środa, 28 grudnia 2011

Z archiwum Sherlocka Holmesa

I choć bardzo lubię przygody londyńskiego detektywa w interpretacji Guya Ritchiego, a na kolejny sezon nowego serialu produkcji BBC z Benedictem Cumberbatchem w roli tytułowej czekam niecierpliwie (ostatni odcinek pierwszej serii skończył się nieznośnym cliffhangerem), to i tak w głębi ducha jestem chyba tradycjonalistą, gdy chodzi o Sherlocka Holmesa. Cenię sobie bowiem wysoko oryginalne dzieła Doyle'a, staram się wracać do ulubionych spraw, kiedy tylko mogę, a podczas ostatniego pobytu w Zjednoczonym Królestwie nie oparłem się pokusie i zawitałem znowu na Baker Street, przy okazji nabywając w księgarni świeżutką powieść Kima Newmana traktującą o losach profesora Moriaty'ego. Za granicą wydano całe mnóstwo książek rozwijających wątki z opowiadań Doyle'a, dopisano Holmesowi cały życiorys i dodano do tej swoistej popkulturowej mitologii kolejne rozdziały - życia by Sherlockowi zabrakło, aby rozwiązać te wszystkie zagadki, które powymyślali w apokryfach niezliczeni autorzy. Do czego zmierzam? Ano do tego, że niedawno skończyłem czytać "Dom Jedwabny", nowo opublikowaną relację ze starej sprawy Holmesa, dotychczas czytelnikom nieznaną.


A przynajmniej tak mówi nam autor powieści, Anthony Horowitz. Chodzi pokrótce o to, że sekret tytułowego Domu Jedwabnego był tak plugawy, że doktor Watson, na prośbę swojego przyjaciela, pozwolił ujawnić go dopiero po stu latach. I tak do rąk naszych trafia kolejny odcinek przygód Sherlocka Holmesa niespisany przez Doyle'a. Gdyby jednak to jego nazwisko widniało na okładce, uwierzyłbym w tę bujdę już po przeczytaniu pierwszego zdania - stylizacja językowa jest niemalże perfekcyjna, w czym zapewne także niemała zasługa tłumacza. "Dom Jedwabny" czyta się wybornie, powieść ta nie ustępuje w swojej lekkości dziełom Doyle'a, a postaci i miejsca odwzorowane są z należytą dbałością o detale, dzięki czemu książka stanowi koherentne uzupełnienie opowieści, które już poznaliśmy. Horowitz opiera się modom - ba, wychodzi im naprzeciw, pisze po prąd, bowiem zamiast kolejnej reinterpretacji otrzymujemy tradycyjną historię o Holmesie. Przyznam, że byłem zdziwiony i zaskoczony, gdyż sądziłem raczej, że "Dom Jedwabny" okaże się postmodernistyczną żonglerką znanymi motywami, a przed detektywem z Baker Street postawione zostanie krzywe zwierciadło. O fabule nie wspomnę ani słowem, bo intryga jest gęsta już od początkowych stron i choć stosunkowo łatwo domyślić się, czym jest tajemniczy Dom Jedwabny, to Horowitz symultanicznie ciągnie równie interesujące wątki poboczne. Pozostaje jednak pytanie zasadnicze - po co komu kolejny Holmes, skoro autor nie pozwala sobie na żadne eksperymenty i jedynie kopiuje (bardzo udanie, ale jednak kopiuje) Doyle'a? W odpowiedzi wzruszę ramionami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga