiej premiery filmu Jana Komasy wyszedłem zachłyśnięty zaproponowaną mi wizją wystylizowanego świata, w którym w dodatku zawiera się jeszcze inny, wirtualny. Przymknąłem wtedy, a może nawet i zamknąłem oczy na niedociągnięcia tego, bądź co bądź udanego filmu, ale teraz sobie ponarzekam. Bo, wracając do metafory drogi, dla widza "Sala samobójców" też pełna będzie momentów, na których można stracić zawieszenie i nawet mocne resory nie pomogą. Komasa, reżyser, któremu osobiście bardzo kibicuję i cieszy mnie świeża, wysoka dotacja PISFu na jego nowy projekt, za bardzo chce wtłoczyć odbiorcy do głowy prawdę o, ekhm, życiu. Że rodzice nie dbają. Że dzieciaki rozwydrzone. Że presja otoczenia. Że coś tam. Zacząłem zauważać sztywne dialogi, może i same w sobie też wystylizowane, ale niezmiennie pretensjonalne; rodzinną psychodramę z umownymi, nieracjonalnymi zachowaniami rodziców Dominika; nieco nadęte moralizatorstwo. Może się mylę, może to wszystko zamierzone, może miał na celu Komasa udowodnienie, że jego film ma być taki, jaki cała obecna kultura popularna - szczątkowy i pozlepiany z elementów pozornie do siebie nieprzystających. Jasne, da się o "Sali samobójców" powiedzieć wiele dobrego, a i ja sam wystawiam filmowi wysoką notę, lecz pęknięcia na tej kinematograficznej autostradzie przeszkodziły mi nieco w gładkiej jeździe. Mocno wierzę jednak, że Komasa swoim kolejnym dziełem udowodni, że warto pokładać nadzieję w jego nieprzeciętny talent.



Za to "Żona doskonała" to film... uroczy. O tak, to bodaj najodpowiedniejsze słowo. Rzecz dzieje się w 1977 roku, a ówczesną rzeczywistość reżyser oddał w najmniejszym detalu. Nie przeczę, patrzyłem na ekran jak urzeczony, był to dla mnie kontakt ze swojską egzotyką. "Żona doskonała" to w oryginale "Potiche", czyli bibelot, dekoracja, coś na pokaz. Suzanne, kura domowa, żona dyrektora fabryki parasoli, czuje się dokładnie tak - czyli niepotrzebna. Córka coś jej tam niby ględzi o emancypacji, ale przecież pani Pujol już wybrała szczęście, żyje nim i oddycha. Ale gdy mąż idzie na chorobowe po szturmie robotników na zakład, staje się sama sobie sterem, żeglarzem i okrętem, zaznaje smaku życia publicznego (a co za tym idzie - udaje jej się przedefiniować prywatną koncepcję szczęścia)  i w efekcie ze swojej drugiej połówki czyni bibelot. Do tego w znakomitym, czarującym stylu, jak tylko Catherine Deneuve potrafi. Szczęśliwie Ozon nie zamknął się w ramach rozbrykanej komedii, krytykuje na lewo i prawo z niespotykaną gracją - szydzi i z gorączkowych, nierozsądnych komunistów, i jakby nieobecnej duchem, nieakceptującej zmieniającej się rzeczywistości burżuazji. Dyskretny urok Ozona, ot co!

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

La la dla Lona Chaneya Juniora

Muzyczny hołd w postaci piosenki o takim właśnie tytule złożyła w 1998 roku, jednemu z najbardziej charakterystycznych aktorów w historii filmu grozy, grupa Frankenstein Drag Queens From Planet 13. Pomimo, że to nie Lon Chaney Junior jako pierwszy obrósł futrem przed kamerą (Universal zrealizował w 1935 roku "Wilkołaka w Londynie", pradziada wszystkich głównonurtowych filmów o likantropii), to właśnie jego kreacja pozostaje niezapomniana. Kim był człowiek z twarzą wilka?



Historia Creightona Tulla Chaneya rozpoczyna się w 1906 roku i jest nierozerwalnie związana z osobą słynnego ojca, Lona Seniora, geniusza charakteryzacji i wielkiej osobistości aktorskiej. Już przy narodzinach Junior otarł się o śmierć. Przyszedł bowiem na świat o kilka miesięcy za wcześnie, a jego słabe jeszcze serce przestało bić zaraz po porodzie. Gdyby nie interwencja lekarza, który zanurzył noworodka w zimnej wodzie, przewracając tym samym akcję serca, świat nie ujrzałby człowieka-wilka trzydzieści pięć lat później. Rodzina Chaneyów długo żyła w biedzie, późniejszy gwiazdor zabawiał pijaków w tancbudach, a jego żona zbierała z podłogi rzucane przez nich monety. Katastrofalna sytuacja materialna odbiła się na wzajemnych relacjach małżonków - podczas jednego z występów matka Creightona Tulla próbowała się otruć połykając truciznę. Po nieudanym zamachu na swoje życie, przeżywając katusze załamania nerwowego, została porzucona przez męża, który wmówił synowi, że jego matka zmarła. Junior miał się dowiedzieć prawdy dopiero po śmierci ojca.

Po podjęciu współpracy ze studiem Universal, kariera Lona Chaneya Seniora nabrała rozpędu. W 1923 roku, zwiastującym premierę pierwszego z wielkich filmów aktora, "Dzwonnika z Notre Dame", pracodawcy płacili mu astronomiczną sumę dwóch i pół tysiąca dolarów tygodniowo. Mimo wielu zer na koncie, życie nie rozpieszczało młodego Creightona Tulla, któremu ojciec odmawiał przyjemności posiadania, póki sam nie zapracuje na swoje marzenia. Po śmierci "człowieka o tysiącu twarzy", Creighton Tull rozpoczął karierę aktorską. Jej pierwszy rozdział da się zamknąć w kilku słowach: według producentów pozbawiony talentu swojego ojca, grywał w epizodach niewróżących mu wielkich występów na ekranie. Widząc, jak życie przepływa mu między palcami, Creighton Tull odwołał się do ostatniej instancji i zmienił imię na Lon Chaney Junior. Nie była to wcale prosta i przebiegła sztuczka marketingowa, lecz mus i jak powie później sam aktor, "kazano mu głodować, by zmienił swoją twarz".



Pod pseudonimem, syn wyszedł z cienia ojca, czego nie mógł do końca zaakceptować, wyrzucając sobie występy pod jego imieniem. Zachęcone sukcesem "Syna Frankensteina" w 1939, studio Universal raz jeszcze przystąpiło do walki o prymat w świecie filmowej grozy. W 1941 ruszyły zdjęcia do "Wilkołaka", w którym rolę tytułową dostał Lon Chaney Jr. Podobnie jak Dracula dla maniaków kina grozy będzie zawsze nosił twarz Beli Lugosiego, a monstrum Frankensteina ryczało głosem Borisa Karloffa, tak Lawrence Talbot, najsłynniejszy wilkołak Hollywoodu, nosił będzie nazwisko Chaney.

Rola wilkołaka wymagała od aktora nie tylko ponadprzeciętnych umiejętności, ale także cierpliwości i poświęcenia. Make-up autorstwa Jacka Pierce'a nakładano każdego dnia przez kilka godzin, a specjalne futrzane rękawice, jak utrzymywał odtwórca głównej roli, były przytwierdzone do rąk szpilkami. Można doszukać się w tym akcie umartwienia, cielesnego poczucia winy, które być może toczyło Chaneya, lecz niezaprzeczalnie skóra wilka stała się jego ulubioną i zakładał ją jeszcze czterokrotnie.

Jako Larry Talbot, dotknięty przekleństwem likantropii szlachcic, wprost zachwyca i przejmuje, w każdym z filmów serii pozostaje najświetniejszym przykładem aktorskiego kunsztu. Dziecięca, naznaczona smutkiem twarz pozwala zapomnieć, że mamy do czynienia z masowo produkowanym filmem grozy. Wydaje się, jakoby Chaney na te kilkadziesiąt minut faktycznie stawał się Talbotem, jakby wierzył, że w żyłach płynie mu przeklęta krew, a klątwa naznaczyła go pentagramem na dłoni. Dokonuje się transformacja, na ekranie pojawia się wilkołak, Lawrence zaś znika. Chaney pozwala nam myśleć, że inny aktor zajął jego miejsce, gdyż skala niedocenianego talentu z łatwością mieści w sobie człowieka, jak i wilka. Animalistyczne odruchy, instynktowne zachowania, każdy najmniejszy szczegół sprawia, iż wyłania się postać chyba najwspanialszego w kinie wilkołaka. Autentyczny dramat człowieka dotkniętego klątwą ożywa na ekranie, pośród sztucznej mgły i kartonowych dekoracji. Jest to zadziwiający ewenement - obecność prawdopodobieństwa psychologicznego, w gruncie rzeczy ocenianego przez pryzmat kreacji Chaneya. Długo można dywagować nad rolą Chaneya Juniora, jednak trzeba też oddać sprawiedliwość scenarzyście, Curtowi Siodmakowi, którego historia zrobiła tyleż samo dla kultury masowej, co "Frankenstein" Jamesa Whale'a. Siodmak wprowadził do powszechnej świadomości wiele mitów, uznawanych teraz za podstawę wilkołaczych opowieści. Wystarczy wspomnieć choćby o zabójczym dla ludzi-wilków srebrze, pięcioramiennej gwieździe na dłoni, czy też niekontrolowanej przemianie przy pełni księżyca.



Lon Chaney Junior, naczelny wilkołak kina, próbował swych sił także jako monstrum Frankensteina, mumia oraz potomek Draculi, lecz żadna z późniejszych ról nie zdefiniowała aktora tak, jak Lawrence Talbot. Nazwisko Chaney zawsze funkcjonować będzie jako synonim aktorskiego szaleństwa, wyzwalanego przy pełni księżyca.

piątek, 15 kwietnia 2011

Zedrzyj gardziel po raz wtóry - "Krzyk 4" w kinach

Byłem, widziałem. Ale nie pokochałem. Nie oznacza to oczywiście, że "Krzyk 4" to film słaby, ależ skąd! Wręcz przeciwnie - spektakl to pierwszorzędny, przewyższający znacznie poprzednie sequele. Po seansie spisałem recenzję, wysłałem do redakcji, ukaże się w majowym "Filmie" (ocena: 4/6). Z przyczyn oczywistych nie mogę jej opublikować na blogu, postanowiłem jednak puścić nieco pary z gęby już teraz, więc kogo interesuje, niech czyta.



Niejakim truizmem zalatuje stwierdzenie, że pierwszy "Krzyk" to swoisty kamień milowy w dziejach gatunku, ale nie omieszkam powtórzyć tegoż oklepanego zwrotu. Czemu gadam jak papuga? Inaczej po prostu nie można: niby serdeczna szydera, ale nie wykraczająca poza ramy filmu grozy; horror w pełnej krasie, a pełen intertekstualnych nawiązań; obraz bogaty w treści, a przecież podrzędny gatunkowo z definicji. Postmodernistyczna łata przyczepiona do pleców Wesa Cravena wydaje się w tym przypadku całkowicie zasłużona. "Krzyk 4" kontynuuje chlubną tradycję i jest logicznym przedłużeniem serii, dekonstruującej i obnażającej schematyzm oraz konwencjonalność horroru - czyżby samobój? Bynajmniej. Cykl ostrze swojej satyry skierował w stronę społeczeństwa odchowanego na popkulturze, której witalnym elementem stał się właśnie film grozy. Często kopany, mieszany z błotem, a jednak niezwykle wrażliwy na wszelakie przemiany obyczajowe i kulturowe. I właśnie "Krzyk" jest filmem symptomatycznym, bo reagującym na dynamicznie zmieniające się trendy. A więc seria kpiąca sobie z własnej publiki? Aha, dokładnie tak! Nie ma w tym jednak krztyny masochizmu, bo intelektualna gra daje widzowi poczucie wyższości, bowiem przyjmuje on rolę mentora, znającego na wylot swoje scary movies. Tym samym "Krzyk" nie jest wcale pozbawiony kokieterii. Zakładając oczywiście, że oglądający jest z gatunkiem obeznany i może wyłapać to, co reżyser chce, by wyłapał. A co z resztą widzów? Nie wiem, nie do mnie to pytanie, proszę zagaić wychodzących z kina, przypadkowych ludzi, i zapytać jak się bawili. Idąc dzisiaj na seans czułem się, jakbym znowu miał te piętnaście lat i z wypiekami na twarzy gnał zobaczyć HORROR. Bo "Krzyk" to film dla mnie. I dla Ciebie. Bo oboje lubimy te w kółko odgrywane historie, wciąż od nowa i na nowo, choć znamy wszystkie scenariusze na pamięć. Ale nie szkodzi, zobaczymy raz jeszcze i Craven doskonale o tym wie, cwaniak cholerny. Koncentrując się jednak na ostatniej odsłonie "Krzyku", powiem tylko, że do kina wybrać się warto, bo film to zacny niezwykle. Zgodnie z narzuconymi sobie (zresztą świadomie) zasadami, jest brutalniej, mocniej, dynamiczniej, a kulminacji serwuje się nam chyba ze trzy. Ale przecież tego właśnie chcieliśmy, nieprawdaż?

środa, 13 kwietnia 2011

Zdrada zalegitymizowana - "Bez smyczy" w kinach

Nowa komedia braci Farrelly ("Sposób na blondynkę", "Głupi i głupszy") okazała się nie tak zła, jak się tego spodziewałem. Ba, powiem nawet, że całkiem dobrze mi się oglądało. Ale nie będę paluchów strzępił, przechodzę do rzeczy, czyli do recenzji:


Faceci nie dojrzewają – podobną tezę wysnuć można po lekturze kilku amerykańskich komedii z ostatnich lat. Nieważne więc czy mają lat dwadzieścia parę, osiągnęli już wiek jezusowy czy przekroczyli czterdziestkę, nadal w głowie kołacze im się wyidealizowana wizja życia, które rzekomo prowadzili za nastolatka. Młodzi duchem, trochę starsi ciałem, ci niedzielni podrywacze poświęcają się więc słodkim wspominkom pod okiem żon, przeważnie odmalowywanych przed kumplami jako straszne hetery. Rzec można, że małżeństwo wiąże ręce i gdyby nie złota obrączka na serdecznym palcu prawej dłoni, dziewczyny nieprzeciętnej urody rzucałyby się do stóp tym niewolnikom zalegalizowanych w urzędzie stanu cywilnego związków. A więc, wedle wszelkich przesłanek, każdy facet osiągnie kiedyś masę krytyczną, coś w nim pęknie, rzuci się w objęcia byle lafiryndy i rozwali mozolnie budowane przez lata szczęście. Trzeba więc zawczasu z delikwenta spuścić trochę pary i ufortyfikować pozycje. Sposób na podobne rozładowanie drzemiącego w mężach seksualnego napięcia wynalazły niepozbawione sprytu żony z filmu „Bez smyczy”.
Rick (Owen Wilson) i Fred (Jason Sudeikis) to starzy kumple, których łączy coś więcej niż długoletnia przyjaźń i wygodny, acz nieco ciasnawy kącik w małżeńskim domu. Otóż obaj uganiają się wzrokiem za spódniczkami, śliniąc się obficie, kiedy tylko na horyzoncie pojawią się długie nogi czy obfity biust. Ale łańcuch jest krótki, a nadrzędna zasada brzmi: patrz, ale nie dotykaj. Panów jednak łapki świerzbią coraz bardziej, a panie nie bardzo wiedzą, jak sobie poradzić z okiełznaniem ich opętanych seksem myśli. Z pomocą przychodzi doświadczona przyjaciółka, która radzi tonem mędrca – spuścić mężów ze smyczy, dać im tydzień wolnego, niech się chłopaki wyszaleją. Początkowo zszokowane śmiałością pomysłu, Maggie (Jenne Fischer) i Grace (Christina Applegate) zaczynają dochodzić do wniosku, że w tym szaleństwie może tkwić metoda i udzielają swoim mężczyznom tygodniowej dyspensy od małżeństwa.
I kłopot w tym, że żaden z facetów nie wie, co z tym fantem zrobić. Upragniony czas wolności spędzają na beztroskim wpychaniu sobie do ust kolejnych garści chrupek i zapijaniu wszystkiego litrami piwa. Czasem ktoś wpadnie z ciasteczkami z narkotyczną wkładką, ale nadobnych niewiast w zasięgu ręki jak nie było, tak nie ma. „Bez smyczy” to w gruncie rzeczy film, który skwitować można smutnym uśmiechem, bowiem wyłaniający się z niego wizerunek współczesnego faceta w średnim wieku wcale nie jest aż tak bardzo odległy od przedstawionego przez Sama Mendesa w „American Beauty”. Obraz braci Farrelly to rzecz jasna nie ten kaliber ani dramaturgiczny, ani stylistyczny, lecz jego bohaterowie mają w sobie wiele z Lestera Burnhama, choć przepuszczeni zostali przez typowo komediowy filtr, na którym osiadły zbędne tutaj fusy tragifarsy. Fred i Rick to mężczyźni środka, których ominęły mody i na owłosionego, cuchnącego potem macho, i na metroseksualnego gogusia, ich tożsamość zależy niemal całkowicie od snutych bez ustanku marzeń, których, jak się okaże, obawiają się zrealizować. Zderzenie z rzeczywistością jest tym bardziej bolesne, gdy brak żoninej poduszki, na którą można opaść łagodnie i bez szwanku. Brak im samodzielności, bowiem uzależnieni są nie od seksu, ale od ciągłej obecności swoich wybranek. Do podobnej konkluzji dojdą oczywiście dopiero w ostatnich minutach filmu i być może w tymże tekście zabrzmiała ona brutalniej, niż jest w istotnie – „Bez smyczy” to w końcu komedia pełną gębą, a nie refleksyjny traktat o ciężarze małżeńskich kajdan. Bo przecież w końcu, po suto zakrapianych erotycznymi aluzjami konwersacjach, świetnej sekwencji na dyskotece i całym mnóstwie rozrzedzonych, niezbyt dojrzałych żartów, okaże się, że są zrobione z plastiku. I obszyte futerkiem. 

Tekst ukazał się pierwotnie w portalu Stopklatka.pl

wtorek, 12 kwietnia 2011

Dolnośląskie urban legend? Rzecz o Małpie z Bielawy

Chciałem z rana napisać coś o bieżącym repertuarze, ale postanowiłem poświęcić kilka słów sprawie zajmującej mnie od niemal tygodnia, a jej wartość poznawcza jest niewspółmiernie większa niż filmów, za które miałem się zabrać. Chodzi o historię Małpy z Bielawy (niestety, moja ograniczona wiedza zoologiczna nie pozwala na posłużenie się terminem nieco bardziej konkretnym, lecz Marian Bandarzewski z wrocławskiego zoo podejrzewa, że może to być makak), która terroryzuje od kilku dni spokojnie, leżące nieopodal Dzierżoniowa miasteczko. Obawiam się też, że bielawscy oficjele próbują niewygodną sprawę zatuszować, gdyż na stronie internetowej urzędu miasta nie ma nawet wzmianki o atakach zwierzęcia. Wydaje się więc, że wiarygodnym źródłem informacji pozostaje wyłącznie dziennik "Fakt", który bodajże jako jedyny tytuł prasowy w Polsce zachował należytą powagę i wysłał do Bielawy swojego reportera - na stronie internetowej gazety zamieszczono nawet kilka zdjęć:


Na Bielawę pada blady strach

Fabian Miszkiel, reporter opiniotwórczego dziennika, pisze we wstrząsającej relacji:


Włochata bestia rzuciła się na młodzieńców, gdy leśną drogą wracali do domu. W najgorszej sytuacji znalazł się Kamil Nowak (17 l.). Małpolud złapał go za kostki i powalił na ziemię. Potem zaczął nim ciskać o krzaki. Raz w lewo, raz w prawo. – Czułem się jak jakaś kukła, taki był silny – opowiada zdenerwowany chłopak. Całe szczęście Kamila uratowali koledzy. (źródło)


Koledzy pana Kamila wykazali się więc godną pochwały odwagą. Proszę spróbować wyobrazić sobie, co by mogło się wydarzyć, gdyby nieszczęśnik wracał samotnie, a Małpa z Bielawy okazałaby się choćby dalekim kuzynem tytułowej Bestii z filmu Waleriana Borowczyka, której chuć przeszła już do legendy. Szczęśliwie dla pana Kamila, nie była również tak silna jak chłop przebrany za goryla w "The Beast That Killed Women":




Nie brakuje głosów wśród przerażonych bielawian, że Małpa to dziennikarska ploteczka, ale sądzę, że pan Kamil, którego zdjęcie rentgenowskie można oglądać na stronach "Faktu", ma na ten temat inne zdanie. Osobiście liczę na to, że zwierz nie zostanie pochwycony i będzie ganiał po Bielawie po wsze czasy, a my wreszcie dorobimy się urban legend z prawdziwego zdarzenia. Bo nie jest istotne, czy Małpa faktycznie istnieje, sama historia nosi bowiem znamiona nieprzeciętnej, w której chyba każdy fan filmowego trashu zakocha się z miejsca. I dlatego wolno mi choć przez chwilę pomarzyć i pogdybać, że ktoś złoży kiedyś do Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej projekt scenariusza o Małpie z Bielawy. Na razie jednak musimy zadowolić się produkcjami zza zachodniej granicy. Czas więc na krótki przewodnik po strasznych filmach z małpoludami w roli głównej. Jest ich, wbrew pozorom, multum (plus te, w których występują jedynie w roli drugoplanowej, jak choćby moja ulubiona "Phenomena" Dario Argento) wspomnę więc tylko o trzech, które jako pierwsze przyszły mi do głowy. Chronologicznie.

Night of the Bloody Apes - meksykański film z 1969. Szalony naukowiec przeszczepia serce goryla swojemu synowi i wychodzi mu takie coś:


Małpolud biega po okolicy, gwałci i morduje, a film trafia w Wielkiej Brytanii na listę produkcji zakazanych i dostaję słynną etykietkę video nasty. Wersja wypuszczona na tamtejszy rynek różni się nieco od meksykańskiej: dodano nowe, krwiste sceny.

Link -  rok 1986. Film zrobił Richard Franklin, mający na koncie chociażby "Psychozę II". Opowiedziałbym, co się w tym filmie dzieje, lecz widziałem go straszliwie dawno i praktycznie jedyne, co pamiętam, to okładka kasety VHS:


Wikipedia mówi, że w filmie wystąpił orangutan, lecz postanowiono poudawać, że jest to szympans - zwierzę przemalowano i już. Aż nabrałem ochoty na seans.

I może jeszcze...

Małpia intryga - autorstwa George'a A. Romero z 1988 roku. Tutaj nieco mniejszy kaliber, bo małpa kapucynka, ale równie skuteczna, co jej więksi bracia. Całkiem sprawnie zrealizowany film, można przy nim pogryźć paluchy. Na pokładzie jest Tom Savini, a nawet Stanley Tucci, ale to Boo jest prawdziwą gwiazdą:


Jedynie otarłem się w tym wpisie o temat, filmów małpich są dziesiątki, aż nie wiem, za co się zabrać. Zachęcam więc do eksplorowania. A jeśli czyta to autor przyszłego filmu o Małpie z Bielawy, chciałem pożyczyć mu powodzenia.

niedziela, 10 kwietnia 2011

Przez pola, lasy i łąki - "Niepokonani" Petera Weira w "Kinie"

Ósmego kwietnia na krakowskim festiwalu Off Camera miała miejsce polska premiera nowego filmu Petera Weira, poprzedzona przaśną galą, której dożynkowy charakter wzmocniła wizyta rządowego oficjela. Podobno. Sam udziału nie wziąłem, powtarzam jedynie plotkę, szczególnie, że kryje się w niej ziarno prawdy, bo minister faktycznie przyjechał, a film został pokazany publiczności. Co do reszty - pewności mieć nie mogę. Jestem ciekaw Waszej opinii o "Niepokonanych" i czekam z niecierpliwością na komentarze, bowiem koledzy po fachu, z którymi dotychczas miałem okazję rozmawiać, raczej się nie zachwycili. Do filmu jeszcze wrócimy, ale już po festiwalu Off Camera. Imprezy także nie omieszkam w kilku słowach skomentować na blogu w następnym tygodniu. Będzie też krótki instruktaż pod tytułem jak nie przeprowadzić wywiadu z Peterem Weirem. A tymczasem zapraszam do lektury mojej recenzji, która ukazała się w kwietniowym numerze miesięcznika "Kino".



Co chwaliłem i co ganiłem, można przeczytać tutaj.

Zwracam też uwagę na wpadkę w wersji drukowanej, która zapewne przytrafiła się podczas redakcyjnych prac nad tekstem  i nie jest mojego autorstwa - jako odtwórca roli Janusza widnieje Alexandru Potocean.

środa, 6 kwietnia 2011

Dzisiaj w "Filmie": "Piekielna zemsta" i "Roommate"

W kioskach, salonikach prasowych, supermarketach i innych punktach, do których docierają magazyny dla pań i panów, można już od kilku dni kupić nowy numer "Filmu" z fajną rek... tfu, z fajną okładką. Oto i ona:


W środku znalazły się dwa krótkie teksty mojego autorstwa: recenzja filmu, który już z ekranów zszedł, oraz innego, który na ekrany nie wejdzie. I dobrze, bo mowa o "Roommate" (jedna gwiazdka na sześć możliwych), czyli: Leighton Meester, gwiazdka popularnego wśród młodzieży serialu "Plotkara", daje lekcję mody i stylu, a Christian E. Christiansen pokaz nużącej i niewprawnej reżyserii. Nie będę powtarzał, co o tym filmie sądzę, można poczytać w prasie, ale ocena mówi sama za siebie. Marny półprodukt naśladujący formułę dreszczowca, w dodatku robiący to w tak nieudolny sposób, że aż zęby trzeszczą. Parafrazując oryginalny tagline: ze wszystkich premier tygodnia, musiałem trafić akurat na tę. Na szczęście polski dystrybutor, w całej swojej mądrości, postanowił najwyraźniej nie wprowadzać filmu na ekrany, bowiem informacje o dacie pierwszych seansów zniknęły z sieci.

Jeśli chodzi o drugi opisywany przeze mnie film, "Piekielną zemstę" (cztery gwiazdki), pozwolę sobie przytoczyć dwa zdania z recenzji:

Patrick Lussier składa hołd amerykańskiej popkulturze śmieciowej. „Piekielna zemsta” z miejsca staje się klasykiem guilty pleasure, inwokacją do grindhouse'owych muz, filmem w perfidny sposób epatującym swoim jarmarcznym tandeciarstwem, świadomą manifestacją własnej szpetoty. (Film, nr.04, 2011, s.84)

Tak, wbrew wszelkiemu rozsądkowi, ten zły do szpiku kości film sprawił mi niesamowitą frajdę. Gdyby pokusić się o umiejscowienie „Piekielnej zemsty” na ogromnej filmowej mapie, obraz ten znalazłby się gdzieś pomiędzy nowoczesnym kinem eksploatacji, a akcyjniakami z lat osiemdziesiątych. A jest to kraina, do której zawsze chętnie podróżuję.

wtorek, 5 kwietnia 2011

(Nie)boski seans

Gdyby reżyserzy byli w stanie wykorzystywać potencjał swoich filmów w stu procentach, pewnie łaziłbym od kina do kina jak ten poganiany przez białe myszki nałogowiec. A w nocy, kiedy podwoje przybytków dziesiątej muzy zamknięte są na głucho, ratowałbym się lśniącymi płytami wkładanymi do odtwarzaczy i słuchał tego wspaniałego szumu obracającego się krążka, czekając, aż napis "play movie" zaszczyci mnie swoją obecnością na ekranie. W gruncie rzeczy i teraz dnia nie przeżyję bez choćby jednego obejrzanego filmu, ale jakoś ten wpis trzeba było zacząć, ładnie nawiązując do tematu. Dzisiaj bowiem niezwykle gościnne kino Helios zaprosiło mnie na dwa seanse, a podczas pierwszego z nich miałem okazję zobaczyć "Jestem bogiem".

Eddie Morra, leser i niespełniony pisarz, za pomocą tajemniczego farmaceutyku ofiarowanego mu przez byłego szwagra, dostaje intelektualnego kopa - specyfik pozwala mu na uaktywnienie uśpionych dotychczas komórek mózgowych. W mgnieniu oka kończy swoją powieść, zostaje cudownym dzieckiem Wall Street, sięga po kobiety, pieniądze i gadżety niedostępne zwykłym śmiertelnikom. Ale jest pewna cena do zapłacenia za eliksir w tabletkach, którego pozazdrościłby mu doktor Jekyll: jego organizm nie wytrzymuje nadmiernej eksploatacji, na plecach siedzi mu wkurzony lichwiarz, kończą się magiczne dropsy, a konkurencja giełdowa nie śpi. No więc wątków jest dużo, akurat tyle, by mógł ogarnąć je umysł niezwykły, ale na stołku reżyserskim zasiadł zaledwie rzemieślnik - Neil Burger to co prawda całkiem sprawny filmowiec, lecz brak mu podzielności uwagi i dwóch dodatkowych par rąk, by zająć się wszystkim należycie. Jakby tego było mało, Burger do puli dorzuca jeszcze historię nierozwiązanego morderstwa, w które zamieszany jest Eddie, gdzieś tam w tle majaczy postać byłej żony pisarza, a w dodatku film nie posiada należytego zakończenia. I nie dziwota, wszak jak te wszystkie supły porozwiązywać w niecałe dwie godziny? W tym pośpiechu niejednokrotnie gubi się logika, ale jeśli bezkrytycznie przyjąć wszystkie durnoty, jakie nam się serwuje, to z tej papki wyłania się całkiem strawne filmidło. Tym bardziej szkoda niewykorzystanego Roberta De Niro, który pojawia się na ekranie zbyt rzadko i każe mu się robić dobrą minę do złej gry, udawać, że jego jednowymiarową postać starannie wyrzeźbiono, a nie wycięto z papieru. Tak czy inaczej, ustaliliśmy, że pomysł był. Zaimplementowano go jednak na zasadzie hurra, walimy z tym, jakoś to będzie. A niestety, scenariusz sam się nie napisze. Zaś sympatię wzbudza sam Eddie (niezła rola Bradleya Coopera), żywe Google (a "Jestem bogiem" może być wariacją na temat Google Earth, bo kamera momentami śmiga po ulicach jak nasza przeglądarka na spidzie). Nasz bohater polega głównie na swojej fantastycznej pamięci, z której zasobów czerpie, jego wiedza jest w dużej mierze odtwórcza, w gruncie rzeczy żaden z niego geniusz (pewnie moje rozumowanie jest błędne, wszak facet napisał bestseller science-fiction w cztery dni, ale cóż poradzić - ja wykorzystuję jedynie jedną czwartą potencjału swojego mózgu), w głębi to dalej poczciwina, świadomy swoich ograniczeń everyman. A więc swój chłop, nie sposób go nie polubić. Tak jak i tego wpisu, pamiętajcie proszę, że "lajk" czeka na pieszczotę waszego kursora.

Drugim filmem, który obejrzałem podczas dzisiejszego mini-maratonu, był "Rytuał", o którym za chwilę. Teraz przerwa na plakat:
 
I już. No więc - "Rytuał" pozuje na poważne kino o opętaniu, a w rzeczywistości jest nieco rozmytym horrorem, który bardzo chce być "Egzorcystą", ale mu nie wychodzi. Ba, żeby nie być gołosłownym: w filmie stary, doświadczony ksiądz Lucas (w tej roli Anthony Hopkins) mówi do młodego sceptyka, rozczarowanego niskim walorem rozrywkowym egzorcystycznego rytuału: "sądziłeś, że uświadczysz wykręcanych głów i zupy z groszku?".  Mikael Hafstrom posługuje się marną iluzją, "Rytuał" okazuje się obłudny, gdyż w drugiej połowie filmu dokładnie tego widz będzie świadkiem, lecz tym razem zamiast groszku zwymiotowane zostaną gwoździe. Może i byłby to znakomity przykład autoironii, gdyby nie nastrój tego obrazu, aspirującego chyba do rangi peanu na cześć mocy wiary, stojącego w opozycji do starych filmów satanicznych, często o wydźwięku antychrześcijańskim. Nie jest wykluczone, że "Rytuał" zostanie posądzony o zakusy wręcz pro-klerykalne, ale dla miłośnika kina grozy będzie to miało znaczenie poślednie, bowiem skupić mu się przyjdzie nad tym, czy film faktycznie może zasłużyć na miano porządnego straszaka. Odpowiedź: niezupełnie. Widzieliśmy już przecież powykręcanych ludzi, słyszeliśmy szepty dochodzące zza pleców, żyły już niejednemu na twarz wyszły, a drzwi niejednokrotnie głośniej trzaskały. Poza tym postaci dobrane są na zasadzie wyświechtanego kontrastu - nieopierzony, wątpiący ksiądz oraz wiekowy, głęboko wierzący egzorcysta; prawdziwą treścią filmu staje się więc konflikt sprzecznych postaw. Zadaniem duchowych będzie nie tyle wypędzenie diabła, co poddanie testowi swojej własnej wiary, tytułowy "rytuał" może w tym kontekście oznaczać rytuał przejścia, inicjacji - i tak jest w istocie, o czym przekona się młody diakon terminujący u egzorcysty.  Hafstrom swój film stylizuje na racjonalistyczny, podpiera się prawdziwym przypadkiem ojca Gary'ego Thomasa, którego osoba posłużyła za pierwowzór Michaela; otwiera "Rytuał" słowami Jana Pawła II, który nauczał, że diabeł żyje i ma się dobrze; w usta jednego z księży wkłada kilka rzekomych faktów - ale to wszystko wcale nie dodaje jego dziełu autentyzmu, na tym polu przegrywa z "Egzorcyzmami Emily Rose", a na każdym innym z "Egrozcystą". Ponadto - egzorcyzm to rzecz niezwykle rzadka w kościele katolickim. W filmie Hafstroma okazuje się jednak, że w Rzymie demony hasają sobie do woli, co drugi Włoch jest opętany przez Baala, Belzebuba czy innego Lucyfera, aż strach pod Koloseum jechać. Pewnie, jako niereformowalny horrorysta, zapewne nie jestem sprawiedliwy w ocenie "Rytuału" i ta część publiki stroniąca na co dzień od zjaw, zombie i monstrów będzie usatysfakcjonowana, bo robota filmowa całkiem przyzwoita. Plus niezniszczalny Rutger Hauer.

Dziękuję za uwagę, dobranoc.

niedziela, 3 kwietnia 2011

Hu hu ha, hu hu ha, nasza Sadako zła

Nie ma to jak zapach zgniłego mułu z dna studni o poranku. Jestem szczerze ciekaw, czy Krzyśka Gonerskiego wyrywa ze snu właśnie takowy smród, czy nastawiony poprzedniego wieczora budzik. Po lekturze jego książki pod tytułem "Strach ma skośne oczy", mam nieodparte wrażenie, że żyje on i oddycha tylko azjatyckim horrorem, w rzeczonej studni koło domu pomieszkuje jakaś paskudna onibaba, a zamiast Mikołaja, w grudniu odwiedza go yuki-onna. Poniżej znajdziecie kilka refleksji na temat tej nietuzinkowej publikacji.



Można by we wstępie do poniższej recenzji napisać kilka słów o azjatyckiej grozie, pochwalić się znajomością paru tytułów, choćby zarysować dzieje horroru na Żółtym Kontynencie, ale potrzeby takiej nie ma – bo w swojej książce "Strach ma skośne oczy" zrobił to i sprawniej, i lepiej Krzysztof Gonerski. Kilkusetstronicowa monografia skupiająca się na produkcjach z dreszczykiem powstałych na Dalekim Wschodzie to wyczerpująca, ale w żadnym razie nienużąca, praca krytyczna wypełniająca rynkową lukę. Po lekturze aż trudno uwierzyć, że autor miał problemy ze znalezieniem wydawcy, bo czyta się wybornie.

Być może Gonerski nie dochodzi w swojej książce do rewolucyjnych wniosków, ale z entuzjazmem znawcy przybliża kinematografie wschodnie w kontekście gatunku i systematyzuje nabytą wcześniej przez czytelnika wiedzę, a przed tymi mniej zaznajomionymi z tamtejszą kulturą filmową odkrywa nowe oblicze kina. Bo "Strach ma skośne oczy" to nie tylko popularny horror japoński, ale te znane i nieznane produkcje z Chin, Hong Kongu, Tajlandii i Korei, publikacja przeciera szlaki dotychczas przez polską krytykę filmową nie eksplorowane. Gonerski nie ogranicza się oczywiście do szkiców historycznych, są one jedynie rozbudowanymi wstępami do poszczególnych rozdziałów, po nich następują analizy wybranych, reprezentacyjnych dla danego kraju filmów. Organizacja książki jest przemyślana, bowiem najpierw czytelnik zostaje zaznajomiony z kontekstem historycznym i kulturowym, a potem może poczytać szerzej o tytułach, które wpadły mu w oko podczas lektury wstępu. Jak zaznacza sam autor, jego praca nie wyczerpuje tematu, musiałby poświęcić zagadnieniu jeszcze trzy razy tyle stron, by przekazać to, co ma do zakomunikowania potencjalnym nabywcom opisywanej publikacji, lecz zawartość książki i tak jest imponująca.

Można autorowi zarzucić pewną zachowawczość w historycznej ocenie danych kinematografii i pobieżne spojrzenie na kilka tytułów, szczególnie gdy pojawiają się interpretacje wymagające ekstensywnej wiedzy z obszarów znajdujących się poza sferą zainteresowań Gonerskiego. Nie zmienia to faktu, że "Strach ma skośne oczy" może stać się dla wielbicieli kina grozy, nie tylko azjatyckiej, pozycją elementarną, która zachęca do własnych, krytycznych poszukiwań.

Zapraszam też serdecznie na bloga Krzyśka, do którego odnośnik znajdziecie po prawej stronie, na liście polecanych przeze mnie blogów.

sobota, 2 kwietnia 2011

Dolph Lundgren czyli ostatni sprawiedliwy



Czemu akurat Dolph Lundgren? Otóż kilka dni temu miałem okazję zobaczyć jeden z ostatnich filmów tego pana, w pełni autorskie "Command Performance", i utwierdziłem się w przekonaniu, że nie sposób oprzeć się czarowi tego faceta. Wszak jako jeden z nielicznych, kultowych twardzieli kina akcji, wykazuje żelazną konsekwencje i trzaska filmy rokrocznie, niekiedy nawet po trzy w ciągu dwunastu miesięcy. Kiedy jego starsi koledzy pouciekali w komedie albo do polityki, on bronił honoru popularnych mordobić z eksplozjami w tle, nie zaprzestał swojej działalności, racząc wielbicieli rozpierduchy coraz to nowymi produkcjami. A co więcej, Lundgren posiadł moc godną pozazdroszczenia - potrafi walnąć piąchą w stół i zatrzymać czas. Jest to umiejętność przydatna, bowiem podejrzewam, że facet gruchnął łapą w blat gdzieś pod koniec lat osiemdziesiątych i wtedy zrobił hurtem wszystkie swoje filmy - może ze względu na fajniejsze fryzury, nie wiem.  W każdym razie nakręcone przez siebie tytuły schował do jakiegoś kufra i raz na rok sięga do środka, wyjmuje garść i kieruje do dystrybucji. Podczas oglądania "Command Performace" miałem nieodparte wrażenie, że to nie mogło powstać dwa lata temu, przecież takich filmów się już nie robi! Mówi się, że to "Niezniszczalni" przypomnieli narodowi o akcyjniakach, a przecież to Dolph Lundgren toczy nieustającą walkę od przeszło dwudziestu lat, tyle że na kasetach VHS, a potem płytach DVD. Ponoć jeszcze w tym roku wypuści kolejne dzieło, "Skin Trade", a wieść gminna niesie, że u jego boku wystąpi Steven Seagal. Dla niedowiarków wątpiących, czy warto czekać na nowego Lundgrena, kilka niezbywalnych faktów, świadczących o jego wielkości:

- ma w swojej filmografii role radzieckiego boksera na dopalaczach, Punishera i He-Mana

- obił mordę Carlowi Weathersowi, Jetowi Li, Sylvestrowi Stallone i JCVD
- obijał nieco mniej znane mordy u boku Brandona Lee
- ćwiczy karate nawet na urlopie

- studiował na MIT
- jest autorem pełną gębą: reżyseruje i pisze scenariusze
- jest twardy jak cholera
- jak wchodzi po schodach to bierze wszystkie stopnie jednym susem
- ma luzacką fotkę na swojej stronie
- potrafi zatrzymywać czas
- zrobił genialny plakat do "Command Performance" i zapodał świetny tagline:

No i nadal robi oldskulowe kino akcji. A teraz piosenka idealna na sobotni wieczór:



Zapraszam też do lektury mojego tekstu o "Niezniszczalnych".

piątek, 1 kwietnia 2011

Hopnij się w głowę

Ponoć krytyk filmowy to zmurszały, sfrustrowany dziad, co to wyżywa się na filmach, bo sam żadnego nie potrafił nakręcić. Jak też wiadomo wszem i wobec, takowy osobnik poczucia humoru nie posiada, więc nie uznaje dnia zwanego Prima Aprilis, bo czerpać radości z takich błahostek nie potrafi. Dlatego też, zamiast żarciku, wklejam obrazek odpowiedni na tę okazję:



Teraz z czystym sercem i poczuciem  dobrze spełnionego obowiązku mogę przystąpić do meritum. Od dzisiaj w kinach gości wielkanocny królik, którego perypetie opisałem w odpowiedniej recenzji:


Poza kinową salą trwa nieustająca dyskusja o wyższości świąt wielkanocnych nad Bożym Narodzeniem (albo odwrotnie), ale na ekranach niepodzielnie rządzi brodacz w czerwonym kubraku i nie chodzi bynajmniej o byle dziada. Święty Mikołaj, bo o nim mowa, mógłby mieć oddzielną półkę w wypożyczalni płyt DVD, albo może nawet i dwie, trzy. Za to filmów z wielkanocnym królikiem jest jak na lekarstwo, a nawet jak już się coś pojawia, to i tak goni ścieżką wydeptaną przez renifera Rudolfa ze świecącym nochalem. Abstrahując kompletnie od treści religijnych, „Hop” Tima Hilla powiela niemal całkowicie schematy znane z filmów bożonarodzeniowych, bo kto to widział, by królik powoził saniami i z nich sypał cukierkami i innymi słodkościami. Jest to co prawda szczególik, detal, ale wyrazisty, bowiem cała reszta też nie odstaje zbytnio od znanych perypetii mikołajskich. Znowu trzeba posprzątać bajzel, by uratować święta.
Zet (nie mylić z gościem z „Pulp Fiction”) to synalek Królika Wielkanocnego, który przejąć ma schedę po swoim ojcu, ale w głowie mu kariera rockmana. Naparza w perkusję nie gorzej niż Lars Ulrich, marzy mu się więc wyjazd do Hollywood, gdzie jego talent może zostać odkryty przez samego Davida Hasselhoffa. Tak jest, słynny Nieustraszony powraca w autoironicznej roli. Ale nie gwiazdor „Słonecznego Patrolu” gra tutaj pierwsze skrzypce, a raczej pierwsze bębny. Kiedy Zet ucieka przed swoim przeznaczeniem z Wyspy Wielkanocnej, w wyniku nieszczęśliwego wypadku, trafia pod opiekę próżniaka o imieniu Fred O'Hare (uwaga, gra słów: „hare” znaczy „zając”), skutecznie uprzykrzając mu życie. Na domiar złego, śladem Zeta rusza oddział różowych beretów – mają oni za zadanie sprowadzić chłopaka z powrotem do domu. A na Wyspie też nie dzieje się dobrze, bo chrapkę na posadę Królika ma wielkanocny kurczak Carlos.
Tim Hill to reżyser ze sporym doświadczeniem w realizacji projektów stanowiących mieszankę animacji i filmu aktorskiego, ma na koncie między innymi „Alvina i wiewiórki” oraz drugą część „Garfielda”. Przyznać trzeba, że wizualnie „Hop” robi niezłe wrażenie, graficy dali z siebie wszystko, a Zet i jego wesoła kompania świątecznych zwierzaków wygląda jak żywa. Dubbing niespodziewanie nie irytuje, sprawdza się wręcz znakomicie, może ze względu na mniej osłuchane głosy niż zazwyczaj, choć w poszczególne postacie wcielili się sprawdzeni profesjonaliści (Paweł Ciołkosz, Artur Pontek), a nie goście z łapanki. Zasadnicza słabość „Hop” leży więc nie po stronie formalnej, lecz treściowej, choć można spokojnie założyć, że dzieci będą bawiły się na seansie znakomicie, humor dostosowany jest w większości scen do młodzieży szkolnej (gwoli ścisłości: podstawówkowiczów), zapomniano niestety o rodzicach czy starszym bracie lub kuzynce. Nie ma co oczekiwać wielu popkulturowych nawiązań, zawoalowanych aluzji jasnych tylko dla dorosłych – „Hop” to kino dla najmłodszych, zachwycające szybkim tempem, dynamiczne i, co chyba najważniejsze, kolorowe i świecące. Film ten raczej nie strąci z piedestału Świętego Mikołaja, ale dzieciaki dowiedzą się wreszcie, że Królik można śmiało stanąć z nim w szranki.

A więc nadeszła odpowiednia chwila, by pożyczyć wszystkim udanego piątku. Zbliża się wieczorna godzina, bilety do kina pewnie zarezerwowane, ktoś już przyklepał stolik w knajpie albo przeprowadza wywiad z Claudią Cardinale. Zapraszam jutro, bo warto - kilka dni temu podpytałem Piotrka Plucińskiego o jego tegorocznych, filmowych faworytów, będzie można dowiedzieć się z krótkiego wywiadu co cieszy krytyka. Bo przecież nie Prima Aprilis.


Z diabelskim pozdrowieniem

Zgodnie z obietnicą - pierwszy (i nie ostatni) tekst na dziś. Do kin wchodzi "Rytuał" z Hopkinsem, którego jeszcze nie miałem okazji obejrzeć, ale nie przeszkodziło mi to w machnięciu krótkiego artykułu o nieświętej trójcy filmów satanicznych. Poniżej więc kilka słów na temat "Dziecka Rosemary", "Egzorcysty" i "Omenu". Eseik ukazał się w pierwotnej formie w portalu Stopklatka. No to jedziemy.


Egzorcysta potrzebny od zaraz


Szatan istnieje - pierwszego kwietnia taki oto primaaprilisowy żart zgotowali nam dystrybutorzy, wprowadzając do kin "Rytuał"  z Anthonym Hopkinsem ; żart wcale nie śmieszny, bo w założeniu straszny, a dla niektórych tym okropniejszy, bo niepokojąco prawdziwy. Ale nie tyle przez wzgląd na kwestię wiary, co samą czystą fascynację demonicznym złem, reprezentowanym tutaj przez diabła, który przybiera różne formy od początków kina. Upodobał sobie w szczególności ludzkie ciało, korzysta z niego jak z naczynia, staje się ono łącznikiem świata materialnego z metafizycznym piekłem. Rzecz jasna szatan we własnej osobie stawał przed kamerą, choćby już w drugiej dekadzie ubiegłego wieku u duńskiego mistrza, Benjamina Christensena, w "Czarownicy". Film wykorzystywał obraz diabła zapożyczony z tradycyjnej ikonografii, ale dosłowność rzadko bywała potem przymiotem horroru satanicznego, którego okres świetności przypadł na lata siedemdziesiąte. Obecnie mówi się o trzech kamieniach milowych gatunku: "Dziecku Rosemary" Romana Polańskiego z roku 1968, "Egzorcyście" Williama Friedkina z 1973 i "Omenie" Richarda Donnera z 1976, nie wolno jednak zapominać o szeregu filmów o tematyce diabolicznej, nakręconych w angielskiej wytwórni Hammer, a także zrealizowanych w ostatnich latach: "Egzorcyzmach Emily Rose" czy "Ostatnim egzorcyzmie". Diabeł żyje wiecznie.

Ki diabeł?

"Dziecko Rosemary"  jest obrazem wyjątkowym - lakoniczne stwierdzenie znajduje swoje rozwinięcie przy pobieżnej analizie zarówno filmografii Romana Polańskiego , jak i historii gatunku. Dla polskiego reżysera była to pierwsza podróż do świata czystego gatunkowo horroru, choć już wcześniejszemu "Wstrętowi" towarzyszyła niezaprzeczalna, demoniczna aura. Polański nigdy nie stronił od formalnych zabiegów charakterystycznych dla filmu grozy i materiał literacki, jakim była powieść autorstwa Iry Levina, posłużył mu za znakomitą podstawę, bo niejednoznaczną i zachęcającą do wielowymiarowej interpretacji. Dla filmu grozy jako takiego "Dziecko Rosemary" oznaczało zainteresowanie się twórców kina ambitnego horrorem i zapoczątkowało falę naśladownictw, której częścią był na przykład "Egzorcysta". Sukces Polańskiego polegał między innymi na rezygnacji z gotyckiej, okultystycznej otoczki, do tej pory kojarzonej z horrorem satanicznym.
Bohaterką filmu jest młoda mężatka, którą sekciarze wybrali na matkę Antychrysta. Rzecz dzieje się na Manhattanie, w luksusowym budynku, a przecież dotychczasowe miejsce diabła było w ciemnych katakumbach i kamiennych kręgach - takowy zabieg wprowadza szatana w dwudziesty wiek, zło staje się wszechobecne. Ale tak wąskie odczytanie "Dziecka Rosemary" zubożyłoby wydźwięk filmu, na obraz ten można bowiem patrzeć dwojako. Polański po mistrzowsku manipuluje narracją, najpierw narzucając widzowi perspektywę Rosemary, która popada w coraz większą paranoję. Kobieta sądzi, że problem nie tkwi w niej samej, ale we wszystkich wokół, że to świat staje na głowie, podczas gdy jej udaje się zachować zdrowe zmysły. Potem spojrzenie się poszerza, dopuszcza się do głosu drugą stronę i w tym ujęciu Rosemary wydaje się osobą nieprzygotowaną na macierzyństwo, niedostatecznie dojrzałą, u której nasilają się symptomy depresji. A więc czym jest "Dziecko Rosemary"? Satanicznym horrorem czy psychologicznym dramatem? Odpowiedź brzmi: jednym i drugim, bo nawet, jeśli cała sytuacja związana z sekciarzami jest tylko wytworem wyobraźni bohaterki, demoniczna wątpliwość została zasiana, uaktywniono czynnik diaboliczny, zaniepokojono widza za pomocą narzędzi charakterystycznych dla horroru.

A kysz, szatanie! A kysz!

Inny literacki horror, "Egzorcysta"  Williama Petera Blatty'ego, posłużył jako materiał wyjściowy Williamowi Friedkinowi , który nakręcił jeden z najsłynniejszych filmów okultystycznych w historii kina. By jednak znaleźć właściwy punkt wyjścia dla tej opowieści, cofnąć się trzeba do lat czterdziestych, kiedy to miały miejsce słynne egzorcyzmy na nastoletnim chłopcu zwanym Robbie Mannheim. W wersji fabularyzowanej tego udokumentowanego wydarzenia, bohaterką uczynioną dziewczynkę Regan, u której podejrzewa się chorobę psychiczną, a potem, gdy w jej pokoju samoczynnie przesuwają się meble, demoniczne opętanie. Wezwany zostaje ksiądz Karras, sceptyczny psychiatra, który odmawia przeprowadzenia rytuału egzorcystycznego. Zgadza się na to dopiero doświadczony kapłan, ojciec Merrin. Rytuał będzie nie tylko próbą wypędzenia złego ducha, ale i osobistym przeżyciem Karrasa, który będzie musiał przed samym sobą odpowiedzieć na pytanie o siłę własnej wiary.
Premiera "Egzorcysty" wywołała w Stanach Zjednoczonych histerię i falę protestów, palono egzemplarze powieści, organizowano pikiety. Pośrednim powodem takiego stanu rzeczy był fakt, iż Blatty i Friedkin wprzęgli w swój film mnóstwo drastycznych scen, charakterystycznych dla horrorów klasy B (choćby pamiętna masturbacja krucyfiksem), wykorzystując tym samym dyskusyjne chwyty w filmie klasy A, wprowadzając mocny, intensywny horror na salony Hollywood, prezentując go szerokiej publiczności. Blatty uparcie twierdził, że mało w tych obscenicznościach jego własnej, twórczej inwencji, że wszystko poparte jest pisemnymi i ustnymi relacjami księży, którzy zresztą wymienieni są w czołówce jako konsultanci. Do widza należy decyzja, czy faktycznie zawierzyć podobnym rewelacjom. Fakt, że "Egzorcysta" natrafił na doskonały moment, z pewnością wyjaśni po części powodzenie filmu w Ameryce - trwała jeszcze wojna wietnamska, a konflikt pokoleniowy stał się powszechnie dyskutowanym problemem na skali krajowej. Diabeł przyjął więc formę dziecka nieprzypadkowo, był to symboliczny akt nieposłuszeństwa i buntu, a także wyraz rodzicielskiego niepokoju. Do dzisiaj zresztą trwają dyskusje, czy aby wykorzystywanie dziecięcych aktorów do podobnych ról jest zgodne z zawodową etyką. Istnieje też o wiele bardziej trywialne wyjaśnienie sukcesu filmu: Friedkin idealnie wstrzelił się z "Egzorcystą" w panującą ówcześnie modę na okultyzm.

Bezbożne dziecię

Kolejny film w nieświętej trójcy klasycznych dzieł satanicznych to "Omen"  Richarda Donnera . Pojawiają się tam wątki polityczne, co jest swego rodzaju nowością i odbiega od standardów konwencji. Otóż przybranym ojcem diabła staje się wpływowy amerykański ambasador, Thorn (nazwisko jest znaczące, można przetłumaczyć je jako "cierń"). Szatan kryje się pod postacią małego Damiena, który jest zwiastunem nadchodzącej Apokalipsy. Ale koniec świata nie nadejdzie obwieszczony biblijnymi znakami, diabeł ma zamiar objąć panowanie na ziemi środkami uznawanymi za konwencjonalne - sprawną, bezkompromisową polityką i skuteczną grą ekonomiczną, choć zostanie to objaśnione dopiero w sequelach. Tymczasem w protoplaście serii, pierwszym "Omenie", zgodnie z klasycznym schematem fabularnym filmu okultystycznego, pojawienie się demonicznej siły burzy ustalony porządek, sprowadza chaos - w domu Thornów dochodzi do wielu nieszczęśliwych wypadków, dzieją się niewytłumaczalne rzeczy.
Szczęśliwie Donner nie ucieka się do prostackich chwytów dramaturgicznych, nie popada w przesadę w pokazywaniu scen nasyconych przemocą, posługując się raczej prostą ironią, wszak Antychrystem jest sympatyczny skądinąd chłopiec (postać zostanie rozwinięta w dwóch kolejnych częściach serii), a końcowe ujęcie prowokuje do nerwowego uśmiechu. Mimo silnych korzeni biblijnych, "Omen" nie próbuje zagłębiać się w psychologiczne ani filozoficzne aspekty fabuły, oferując stosunkowo niewymagającą rozrywkę, acz całość nakręcono starannie, z werwą. Niepokojącą atmosferę podkreśla dynamiczna praca kamery i rozpoznawalna, niemal sakralna ścieżka dźwiękowa. Scenografię oparto na nagromadzeniu elementów multiplikujących widziany obraz, inteligentnie wykorzystano lustra, szyby, fotografie, co ma uzewnętrznić potęgę szatana, zła o wielu obliczach.

Nie taki diabeł straszny

"Omen" doczekał się potem trzech sequeli i remake'u, "Egzorcysta" dwóch kontynuacji i prequela w dwóch wersjach, "Dziecko Rosemary" - drugiej, już telewizyjnej, odsłony. Moda na kino sataniczne przeminęła stosunkowo szybko, wysyp okultystycznych horrorów pośledniej jakości zdewaluował nurt, ale to naturalna kolej rzeczy. Odcinanie kuponów od komercyjnych i artystycznych sukcesów jest przecież pewną normą, podobnież, szczególnie w przypadku kina gatunkowego, eksploatowanie tematów, do których zdążyło widza przyzwyczaić. Od czasu do czasu słychać jeszcze echa dawnych ambicji twórczych, próbuje się wskrzesić na ekranie diabła, choćby w udanych "Egzorcyzmach Emily Rose" , a nie tak dawno w, przepełnionym zjadliwą ironią i cynizmem, "Ostatnim egzorcyzmie" . Teraz czas na "Rytuał", który ponownie zderzy dwie przeciwstawne postawy, jak bywa to często w przypadku horrorów o opętaniu - racjonalistycznego sceptyka i uduchowionego entuzjasty, a diabeł przyjmie kolejną formę. Zapewne nie ostatnią.

Dziękuję za uwagę. To jeszcze nie wszystko na dzisiaj.

Archiwum bloga